Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Więcej o Czytam

Dominik Damian - Nieznajomy z baru Calypso

W willi doktora Noińskiego, wziętego ginekologa[1], zostają znalezione zwłoki nietypowo ubranego mężczyzny[2], ewidentnie zagraniczniaka. Co ciekawe, w kieszonce ma brylant, ale informacją, która się przydaje do wykrycia zbrodniarza, jest specyficzny sposób cienkim nożem (skalpelem) pod żebro, co przypomina kapitanowi pewne zdarzenia z czasów okupacji; tak, jakby szybciej mu się przypomniało, nie byłoby całego śledztwa. Sprawę prowadzi kapitan Przywara, którego namiętnościami są szachy i kawa (oraz lubi sobie powyglądać tęsknie przez okno[3]), pomaga mu porucznik Żończyk, młody mężczyzna o jasnej, krótko przystrzyżonej czuprynie i miłej chłopięcej twarzy, przypominał raczej sportowca aniżeli oficera śledczego, we wdzianku z lekkiej popeliny, który chętnie uda się na przeszpiegi do baru[4] oraz będzie podziwiał walory napotkanych pań[4a], od czego czasem nawet ciemnieje mu w oczach. Oprócz zwłok nieznanego mężczyzny, w willi doktora brakuje jego młodszej o 15 lat żony[5] i kolejnego brylantu, który miała dostać na urodziny, są za to świeże róże i idealnie zatemperowany ołówek. Sprawa rozdziela się na trzy - szpiegostwo przemysłowe, w którym kolejny obcokrajowiec szuka sztucznych brylantów[6]; śmierć starszej kobiety, która formalnie dostawała pieniądze od krewnego z zagranicy na nowy dom i gospodarstwo, ale faktycznie do niej nie trafiały; wreszcie wielokąt miłosny z pewnym młodym tenisistą, uwikłanym między zamożną, ciągle atrakcyjną 45-latkę z siwymi włosami oraz wspomnianą młodą zaginioną żoną doktora Noińskiego. Moim ulubionym bohaterem drugoplanowym jest wiekowy pan Hughes, Anglik z pochodzenia, nauczyciel angielskiego, który nie dość, że łączy ze sobą wszystkie postaci w śledztwie, to jeszcze był 5 lat w Legii Cudzoziemskiej, a drugie 5 pracował w Pretorii w kopalni diamentów, a wcześniej był policjantem w Irlandii.

Się je: befsztyki z polędwicy (a w zasadzie to się nie je, bo się uczestniczy w oględzinach zwłok i sekcji), sardynki z puszki za zagrychę pod wódkę; stare kotlety, mozaikowe salcesony, boczek pokrajany w plastry i jakaś ryba pływająca w rozpuszczonej galarecie wśród czerwonych skrawków marchewki (w wiejskiej knajpie).

Się pije: węgierski koniak “Lanchid”, “Fructovit” (również jako zapitkę do zakładu, w którym się zjada jedwabny krawat za 180 zł), koniak, wódkę “eksportową”, likier “benedyktyński”, Beaujolais, piperment, “Cadavas”, „Courvoisier", drink “White lady”, whisky (“Nie znosił whisky. Zdawało mu się, że pije ordynarny bimber, zmieszany z mydlinami”), sok grapefruitowego, Mazagran, piwo na ochłodę.

Się ma: gospodynię lub służącą, zwłaszcza w dobrej dzielnicy.

Się pali: “Sporty”, “Grunwaldy”, aromatyczne amerykańskie.

Się piszczy: na widok Murzyna koszykarza (rok wydania 1959, przypominam).

Się bije: pijanego w twarz, w celu przywrócenia mu przytomności (“Zrazu lekko, jak masażysta, ale gdy tamten nie reagował, dłonie porucznika chlasnęły mocniej w zarośnięte policzki. Żończyk bił coraz mocniej. Poniosła go wściekłość. Doznał nagle sadystycznej rozkoszy, gdy chlastał tę opuchniętą, czerwoną, brudną pijacką mordę. Chciał koniecznie [go] ocucić”).

Się zachwyca: morowo, szałowo, wdechowo.

Się jest uprzejmym: dotąd, dopóki przesłuchiwany nie stawia oporu.

