Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Caroline Kepnes - Hidden bodies / You

Drugą część historii Joe Goldberga, wrażliwego księgarza z Nowego Jorku, czytałam jednocześnie z oglądaniem serialowej ekranizacji pierwszego tomu. Nie będę wyliczać różnic między książką a ekranizacją (można je znaleźć tu), chociaż niektóre sprawiają, że fabuła “Hidden Bodies” traci nieco sens. Serial można obejrzeć niezależnie od książki, a wcześniejsza lektura nie sprawia, że emocje przy oglądaniu są mniejsze. Doskonałe studium psychopaty, osaczającego swoją wybrankę; można palcami wskazywać zachowania toksyczne i odcinające osobę słabszą od wsparcia otoczenia. Dodatkowo w serialu bardziej niż w książce widać wykorzystanie klisz z komedii romantycznych, które tutaj nabierają jednak złowrogiego znaczenia (z drugiej strony, jakby przeanalizować kilka rom-comów, choćby "Love Actually", to nie do końca jest tak, że promują one zdrowe związki).

Pierwszy tom książki kończył się w momencie ponownego pojawienia się w księgarni Amy, “nowej Beck”, która wprawdzie oszukała wcześniej Joe, płacąc fałszywą kartą, ale okazała się zupełnie taka sama jak on - wnikliwa, wrażliwa, ironiczna i zakochana, a dodatkowo unikająca mediów społecznościowych. Intensywna miłość, porozumienie, fantastyczny weekend w Rhode Island, zaufanie; to wszystko sypie się w pył, kiedy Joe odkrywa, że Amy skorzystała z klucza do księgarni i ukradła wszystkie cenne książki. Mimo analogowości Amy, udaje mu się odkryć, że dziewczyna uciekła do Los Angeles. Rozjuszony Joe zamyka nowojorskie sprawy i udaje się na Zachód zniszczyć oszustkę. Jego umiejętności detektywistyczne pozwalają mu szybko rozstawić pułapki za pomocą ufnych Kalifornijczyków, sprawa się nieco komplikuje po pierwszym morderstwie, które wcale nie przybliża Joe do znalezienia Amy. Znajduje za to przypadkiem dziewczynę - Love, córkę lokalnych potentatów handlowych, dzięki czemu odkrywa, że kalifornijskie życie jest bardzo przyjemne, zemstę odkłada na później, wklejąc się bezszwowo w nowy świat. Oczywiście do czasu, kiedy z jednej strony zaczyna ścigać go przeszłość, a z drugiej wpada z Love w ten sam wzorzec toksycznego związku, w którym musi dbać o swoją miłość za wszelką cenę.

Tak jak w pierwszym tomie miałam jeszcze chwile zawahania, bo jednak do pewnego momentu kibicowałam Joe, Benji był szkodliwym palantem, a o Peach nawet nie będę zaczynać, tak tutaj... Pan Mooney, właściciel księgarni, kwestię kradzieży starodruków kwituje stwierdzeniem, że po to są ubezpieczone. Cała psychopatyczna reszta - poszukiwanie Amy, usuwanie kolejnych przeszkód (czytaj: mordowanie ludzi, którzy na to według Joe zasłużyli), związek z Love i rosnący konflikt z jej bratem Fortym (ach, ci kalifornijscy bogacze, zakochani w tenisie), wpuszczający Joe w spiralę przemocy - już nie daje się obronić niczym. Trochę przeszkadza mi też to “nadludzkim wysiłkiem” - socjotechniczne sztuczki, dzięki którym Joe zdobywa klucze do posiadłości Axla Rose, łatwość dostępu do łodzi Quinnów, czy wreszcie nagły zwrot koła fortuny, dzięki czemu panny lecą na Joe jak labradory na patyk (dwuznaczność zamierzona, detaliczne opisy erotyczne zdarzają się nader często). Wreszcie samo rodzeństwo Quinnów (i trzeci bliźniak Milo), sami w sobie stanowiący socjologiczne kuriozum jeszcze większe niż Joe, sprawiają, że kołek do zawieszania niewiary trzeszczy za bardzo.

Inne tej autorki tutaj.

