Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Lillyhammer / Norsemen

"Norsemen" to epicka historia pewnego plemienia Wikingów, a przynajmniej jedna z możliwych rekonstrukcji wydarzeń nie opisywanych w sagach, jeśli sagi pisane byłyby przez ludzi o poczuciu humoru rodem z Monty Pythona. Do wioski wraca wyprawa łupieżcza z niewolnikami, w tym z Rufusem - rzymskim aktorem, który mimo kiepskich warunków startowych potrafi znaleźć dla siebie niszę (w której nikt mu nie sika do ust, nie jest serial dla osób bardzo wrażliwych, humor bywa nieco fekalny). Brat-niedojda zazdrości bardziej ogarniętemu bratu, wojownik pożąda żony bliźniego swego, zły Jarl egzekwuje od mieszkańców sioła pieniądze i próbuje gwałcić kobiety, ale nie zawsze się to udaje z różnych przyczyn. W przeciwieństwie do "Korony królów" serial jest absolutnie i zamierzenie śmieszny - na kostiumy i realia epoki (niewolnictwo, przecinanie siekierą czy wypruwanie flaków, samobójstwa starców) nałożono współczesny korpo-idiolekt z wychodzeniem ze strefy komfortu, team spiritem i awansem.

"Lillyhammer" to komedia sensacyjna. Frank Tagliano, The Fixer ("Załatwiacz") zeznaje przeciwko swojemu donowi nowojorskiej mafii. W ramach programu ochrony świadków wybiera egzotyczną Norwegię, bo lata temu zachwycił się pięknym krajobrazem Lillehammer podczas oglądania zimowej olimpiady. Mimo początkowej chęci wtopienia się w tłum i zostania zwykłym norwegiem pochodzenia amerykańskiego, Frank (aktualnie Giovanni albo Johnny) napotyka na tzw. różnice kulturowe - nadczynną komisarz policji, urząd imigracyjny, wydział ds bezrobotnych z idiotycznym kursem przysposobienia do życia w społeczeństwie zamiast prawdziwej pracy, półroczny kurs prawa jazdy. To sprawia, że jednak decyduje się wziąć sprawy w swoje ręce i znanymi sobie z Nowego Jorku metodami (szantaż, przekupstwo, przemoc, seks, alkohol) zaczyna układać życie po swojemu. Absurdalnie, udaje mu się to bez utraty sympatii widza i zaczyna gromadzić wokół siebie gromadę nieudaczników, z którą otwiera nocny lokal. Oczywiście nie dość, że lokalne władze depczą mu po piętach, to jeszcze jego przeszłość regularnie daje o sobie znać.

Serial jest świetny - nieprzewidywalny (widać, że miał nieamerykańskich scenarzystów), z ładnym wyważeniem między groteską, brutalnością i sytuacjami komicznymi. Dodatkową zaletą jest obsada - Frank/Johnny jest absolutnie przerysowaną karykaturą amerykańskiego mafioza, a zupełnie niehollywoodzko wyglądający Norwegowie (te zęby! te fryzury!) zwykle są dość prości i oględnie mówiąc, niezbyt inteligentni (Jan - pracownik wydziału ds. bezrobotnych, chyba najbardziej obleśny w serialu czy Torgeir - prawa ręka Franka, powinien nosić ksywę "master of disaster"), ale finalnie w zestawieniu z innymi nacjami - Amerykanami, Estończykami czy Brazylijczykami - budzą najwięcej sympatii. Nie wiem, w jakiej kolejności powinno się seriale oglądać - ja oglądałam je niechronologicznie (N, potem L) i większą przyjemność miałam przy Lillyhammer, gdzie pojawiali się (epizodycznie i w stałej obsadzie) odtwórcy ról z Norsemen.

Oraz pejzaże - nawet te zimowe. Przecudne. Wspominałam o pejzażach?

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek marca 22, 2018

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Komentarzy: 1


Liane Moriarty - Sekret mojego męża

W życiu trzech kobiet pojawiają się punkty zwrotne: Tess dowiaduje się, że jej mąż i kuzynka/najlepsza przyjaciółka odkryli łączące ich głębokie uczucie i to ona ma podjąć decyzję, co dalej, bo zakochane gołąbki nie są w stanie bez siebie żyć; Cecilia, szczęśliwa żona i matka trzech córek, odkrywa list napisany ręką swojego ukochanego męża, zatytułowany "Otworzyć po mojej śmierci"; Rachel, o pokolenie starsza, 23 lata wcześniej doświadczyła śmierci córki (morderca do dziś nieznany), z czym boryka się do dziś i nie jest jej łatwiej, gdy dowiaduje się, że syn z synową planują wyemigrować z Australii do USA, zabierając jej jedynego wnuka. Tess reaguje błyskawicznie, uciekając z 6-letnim synem do matki (mieszkającej w tej samej miejscowości co Rachel i Cecilia), a Cecilia się waha, ale na skutek drobnych zdarzeń decyduje się otworzyć list, co - jak się łatwo po tytule domyślić - zmienia całkowicie jej życie. Rachel, odkrywając na starej kasecie wideo nagranie, rozpoczyna po raz kolejny podejście do ukarania chłopaka, który jej zdaniem był winny.