Się zanęca egzotyką: tytułowy bar Calypso zachęca malunkami z nagimi paniami, które prężą brązowe pośladki i stożkowate piersi (“Nagość ujęta w nowoczesne formy plakatowej grafiki zdawała się być dyskretna, nie rażąca, a jednocześnie na tyle podniecająca, by utrzymać w bywalcach leciutkie drżenie serca i wzbudzić rozkoszny zamęt w głowie”).

Się wspomina: walki z UPA w powiecie hrubieszowskim oraz męża, który zginął w Mauthausen.

[1]

- Ginekolog, rozumie pan. Jak są godziny przyjęć, to baby nie mogą pomieścić się w przedpokoju.
‒ Mówicie, że ginekolog. Czy nie słyszeliście, że robi niedozwolone zabiegi?

[2] Ubrany był starannie, ale jaskrawo i niezbyt elegancko, tak, jak ubierają się ludzie zamożni, lecz pozbawieni gustu. Miał na sobie garnitur z cienkiego tropiku modnego koloru „electric", białą jedwabną koszulę, z muszką w ceglaste i błękitne paski. Do tego brązowe buty z zamszu i przeraźliwie jaskrawe skarpetki w jakieś cudaczne zygzaki i prążki. (...) To będzie Włoch albo Francuz. Daję za to głowę, kapitanie. Oni lubią się tak jaskrawo ubierać. Niech pan patrzy na tę muszkę. Kto by to u nas nosił taką pstrokaciznę? Koszula pierwsza klasa, z najlepszego jedwabiu, ale skarpetki jak u błazna. (...) Buty ma włoskie, z Mediolanu, krawat francuski, ubranie szył u krawca w Monachium, a sam chyba kosmopolita z nansenowskim[2a] paszportem.

[2a] Sprawdziłam dla Was, co to paszport nansenowski, bo nie wiedziałam.

[3] Przywara podszedł do otwartego okna. Patrzył, jak nad dachami mokotowskiej skarpy szybuje siwe stado gołębi. W locie ptaków było coś lekkiego, urzekającego. Raz wyglądały jak zwiewny obłok, mknący szybko po jasnej tafli błękitu, to znowu, gdy zwróciły się ku słońcu, jak garść rzuconych w przestrzeń, lśniących ulotek. (...) Kapitan jeszcze raz objął spojrzeniem roztaczający się z okna widok. Dzień był złoty, jesienny. W powietrzu, ponad kępami drzew, płynęły srebrzyste nitki babiego lata. Kasztany nad skarpą rdzewiały na krawędziach koron, zrzucając z siebie ciężar listowia. A niebo stało głębokie, jesienne. Nie nastrajało do wnikliwych dociekań w sprawie morderstwa. Przywara z żalem odszedł od okna.

[4] Żończyk lubił taką robotę. Pojechał więc do domu, przebrał się w wizytowe ubranie, zawiązał najlepszy krawat, skropił głowę wodą lawendową. Był zapalonym sportowcem i wolny czas spędzał na kortach „Gwardii" lub na przystani żeglarskiej nad Wisłą. Nic więc dziwnego, że miał wygląd zdrowego, wysportowanego młodzieńca: twarz smagłą od wiatru i słońca, spojrzenie bystre i pogodne, ruchy harmonijne, sprężyste. Posiadał przy tym wesołe usposobienie i słabość do ładnych dziewcząt. To wszystko sprawiało, że podobał się i szybko zyskiwał sympatię.

[4a]

‒ Klasa babka. Was bym tam nie posłał, bo zaraz chcielibyście zrobić rewizję osobistą... ‒ ząśmiał się krótko.
‒ Ech, kapitanie... ‒ bronił się Żończyk.
‒ Dajcie spokój, wiem, że jesteście amator na ładne kobiety.
Żończyk zawtórował mu szczerym śmiechem.
‒ Co robić, kapitanie, grunt to estetyka życia codziennego.

[5]

‒ Czy pańska żona w ogóle ma jakieś zainteresowania?
‒ Gra w tenisa, jeździ dobrze na nartach, uprawia żeglarstwo ‒ odrzekł z nutką kpiny w głosie ‒ poza tym, jak każda kulturalna osoba, chodzi do teatru, czasem na koncerty, czyta nowości. Czy można wymagać więcej od młodej, ładnej kobiety?
Przywara wyczuł w głosie doktora ton dobrze tuszowanej zawiści.