#13

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek marca 1, 2019

Link permanentny - Kategorie: Czytam, Oglądam, Seriale - Tagi: 2019, beletrystyka, panie - Skomentuj


Śladami Manrique'a (3)

Nie ukrywam, że zaplanowałam głównie odpoczynek. Leniwe Costa Teguise zdecydowanie temu sprzyjało (o czym w ostatnim odcinku), ale żeby się wyspa nie zmarnowała, wybieraliśmy opcje krótkoterminowe i niewyczerpujące. Odwiedzenie Mirador del Haría pozwala na przejechanie przez piękną dolinę Haría z miasteczkiem o takiejż nazwie, tu i ówdzie można się zatrzymać. Nie zdziwi Was zapewne to, że w miasteczku mieszkał Manrique; tu można zwiedzić drugi z jego domów-muzeów, podobno zawiera bardziej osobiste rzeczy niż siedziba fundacji w Tahiche (podobno, bo wycieczka była bardziej zainteresowana kawą i lodami). Za miasteczkiem Haría, na drodze LZ-10, teoretycznie można znaleźć punkt widokowy (darmowy, tym razem). Teoretycznie, bo w miejscu oznaczonym jako Mirador jest w 2019 tylko droga i rozbabrana budowa; szczęśliwie kilkaset metrów i dwa ostre zakręty dalej jest restauracja Los Helechos z parkingiem i widokiem na sielską Dolinę Haría (w gratisie podeszczowe chmurki). To był jedyny dzień, kiedy zmarzłam z gołymi nogami (bo deszcz i wysokość).

O tym, czemu Jardín de Cactus jest unikalny, można przeczytać w notce sprzed 5 lat. Wprawdzie miałam poczucie, że jak już raz widziałam, to nie chcę ponownie, ale oczywiście dało się to łatwo wyprostować, bo to przemiłe miejsce. Robiłam dwa podejścia - jednego dnia wtem okazało się, że po burzy padła infrastruktura, nie działały bankomaty i płatność kartą (nie wiem czemu gotówka jakoś się mnie nie trzyma, nawet na takie okazje), dopiero drugiego udało się przejść przez kasę. W środku budyneczki zaprojektowane przez tego Bobka, zwłaszcza urocze są wolnostojące toalety i oświetlenie w kawiarni. Można kupić kaktus, aloes[1] i zjeść hamburgera z kaktusem.

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Otóż jak wiadomo, Kanary aloesem stoją i wszędzie można kupić pudełka z grubą sadzonką. Problem w tym, że sadzonka okazuje się być zwyczajnie odciętą gałązką, która - pozostawiona na dłużej - zwyczajnie zwiędnie. Warto sprawdzać, czy sadzonka ma doniczkę i korzeń, a nie tylko kartonik.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek lutego 28, 2019

Link permanentny - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: hiszpania, lanzarote, wyspy-kanaryjskie, mirador-del-haria, jardin-del-cactus, ogrod-botaniczny - Komentarzy: 1


Wielkopolska w weekend - Chobienice

[23-24.02.2019]

Ponieważ już miesiąc minął od powrotu z ciepłego, zabrałam rodzinę do SPA. “Ostoja” to kompleks wypoczynkowy w Chobienicach (przekręcanych przez Majuta na Szubienice) za Wolsztynem, gdzie w post-pegeerowskich budynkach i pozostałościach po minionej epoce można przenocować w hotelu, zjeść w restauracji, wymoczyć się w basenach, ogrzać w kilku rodzajach saun oraz - jak kto lubi - pojeździć konno. W cenie noclegu jest śniadanie i dostęp do strefy saunowo-basenowej, za pozostałe atrakcje (konie i zabiegi estetyczno-relaksujące) trzeba dopłacić i niezależnie umówić. W efekcie spędziłam z rodziną pół soboty i pół niedzieli w basenie, młodzież jeździła na holenderskim Wolterze (zachwyt), TŻ poszedł na masaż (poleca), a ja zafundowałam sobie zabieg na twarz pt. Złoto Ostoi (spoko, ale trochę #samaniewiem[1]). Oprócz basenu można na spacer, akurat i nie było za zimno, i słonko było przyzwoite; tuż obok są malownicze ruinki pałacu Mielżyńskich.

SPA z zewnątrz / Basen o poranku SPA z boku (hotel wygląda podobnie) Basen wieczorem / Hall SPA Koń z bliży / Stajnia Nie tylko konie (były jagniątka, pies i osioł) Dokładny adres / Wolter Pałac Mielżyńskich Pałac Mielżyńskich / Barokowy kościół opodal Park Oficyna w zespole pałacowym / W drodze

Strona hotelu/SPA i GALERIA ZDJĘĆ.