Tak jak w poprzedniej książce autorki, jest to przemieszanie zgrabnych obserwacji socjologicznych rodziców (ze sporym akcentem na tzw. overachieving mothers, tylko wtedy szczęśliwe, jak dom posprzątany, kariera zawodowa w górę, dzieci najlepsze, a mąż jak w starym dowcipie) z opowieścią o poczuciu winy i zemście. Jest też o książka z tezą, co potwierdza (jak w poprzedniej) zestaw pytań na ostatnich stronach, mający chyba skupić czytelnika na refleksji nad tym, co przeczytał. Przeszkadzał mi nieco wszechwiedzący narrator, bez oporów eksplorujący wszystkie zaułki "co by było gdyby", pokazujący, że wystarczyło małe pchnięcie w którąkolwiek stronę, żeby do nieszczęścia nie doszło. Mimo pewnego dydaktyzmu, czyta się gładko, nawet jeśli uśmiech w którejś z kolejnych scen potrafi nagle zamarznąć.

#20

Inne tej autorki tutaj.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela marca 18, 2018

Link permanentny - Tagi: panie, beletrystyka, australia, 2018 - Kategoria: Czytam - Skomentuj


4 poziomo

Okazuje się, że da się połączyć frazy polski, sitcom i śmieszny w jednym zdaniu. Rzecz się dzieje w więźniu, pod celą siedzą - oczywiście za niewinność - osadzeni Wąglik (Sapryk), Bodzio (Jakubik), Docent (Braciak) i Łańcuszek (Wabich). Wąglik pakuje i boi się, że żona (Kuna) go zdradza, Łańcuszek stara się kontrolować interesy "na zewnątrz", Bodzio namiętnie rozwiązuje krzyżówki mimo braku predyspozycji intelektualnych (a matka na widzeniach podejrzewa go, że bierze narkotyki), zaś Docent czyta i jak już nie może, podrzuca Bodziowi brakujące hasła do krzyżówki.

Serial jest dość statyczny, z przerysowaniem (spacerniak w studiu, wszyscy chodzą krokiem skradającym się jak złoczyńcy w musicalu) i brakiem ciągłości akcji (poza kilkoma połączonymi epizodami, w pozostałych nikt nie pamięta o tym, co zdarzyło się w poprzednim odcinku), ale i tak zabawny i całkiem niegłupi. "Orange is the New Black" to nie jest, ale czasu się nie marnuje.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek marca 15, 2018

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Skomentuj


Hakkan Nesser - Drugie życie pana Roosa / Samotni / Rzeźniczka z Małej Birmy

Valdemar Roos ma 59 lat i czuje, że w zasadzie nie żyje. Nie ma przyjaciół, młodsza o 11 lat druga żona i pasierbice traktują go jak stary, brzydki i zawadzający mebel, z synem i rozwiedzioną żoną nie utrzymuje kontaktu[1], a w pracy wyczekuje na przejście na emeryturę. Drugie życie pana Roosa rozpoczyna się w momencie, kiedy nagle wygrywa sumę wystarczającą na spełnienie marzeń o zmianie życia. Pytanie, czy jeszcze umie. Zaczyna od rzucenia pracy i zakupu chatki w odludnym miejscu, do której jeździ zamiast do pracy. Szybko okazuje się, że powroty do domu, w którym sytuacja nie ulega zmianie, są coraz trudniejsze, tym bardziej, że do chatki przypadkiem trafia Anna. Anna (Polka z pochodzenia, co łatwo poznać po rdzennie polskim nazwisku Gambowska[2]), 21-letnia narkomanka na odwyku, właśnie uciekła z ośrodka, o mało co nie została zgwałcona i jest absolutnie bezradna. Jej matka jest bardziej zainteresowana resztą swojej rodziny, a do tego zdradza miejsce jej pobytu byłemu chłopakowi, niebezpiecznemu dilerowi narkotyków. Do Barbarottiego sprawa trafia z dwóch stron - po złamaniu nogi jedna z pielęgniarek, nieco zaniepokojona (nieco, bo w końcu to tylko stary mebel) żona Roosa, prosi o pomoc w znalezieniu męża, którego od kilku dni nie ma, a przy odludnej chatce zostają znalezione zwłoki młodego mężczyzny. Policja rusza w pościg za dziwną parą przez pół Europy, trafiając nawet do miasteczka Maardam, znanego z cyklu o Van Veeterenie.

[1] Niespecjalnie się dziwię, bo...

Brodawki jej ciężkich piersi prześwitywały przez stanik i materiał bluzki i wydawały się świdrować go wzrokiem jak dwa wściekłe kotlety mielone. Valdemar stwierdził, że jego żona naprawdę wygląda jak topielec.