[6] (...) oba te kamienie wykonane zostały z jakiejś sztucznej, syntetycznej żywicy, która pod wielu względami dorównuje prawdziwym brylantom, bo jest nawet od nich twardsza i dlatego właśnie trudniejsza do szlifowania. A dzięki błędom w szlifie poznałem, że to niestety fałszywe kamienie.

Inne tego autora, inne z tej serii.

#8

Napisane przez Zuzanka w dniu środa stycznia 25, 2023

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2023, klub-srebrnego-klucza, kryminal, panowie, prl - Komentarzy: 5


Marcin Wicha - Nic drobniej nie będzie

Tym razem wątkiem przewodnim felietonów? Opowiadań? Historyjek? jest rozmowa z dzieckiem. Wicha opowiada świat, jaki widzi - o pandemii, ekologii, umiejętności nazywania, polityce i memach. Fantastyczna fraza (“Pewna pani dała znać, że moją książkę obesrał ptak. Dowód stanowiło zdjęcie na Instagramie”), niektóre scenki są żywcem wyjęte z moich rozmów z nastolatką, pandemiczne wspomnienia to zapisane dosłownie moje myśli z tego czasu (“Pilnie też potrzebujemy nazw dla nowych wynalazków, takich jak “spryskiwacz wypełniony odmrażaczem do odkażania rąk, przyklejony taśmą do klamki sklepu w sposób, który sugeruje, że właściciel nie wierzę w pandemię, chociaż jeszcze nie wszedł na drogę jawnego oporu”). Bardzo mi się, lubię to wyczucie językowe i podziwiam zdolność obserwacji codzienności.

Inne tego autora.

#7

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek stycznia 24, 2023

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2023, felietony, panowie - Skomentuj


Arthur Conan Doyle - Pies Baskerville’ów

Zacznę oczywiście od mojego ulubionego dowcipu:

Angielska prowincja. Lord siedzi w salonie, nagle z ciemności za oknem dobiega przerażające wycie.
- Barrymore, co to za wycie? - pyta sir lokaja.
- To pies Baskerville'ów, sir.
Po niejakiej chwili:
- A co to za okropny jazgot?
- To kot Baskerville'ów, sir.
Po upływie kolejnych pełnych napięcia minut:
- A teraz, co to za złowieszcza, mrożąca krew w żyłach cisza?
- To ryba Baskerville'ów, sir…

Do Holmesa przybywa wiejski doktor Mortimer i prosi o pomoc - jego przyjaciel, sir Charles Baskerville, został znaleziony martwy w niewyjaśnionych okolicznościach, po okolicy krąży legenda o upiornym psie prześladującym od wieków rodzinę, po spadek przybywa podobno jedyny potomek lorda, a wiejski doktor obawia się, że najmłodszego z rodu również może spotkać smutny a nagły koniec. Henry Baskerville również przybywa do Londynu, dostaje anonim odstraszający go od powrotu, ktoś go śledzi oraz… kradnie mu buty. Detektyw rozpoczyna śledztwo swoją ulubioną metodą nie mówienia nikomu, jaki ma plan[1]. Wysyła więc Watsona wraz z doktorem i spadkobiercą na prowincję i każe raportować. Podejrzani są wszyscy - wierny, acz cyniczny kamerdyner z żoną, sąsiedzi (w tym wścibski staruszek z teleskopem), wreszcie zbiegły więzień, który ukrywa się na okolicznych bagnach. Watsonowi udaje się wyśledzić, kto dostarcza więźniowi jedzenie, po czym niespodziewanie trafia na ukrytego na mokradłach Holmesa, który był tam cały czas i knuł. Ginie kolejna osoba, pojawia się tytułowy pies, a zbrodniarz unika sprawiedliwości, topiąc się w bagnie, ale wcześniej wychodzi na jaw, że był zaginionym krewnym Baskerville’ów i chciał pozbyć się reszty rodziny, żeby przejąć spadek.