W drodze do SPA zatrzymaliśmy się na obiad w Wolsztynie, gdzie jedzenie przepyszne i karta ciekawa. W jedną stronę się udało (placki ziemniaczane ze szpinakiem, fetą i owocami granatu), w drugą niestety nie. Jak kucharz w “Zielonej Prowansji” jest klasy europejskiej, tak obsługa mocno nie; po wejściu do lokalu witają gościa puste spojrzenia, można usiąść, można wziąć sobie menu, ale obsługa się niespecjalnie interesuje. W niedzielę przy połowie pustych stolików i kilku minutach czekania na kelnera TŻ poszedł po menu, żeby dowiedzieć się, że “kuchnia jest zajęta” i na posiłek będziemy czekać 1,5 godziny. Łapana przypadkiem pizzeria Bella Toscana to raczej tzw. akceptowalne minimum, a nie celowy wybór (chociaż dostaliśmy krem brokułowy gratis, od szefa kuchni).

Wnętrza / Placki ziemniaczane z łososiem, fetą i szpinakiem

Wolsztyn poprzednio: maj i sierpień 2014.

[1] #samaniewiem, bo koszt takiej przyjemności jest spory, w trakcie jest miło, ale efektów jakoś specjalnie nie widzę. Dzień-dwa czuję, że skóra nie jest sucha (czytaj: czuję, jakby była posmarowana tłuszczem), po czym wszystko wraca do stanu wcześniejszego. Owszem, ten jedyny raz, kiedy zobaczyłam spektakularny efekt kuracji kosmetycznej, był po użyciu Effaclaru La Roche-Posay, po którym zeszła mi płatami cała twarz i jak już się odremontowałam, to przez jakiś czas potem miałam jedyny raz w życiu cerę jak niemowlę. Effaclaru więc nie polecam, zabiegi na twarz w “Ostoi” - nie zniechęcam, ale następnym razem też pójdę na masaż.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela lutego 24, 2019

Link permanentny - Kategorie: Listy spod róży, Wielkopolska w weekend, Maja, Fotografia+ - Tagi: wolsztyn, chobienice, polska - Skomentuj


Escape at Dannemora

Oparty o prawdziwe wydarzenia z 2015, serial opisuje brawurową ucieczkę dwóch więźniów z więzienia o podniesionym rygorze. Więźniowie Matt i Sweat, obydwaj skazani na dożywocie za brutalne morderstwa, przypadkiem odkrywają tunel techniczny. Za pomocą zmanipulowanych strażników - niespecjalnie błyskotliwej opiekunki warsztatu krawieckiego i skorumpowanego strażnika eskortującego - uzyskują narzędzia i w kilka miesięcy, noc w noc, wycinają sobie drogę na wolność. Śledztwo wykazuje szereg zaniedbań i braku kontroli, które pozwoliły na ucieczkę.

Zachwalany jako najlepszy serial 2018, jest absolutnie nijaki i do pominięcia. Mimo niezłych aktorów (Benicio del Toro, Patricia Arquette, David Morse), główną zaletą jest doskonała charakteryzacja, upodabniająca aktorów do postaci rzeczywistych. Ani nie ma napięcia, ani emocji. Porównywanie serialu do Prison Break jest oczywiście mocno nie fair, ale takich przeżyć oczekuję od serialu określanego jako najlepszy. Owszem, Matt (del Toro) jest doskonałym manipulantem, z kolei postać Tillie Mitchell (Arquette) jest dość ambiwaletna: zakochana najpierw w Sweacie, potem ulega Mattowi, bo ma złudzenie, że jest dla nich atrakcyjna mimo ewidentnych braków w urodzie i wieku, jednocześnie boi się więźniów i utraty swojego dotychczasowego życia. Ale to nie wystarcza, żeby czekać na kolejne odcinki. Zdecydowanie całość lepiej sprawdziłaby się jako film, a i to raczej paradokumentalny, a nie sensacyjny.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek lutego 19, 2019

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Komentarzy: 4


Wojciech Kuczok - Gnój

Po spokojnym, choć czasem dramatycznym, jak przystało na losy rodziny na Śląsku, przerwane II wojną światową, ale oddanym z ironicznym dystansem prologu o historii rodu i domu rodziny K., nie ma żadnego ostrzeżenia przed przejściem do Wtedy. Do polskiego domu z tradycjami i ojcem, Starym K., egzekwującym wychowanie za pomocą bestialskiego bicia. Bicia, które oczywiście jest wyrazem miłości i troski o potomka, bez tego junior by się stoczył. Kuczok używa słów mistrzowsko, budując obraz wewnętrzny kilkuletniego narratora, przedszkolaka-pierwszaka, marzącego o wojnie, która pozwoliłaby na usprawiedliwione, jednorazowe użycie karabinu (wszak dzieci w czasie wojny mogą mieć karabiny, patrz Pomnik Małego Powstańca) do usunięcia Starego K. (bo byłby wtedy żołnierzem, a nie ojcobójcą). Przemocy jest więcej, zarówno w związku małżeńskim państwa K., wśród rodzeństwa (terror wprowadzany przez Starego K. i jednoosobowy zakon siostrzany nieelokwentnemu bratu ich obojga), jak i wśród rówieśników, egzekwujących falę za pomocą pięści, kopniaków i śliny.

To bardzo dobrze zaprojektowana książka, ze znaczącym podziałem zarówno tematycznym, jak i nastrojowym. Część pierwsza - Przedtem - jest nostalgiczna, nieco baśniowa mimo scen wojennych i biedy przeświecającej przez pozory jak przez przesiany materiał. Pojawia się sporo różnorodnych postaci, pełnokrwistych, z problemami i własnymi traumami. To, co znamienne, przedtem nie ma przemocy ani patologii. Część druga - Wtedy - to dorastanie w okolicach Stanu Wojennego, tu raczej (poza epizodem w sanatorium), uwaga skupiona jest na Starym K., ojcu-oprawcy, inteligentnym psychopacie, którego brutalne zapędy próbuje hamować matka, również niszczona psychicznie przez Starego K. Potem - oniryczna wizja zatopienia domu ze starzejącymi się rodzicami w gnojówce - nie przynosi narratorowi katharsis. Czytelnikowi też, niestety. Ale jest warta lektury.

#12/#2 (w trakcie słuchania wzięłam i przeczytałam, bo przez repetycje miałam wrażenie, że ciągle słucham tego samego, a tu nie)

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek lutego 15, 2019

Link permanentny - Kategorie: Słucham (literatury), Czytam - Tagi: beletrystyka, panie, panowie - Komentarzy: 4


Maeve Binchy - Szklane jezioro

Lata 50., Irlandia. Mieszkająca w małym miasteczku przy tytułowym jeziorze (które bynajmniej nie jest szklane) rodzina aptekarza McMahona doświadcza tragedii - znika Helen, żona i matka dwójki nastoletnich dzieci. Ponieważ wcześniej kobieta była depresyjna, unikająca kontaktów i często znikająca na samotne spacery, 14-letnia córka Kit uważa, że jej matka popełniła samobójstwo. Żeby uniknąć wstydu i problemów zbawienia duszy matki (nie komentuję, szkoła katolicka, Irlandia, lata 50.), pali znaleziony w sypialni list zaginionej do męża. Po długich poszukiwaniach zostają znalezione jakieś zwłoki, odbywa się katolicki pogrzeb i żałoba. Tyle że oczywiście to nie są zwłoki Helen, która uciekła do kochanka, prawdziwej miłości[1] sprzed lat, bo zaszła z nim w ciążę, a dla uniknięcia łez męża zdecydowała się powiadomić go o tym fakcie listem (i nie, nie jest to dramatyczny zwrot akcji, rzecz się dzieje w zasadzie na początku książki). Helen zmienia imię na Lena, nazwisko na nazwisko kochanka i choć technicznie martwa, rozpoczyna nowe życie w Londynie. Po przeczytaniu w lokalnej irlandzkiej gazecie o tragedii w miasteczku i po początkowej wściekłości na męża, który ewidentnie zataił nawet przed dziećmi fakt, że ich matka i owszem, jest wiarołomna, ale żyje, Lena decyduje się na udawanie “swojej najlepszej przyjaciółki” i zaczyna korespondować z córką za pośrednictwem zakonnicy-pustelniczki. Oczywiście córka decyduje się na wyprawę do Londynu, żeby poznać przyjaciółkę matki i sprawa się sypie, tyle że nie. Kit arbitralnie decyduje, że jej ojciec zasługuje na szczęście i może bigamicznie pojąć za żonę sympatyczną Maurę, a jej brat już stratę przepracował (oraz chyba nie chce odpowiadać za spalenie listu i sprowadzenie na rodzinę kilkuletniej żałoby). Dwa wątki - życia Leny z bawidamkiem Louisem i jej sukcesów biznesowych oraz dorastania Kit - splatają się ze sobą aż do (nagłego) finału.