Oj, ciężko się pracowało z Holmesem. Jeśli chwali Watsona, to żeby mu wskazać, że wprawdzie sam nie ma geniuszu, to dzięki popełnianym przez niego błędom detektyw może znaleźć właściwą drogę. Błyskotliwa dedukcja czasem oznacza spostrzegawczość (brawurowo odgaduje rasę psa, bo widzi zwierzę stojące pod drzwiami z jego panem). Sporo obserwacji odbywa się na bazie modnej wtedy frenologii - osoba z okrągłą czaszką Celta jest entuzjastyczna i przywiązana do ziemi, a doktor Mortimer zachwyca się czaszką samego Sherlocka i nawet z miłością przesuwa po szwie ciemieniowym. We wspominkach pojawiają się zabawne historie o podróżach po Afryce Południowej, gdzie panowie z ciekawością rozprawiają “o anatomii Buszmenów i Hotentotów”. Wreszcie kobiety - bo pojawiają się w trakcie śledztwa. Jedna została wydziedziczona przez ojca, bo wyszła za mąż wbrew jego woli, a potem mąż ją opuścił, przez co stała się Kobietą Upadłą. Druga lekko rzuca, że jest tylko kobietą i nie umie wytłumaczyć swojego postępowania, bo postępuje według kaprysów i widzimisię, co jest oczywiste.

[1] Jedną z wad Holmesa – jeśli to wadą nazwać można – była niesłychana powściągliwość w zwierzaniu się komukolwiek ze swoich planów. Wynikało to w części z jego despotycznej natury, gdyż lubił górować nad otoczeniem i sprawiać wszystkim niespodzianki, w części zaś z podejrzliwości zawodowej, która nakazywała mu nie zaniedbywać żadnej ostrożności. Było to jednak bardzo denerwujące dla jego współpracowników i pomocników.

Inne z tego autora, inne z tego cyklu.

#6

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela stycznia 22, 2023

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: cwa, klub-srebrnego-klucza, kryminal, panowie - Komentarzy: 1


Sigrid Nunez - Przyjaciel

Narratorka, którą ze względu na pamiętnikarsko-eseistyczny sposób narracji utożsamiam jednak z autorką, opowiada o samobójczej śmierci swojego przyjaciela, pisarza i wykładowcy literatury. Mężczyzna popełnił samobójstwo w kwiecie wieku, zostawiając trzecią żonę i, jak się okazuje po pogrzebie, psa: wielkiego doga arlekina. Pies jest po przejściach, został przez mężczyznę znaleziony kilka lat wcześniej w parku, nie udało się znaleźć właściciela, któremu się zgubił lub który go porzucił, teraz bardzo źle reaguje na brak swojego człowieka. Narratorka czuje się wmanewrowana przez przyjaciela, ale zgadza się, bo czuje wspólnotę doświadczania żałoby. Narracja przez to jest dwuwątkowa - dygresyjne wspomnienia o zmarłym przeplatają się opowieścią o stopniowym oswajaniu starzejącego się, łagodnego olbrzyma o imieniu Apollo. Niby prosta opowieść o przyjaźni nieco się komplikuje, bo tak naprawdę nie wiem po przeczytaniu, kim jest tytułowy przyjaciel - czy człowiek, który zdecydował się odejść, czy pies, dla którego dom narratorki był trzecią w życiu i prawdopodobnie ostatnią przystanią. I wtedy pojawia się koniec, który zmienia całą wymowę książki; zwykle w przypadku takiego rozwiązania fabularnego miałam poczucie oszukania, ale tu tak nie było, bo to bardzo przewrotna opowieść, która finalnie jest przede wszystkim historią o byciu pisarzem.