Nie zakładałam, że będzie to literatura ambitna, ale i tak mnie zaskoczyła poziomem dramy porównywalnym z “Klanem”. Pomijam już samo zawiązanie intrygi (wielką miłość, która pozwala z lekkim sercem zostawić kilkunastoletni związek i dzieci w imię), ale potem nie jest lepiej. Chory psychicznie/opóźniony w rozwoju napadający mieszkańców miasteczka i chroniony przez zakonnicę-pustelniczkę, Kit szantażująca bogatego chłopaka, który rozpowiadał, że z nią sypiał, ale potem ją przeprosił i byli przyjaciółmi (a ojciec zapłacił słoną nawiązkę), toksyczna przyjaciółka Kit, wżeniająca się w rodzinę bogaczy czy wreszcie pomysł brata Kit, żeby jego siostra odciągnęła od jego ukochanej lokalnego lowelasa, w którym Kit się oczywiście zakochuje mimo jego przeszłości. Autentycznie nie mogłam się oderwać, czekając, aż całość grzmotnie z wielkim hukiem. Nie wiem, czy zalety książki - klimat małego irlandzkiego miasteczka, pozytywistyczny rozwój zahamowanej przez “życie przy mężu” żony, wielka akcja odnawiania zaniedbanego hotelu w celu spektakularnego Sylwestra, trochę historyjek o różnie pojmowanej przyjaźni (Kit i Clio, Lena i Ivy) - rekompensują mizerię fabuły.

[1] Prawdziwą miłość poznajemy po tym, że ona go kochała nad życie, on ją też, ale zdecydował się na ślub z bogatą dziedziczką. Kiedy dziedziczka się wymydliła po kilkunastu latach, zbankrutowany on wrócił, żeby o sobie przypomnieć.

Inne tej autorki tutaj.

#11

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek lutego 14, 2019

Link permanentny - Tagi: 2019, beletrystyka, panowie - Kategoria: Czytam - Komentarzy: 1


Zagadki kryminalne panny Fisher

Melbourne, lata 20. XX wieku. Phryne Fisher, siostrzenica podpory lokalnej społeczności, Prudence Fisher, powraca w atmosferze skandalu po wojażach po Europie. Skandalu, bo wbrew oczekiwaniom ciotki, która spodziewa się, że prawie 40-letnia stara panna zajmie się skromnie i w zaciszu salonów działalnością dobroczynną, Phryne decyduje się na rozpoczęcie działalności gospodarczej jako kobieta-detektyw (bezbłędnie wykrywając niszę na rynku). Werbuje ekipę - nieśmiałą, ale przedsiębiorczą Dorothy, dwóch taksówkarzy - Berta i Cecila - o nieco łotrowskim pochodzeniu, lokaja o nazwisku Butler (sic!), speca od broni i wynalazków, a przy tym świetnego organizatora czy wreszcie epizodycznie pojawiającą się cwaną sierotkę Jane. Oczywiście w pracy detektywistycznej przydaje się wsparcie lekarza (często w funkcji patologa), co zapewnia znajoma rudowłosa doktor Mac i lokalnej policji; tu komunikacja na początku nie jest prosta, bo inspektor Jack Robinson ogania się od Phryne z niechęcią jak od brzęczącej muchy, ale po kilku błyskotliwie rozwiązanych sprawach (w czym niewątpliwie pomagają niespotykane zdolności panny Fisher do wchodzenia w miejsca niedostępne i zadawanie trudnych pytań) zaczyna ją doceniać jako partnerkę zawodową.