Książka nie jest długa, na dwa wieczory, ale ile tu się dzieje! Dojrzałe, introspektywne przeżywanie żałoby, na którą de facto świat autorce nie pozwala, wszak była tylko przyjaciółką, nie żoną, partnerką jednorazowego romansu, zawsze gdzieś z boku, przeplata się z erudycyjnymi nawiązaniami literaturowymi i opowieści o codzienności pracy wykładowcy/-czyni i pisarza/-rki (jest i narzekanie na tych dzisiejszych studentów). Jest obserwacja mechanizmów, które sprawiały, że (do czasu) mężczyźnie na stanowisku wolno było uwodzić studentki, wprowadzać atmosferę erotyzmu przez umiejętny dobór literatury; gdzieś na marginesie pojawia się wątpliwość, czy bycie pisarzem zwalnia ze społecznych mechanizmów kontroli (patrz: “Lolita”) i odwrotnie - czy cancel culture w uproszczeniu odrzucająca wszystkich twórców, nie prezentujących “się jako osoba, którą chcielibyśmy mieć za przyjaciela, co oznacza kogoś postępowego i prowadzącego zdrowy tryb życia”, to zdrowe podejście. Wreszcie pies jako towarzysz człowieka, nie w kontekście codziennych spacerów, ale jako archetyp wierności i miłości po grób - Hachiko czy Greyfriars Bobby. Autorka pokazuje literaturowe przykłady miłości, czasem przerażająco skrzywionej, niejednoznacznej antropomorfizacji zwierząt, wreszcie prawdziwego bólu, kiedy to człowiek musi zdecydować o tym, żeby cierpiącemu zwierzęciu pozwolić odejść. Zastanawia się, ile w tym jest egoizmu, a nie miłości, bo niedaleko tutaj do pytania, czy komuś, kto cierpi, powinno się pozwolić odejść (patrz: przyjaciel, który zdecydował się zakończyć swoje życie).

Rzadko mam takie poczucie, ale to książka do powtórnego przeczytania, również w odniesieniu do niespodziewanego zakończenia.

#5

Napisane przez Zuzanka w dniu środa stycznia 18, 2023

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2023, beletrystyka, panie - Komentarzy: 2


Jerzy Edigey - Człowiek z blizną

Sierżanta Chrzanowskiego przegania przez życie wiatr historii. Kilka lat szkoły podstawowej, wojna, jako 17-latek zgłasza się do wojska zaraz po wyzwoleniu, walczy w Bieszczadach z upowcami, jako świeżo upieczony milicjant jedzie nad Odrę, na Ziemie Odzyskane, gdzie walczy z bandami Wherwolfu (sic!), awansuje, walczy z szabrem, poskramia bandytyzm i walnie przyczynia się do normalizacji życia na swoim terenie, kończy zaocznie szkołę podstawową, pracuje jako komendant prowincjonalnego posterunku, ale żeby pójść dalej - do szkoły policyjnej w Szczytnie - musi zdać maturę. Siedzi więc po godzinach, uczy się matematyki, jego zmorą jest geometria[1]. Kiedy dowiaduje się, że w jego okolicy po raz kolejny uderzył przestępca z charakterystyczną blizną, zgłasza się do komendy w Ciechanowie, że chce pomóc w tym trudnym i nierozwikłanym jak na razie śledztwie, żeby dostać punkty za aktywność. Na początku oczywiście wszyscy są nieufni[2], ale Chrzanowski szybko pokazuje, że jest mistrzem dedukcji, a z samej lektury akt wyciąga o wiele więcej informacji niż wyżsi stopniem oficerowie. Ponieważ przestępca jest zaskakująco dobrze poinformowany o osobach, które aktualnie mają większą gotówkę, ale też o każdej czynności milicji, jest podejrzenie, że nawet w samej komendzie wojewódzkiej może być jego szpieg albo sam zbrodniarz. Sprawę oczywiście wyjaśnia Chrzanowski i dostaje zielone światło na szkołę podoficerską w Szczytnie, jeśli tylko zda maturę, w tym tę nieszczęsną geometrię[3].

Schemat goni schemat. Pracowity Chrzanowski sam robi gipsowe odlewy, odkrywa zależności między napadami a porą roku, postrzelony udaje martwego, żeby morderca się do niego zbliżył, idzie do teatru, gdzie dowiaduje się od znanego aktora, jak się robi - spoiler alert - sztuczne blizny (i w zasadzie ma już podanego podejrzanego na tacy), udziela rad w kwestii damskich fryzur. Jego wyższy stopniem kolega, któremu nie udało się przez lata aż tyle osiągnąć, patrzy na niego jak w obrazek, a sam popełnia niedyskrecje, które mogą śledztwo dużo kosztować. Obraz społeczeństwa też jest bardzo uproszczony - codzienne zakupy i obiad jako centralny punkt dnia, żona w domu przy dzieciach i gospodarstwie, pracują tylko panny, wdowy i rozwódki, a do fryzjera chodzi się na mycie i czesanie przynajmniej raz w tygodni.

Się dzwoni: aparatem z korbką.

Się wychowuje dzieci: - Hanka wróciła do domu prawie o dziewiątej - wyjaśniła matka. - Chciałam jej dobrze przyłożyć za to włóczenie się po nocy, ale ojciec ją wybronił. Jeszcze raz tak zrobi, to popamięta ruski miesiąc. (...) - Ojciec kupił mu czarną ortalionową wiatrówkę. Nieraz mówiłam chłopakowi, żeby oszczędzał ją na święta, ale czy to posłucha? Żebym nie dopilnowała, to chyba by w niej i spał.

Seksizm powszedni: sekretarka majora jest “przystojna i sympatyczna”, zaś panna Halinka, fryzjerka, “jeszcze zgrabniejsza i ładniejsza” (na tyle atrakcyjna, że jeden z młodych plutonowych MO, poważnie zadurzony w pannie Halince, nadużywając nieco swoich możliwości zawodowych, zdołał wykryć, że panna Halinka wcale nie jest, jeżeli chodzi o stan cywilny, „panną”, lecz rozwódką). Kobieta, która po wypadku miała blizny na twarzy, była traktowana jak ktoś gorszy, na szczęście, kiedy blizny zniknęły, jej śliczna twarzyczka cieszyła oko mężczyzn.

Się kupuje: szynkę spod lady, jeśli się jest żoną komendanta.

Się ogląda: “Stawkę większą niż życie”, bo to święto narodowe.

[1] Bawiąc-uczyć: w jaki trapez równoramienny można wpisać okrąg. Autor nawet zamieścił rozwiązanie zadania wraz ze wzorami.

[2] ”On już wie, że macie razem pracować. Jak się zbłaźnicie, obaj dostaniecie po uszach”.

[3] I serio, nikt nie zadaje sobie pytania, na co 45-letniemu mężczyźnie, który od ponad 25 lat pracuje w służbie, matura.

Inne tego autora, inne z tej serii.

#4

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek stycznia 13, 2023

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2023, klub-srebrnego-klucza, kryminal, panowie, prl - Skomentuj


Sylwia Chutnik - Tyłem do kierunku jazdy

Babcia Stasia umiera, trafia do szpitala, ale nie że tylko leży i życie z niej uchodzi, tylko rozstawia wszystkich po kątach, wspomina swojego rumuńskiego kochanka Dimę i żąda od wnuczki, jedynej osoby, która ją odwiedza, dostarczania używek. Wnuczka, Magda, przychodzi codziennie, bo babcia - w przeciwieństwie do reszty rodziny - ją wspiera w trudnym procesie tranzycji, a do tego opowiada fantastyczne historie, które pozwalają Magdzie zapomnieć o samotności i smutku osoby trans, dodatkowo z kiepskimi perspektywami zawodowymi mimo ukończonych studiów. Dwie opowieści osób, które zawsze było nieco z boku, trochę inne, jedna widoczna z daleka i ignorująca to, że się wyróżnia, druga z kolei za wszelką ceną usiłująca się schować, żeby nie było widać, jak bardzo inna się czuje, przeplatają się ze sobą, zahaczając dygresyjnie o “Cwaniary”. Finał, jak to w życiu, jest trochę smutny - babcia Stasia umiera, ale z drugiej strony miała barwne, bogate życie, w finale trafiła do Bukaresztu, a na samym końcu pozwoliła Magdzie na cieszenie się życiem.

Może nie jest to jakaś wyrafinowana fabularnie powieść, ale to wciągający kawałek o inności, kiedyś i współcześnie, napisany przez autorkę z fantastycznym wyczuciem językowym. Jeśli podobały się Wam inne książki Chutnik, to ta też podejdzie.

Inne tej autorki tutaj.

#3

Napisane przez Zuzanka w dniu środa stycznia 11, 2023

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2023, beletrystyka, panie - Skomentuj