Jak Oslo w prozie Nesbo, tak Melbourne jest dramatycznie niebezpiecznym miastem, bo trup ściele się gęsto i często. Każdy odcinek to jedna sprawa, chociaż dwukrotnie pojawiają się wątki powracające - jeden dotyczy traumy z dzieciństwa Phryne, drugi jej ojca-utracjusza i bon-vivanta. Drugoplanowo duże napięcie budzi zakazana miłość między Dorothy, chrześcijanką i konstablem Hugh Collinsem, protestantem, nie wspominając o ogromnej chemii między Phryne a Jackiem. Serial ładnie lawiruje między dramatycznymi sytuacjami, wymagającymi śledztwa, a mnóstwem humoru, wprowadzanego przez nie liczącą się z pozorami, zawsze chętną do psot (również sypialnianych) panną Fisher. Bardzo przyjemny, niezobowiązujący kryminał w stylu Agathy Christie.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa lutego 13, 2019

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Komentarzy: 3


Episodes

Beverly (Tamsin Grieg[1]) i Sean (Steven Mangan[2]) Lincolnowie, brytyjscy scenarzyści, właśnie odebrali nagrodę za serial komediowy, kiedy dopada ich Merc Lapidus, amerykański producent, który sugeruje remake nagrodzonego serialu w USA. Multi dinero, multi fik-fik, scenariusz już macie, sami wybierzecie obsadę, Los Angeles, willa z basenem, Emmy i sława. Pierwszy sezon rozpoczyna się przewrotnie od finału, gdzie małżeństwo Lincolnów właśnie sypie się w gruzy, bo pojawiła się ta trzecia, a produkcja serialu to dramatyczne rozczarowanie. Zacznijmy od tego, że Lapidus w ogóle zakupionego serialu nie oglądał, trzeba go dostosować do realiów amerykańskich, któr zdecydowanie cenią inny typu humoru, znika oryginalny tytuł, a co najgorsze, główny bohater, elokwentny erudyta - dyrektor szkoły, zostaje zastąpiony trenerem hokeja. Zamiast dystyngowanego aktora szekspirowskiego po 60. zostaje zatrudniony… Matt LeBlanc, wyciągnięty z lamusa odtwórca roli Joeya z “Friends”.

Jest to absolutnie pyszny serial, w którym nie chodzi zupełnie o komediowe wygrywanie różnic między Brytyjczykami a Amerykanami, chociaż oczywiście jest robione z wielką przyjemnością w każdym odcinku. Beverly jest osobą mocniej stąpającą po ziemi, neurotycznką, nie cierpi Ameryki, ale z czasem zaprzyjaźnia się z kochanką producenta, Carol, oraz nie jest w stanie odmówić imprezom, na których rozdawane są gratisy. Sean łatwo daje się uwieść przyjacielskiemu LeBlancowi, mimo kryzysu, który następuje, kiedy ten ostatni zbyt hojnie macha swoim przyrodzeniem (a wieść niesie, że jest imponujące). Po trzech sezonach wszyscy pracujący przy serialu serdecznie go nienawidzą (serialu, nie Matta, chociaż jego też kilka osób chętnie by wywiesiło na pierwszym napotkanym drzewie), ale mają syndrom sztokholmski, na szczęście sezonów jest pięć i w kolejnych historia wychodzi na szersze wody aż do zgrabnego finału.

[1] Friday Dinner Night, Black Books czy wreszcie cudowny Green Wing.

[2] Holistyczna Agencja Dirka Gently w wersji brytyjskiej i Green Wing, gdzie Mangan jest adoratorem Grieg, ale układ między nimi jest jakże inny.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek lutego 7, 2019

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Skomentuj


Kamil Bałuk - Wszystkie dzieci Louisa

Mężczyzna o (zmienionym) imieniu Louis był w latach 80. dawcą nasienia w Holandii. Na skutek kilku czynników - nieokreślonego prawodawstwa w kwestii anonimowości dawców, braku kontroli klinik, dzięki czemu dochodziło do niedozwolonych praktyk podczas zapładniania, rewolucji seksualnej czy wreszcie autystycznego mężczyzny, owładniętego poczuciem misji spłodzenia jak najwięcej potomków - urodziła się bliżej nieokreślona liczba spokrewnionych ze sobą dzieci. Brązowookich, o ciemniejszej skórze, nie podobnych do danych anonimowych dawców, opisanych w "paszportach dawcy". W poszukiwaniu biologicznego ojca dwójka z nich, nastoletnich, wzięła udział w programie telewizyjnym, w wyniku czego zaczęły odnajdywać się kolejne dzieci o podobnym garniturze genów. Zgłosił się wreszcie, mimo wysiłków kliniki, dawca, tytułowy Louis, z pochodzenia Surinamczyk; nadzwyczaj chętny do poznania swoich licznych potomków.

Autor reportażu na barwnym tle Holandii lat 80., z samotnymi z wyboru matkami, opisuje ewolucję koncepcji dawstwa nasienia - od pełnej anonimowości, do warunkowej, wreszcie do uporządkowania tego kawałka medycyny regulacjami Unii Europejskiej. Odrębnymi historiami są opowieści dzieci z dawstwa: o odkrywaniu prawdy o swoim pochodzeniu, czasem skrywanej, przewadze biologii nad wychowaniem i odwrotnie, więziach łączących pół-rodzeństwo ze sobą, czy wreszcie ich stosunku do człowieka, którego komórka stała się zaczątkiem ich istnienia. Trzecia perspektywa to historia samego Louisa, człowieka w spektrum autyzmu, który nie mając realnych szans na trwały związek z kobietą, wybrał inną metodę rozsiania swoich genów.

#10

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek lutego 5, 2019

Link permanentny - Tagi: 2019, panowie, reportaz - Kategoria: Czytam - Skomentuj


Paulo Coelho - Alchemik

Santiago zrezygnował z nowicjatu, bo ciągnął go świat i został pasterzem. Podczas wędrówki przez piękne hiszpańskie pastwiska, ponownie śni mu się sen o skarbie pod piramidami. Idzie sobie powróżyć do Cyganki, ale ostatecznie przekonuje go spotkanie z mitycznym królem Salemem, który wie wszystko o wszystkich ludziach (a udowadnia, że wie wszystko o Santiago poprzez szczegóły autoerotycznych uniesień młodego pasterza, popełniach w ukryciu). Nakręcony opowieścią o wierności własnej legendzie, oddaje mitycznemu królowi 1/10 swoich owiec (nie, nie wiem, po co półbogowi przyziemne owce), sprzedaje resztę i odpływa do Maroka. Zostaje okradziony na targowisku, ale radzi sobie mimo braku znajomości języka, zatrudniając się w sklepie z kryształami. A że jest pracowity i szybko się uczy, zbiera w niedługi czas pieniądze wystarczające na powrót do domu i odkupienie owiec, decyduje się jednak na kontynuowanie podróży przez Saharę. Na postoju w oazie poznaje piękną Beduinkę Fatimę i już-już chce zarzucić wszystko i z nią zostać, ale poznaje Alchemika, który mu wyjaśnia, że jak mu pisane jest znaleźć skarb, to powinien iść, bo będzie żałował. Idzie, zostaje znowu okradziony, potem zostaje okradziony po raz trzeci, wreszcie pod piramidami zamiast skarbu ma kolejny sen, że skarb jest w punkcie wyjścia.

Jaki to jest miałki i przegadany bieda-coaching o uzasadnianiu podążania do życiowego celu za pomocą "głosu wszechświata"! Król Salem i wszechświat pomagają tym wszystkim, którzy wypełniają własną życiową legendę. Chyba że to nie jest ich legenda, wtedy im nie pomagają. O tym, czy człowiek żyje według temu, co mu było pisane, pokazuje powodzenie życiowe - jeśli mu nie idzie, to znaczy, że nie było mu pisane. Albo się za mało starał, bo tylko tym, co się starają, wszechświat sprzyja. Jest sporo metafor o dostosowywaniu się rytmem życia do otoczenia, a konkretnie pustyni, która pozwala człowiekowi przez nią przejść pod warunkiem bliżej niesprecyzowanego dostosowania się (oczywiście, jeśli coś pójdzie nie tak, człowiek ginie, ale widać nie podążał swoją legendą albo za mało się starał). Jest i o miłości, którą można spokojnie opuścić na czas nieokreślony, bo jeśli to prawdziwa miłość, to poczeka na powrót (a jak się nie doczeka, to przynajmniej będzie dumna, że pustynia kochanka pochłonęła i wróci jako sokół czy inny podmuch wiatru), a jak nie była prawdziwa miłość, to nie szkodzi. Ja przesłuchałam, więc Wy już nie musicie.

#9/#1

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lutego 4, 2019

Link permanentny - Tagi: 2019, beletrystyka, panowie, ameryka-poludniowa - Kategorie: Słucham (literatury), Czytam - Komentarzy: 4