[2] W Polsce jest 8 (osiem!) osób o tym nazwisku (wg strony http://nazwiska-polskie.pl/). Naprawdę trzeba się naszukać, żeby trafić na rzadsze. Rispect.

Samotni to historia grupy sześciorga ludzi, którzy spotkali się pod koniec lat 60. w Uppsali, gdzie większość z nich studiowała. Planują rozkręcić biuro podróży z egzotyczną dla Skandynawów specjalizacją: kraje bloku wschodniego - Polska, Czechy, Rumunia, Węgry itd. Wyprawa orientacyjna, w którą się wybierają starym autobusem, zmienia wszystko. Jakiś czas potem jedna z osób, Maria, ginie podczas wyprawy na grzyby, spadając z klifu. 35 lat później, w tym samym miejscu, policja znajduje zwłoki kolejnej osoby, Germunda, chłopaka Marii. Na śledztwo nakładają się prywatne problemy inspektora, który najpierw dowiaduje się, że jego żona, Marianne, była w związku z Germundem, zanim poznała Barbarottiego, a niedługo potem wszystko przesłaniają problemy zdrowotne Marianne, która traci przytomność w wyniku krwotoku w mózgu.

Rzeźniczka z Małej Birmy zaczyna się od zupełnie niekryminalnego, ale dramatycznego wydarzenia: żban Oneonebggvrtb hzvren jr śavr cółgben ebxh cb cbcemrqavz xejbgbxh qb zómth. Barbarotti wpada w depresję, rozpoczyna terapię, a jego szef - Asunander - proponuje mu do rozwiązania archiwalną sprawę. 5 lat wcześniej zaginął drugi mąż Ellen Bjarnebo, co samo w sobie nie byłoby bardzo alarmujące, gdyby nie fakt, że wcześniej Ellen odsiedziała 11 lat za zamordowanie i poćwiartowanie swojego pierwszego męża. Wprawdzie przyznała się do winy, ale Barbarotti im dłużej drąży, tym bardziej nie jest przekonany, że sprawa jest tak jasna, jak to pierwotny proces zakładał. Dodatkowo w dalszym ciągu nie wiadomo, gdzie jest mąż numer dwa. Pewną wadą - zapewne wynikającą z burzliwego początku albo z faktu, że to ostatni tom cyklu - jest większa ilość analiz biblijnych, snów i monologów wewnętrznych inspektora.

Mimo powagi opowiadanych historii, autor ładnie równoważy minorowy ton sprawnie wplatanymi dialogami i humorem sytuacyjnym (wyimki z różnych tomów).

Asunander wyglądał jak kot, który wprawdzie nie zjadł jeszcze kanarka, ale odgryzł mu skrzydełka i zapędził go w kozi róg. Innymi słowy był niezadowolony tylko trochę. To my jesteśmy tymi kanarkami, pomyślał Barbarotti.
Backman przyglądała mu się przez chwilę ze smutnym wyrazem twarzy.
- Wiesz co - odparła - poza tym, że wysłaliśmy masę zapytań tu i tam i kilka notatek prasowych, kompletnie nic interesującego się nie wydarzyło. Z wyjątkiem tego, że Alice Ekman-Roos obejrzała ciało.
- Rozpoznała go? - zapytał Barbarotti.
- Nie - odpowiedziała Backman. - Ale go obrzygała.
Ma rację, pomyślał Barbarotti. Beznadziejny dzień.
- Okej - odparła Backman i wręczyła Barbarottiemu cienką teczkę.
- Co to jest? - Wydrukowane przesłuchania (...).
- Dzięki - powiedział Gunnar Barbarotti. - Zawsze można na ciebie liczyć.
- Spisałam je białym wierszem. Mam nadzieję, że to docenisz.
- Napiszę do nich muzykę - odparł Barbarotti - i jutro odśpiewamy Asunanderowi w duecie.
Asystent kryminalny Claes-Henrik Wennergren-Olofsson miał najdłuższe nazwisko na komisariacie w Kymlinge, a ponieważ lubił dodawać swój tytuł służbowy - przed nazwiskiem lub po nim - potrzebował najczęściej trzydziestu sekund i dwóch linijek, żeby je zapisać. Alexander Tillgren, również asystent kryminalny, choć ze stażem mniejszym o pół roku, miał dobre powody, by uważać, że Wennergren-Olofsson jest idiotą.

Inne tego autora tutaj.

#17-19

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela marca 11, 2018

Link permanentny - Tagi: skandynawia, panowie, kryminał, 2018 - Kategoria: Czytam - Skomentuj



Zając ze Starego Browaru

Podobno pojawiają się w Starym Browarze od 10 lat. Znając moje zamiłowanie do koloru i kompulsywne robienie zdjęć, nie potwierdzam - pierwsze zdjęcia, jakie znalazłam, są z 2010 roku.

2011 i 2012 - brak śladu. Co ja robiłam, że nie bywałam w Starym Browarze na zającach?! Za to przez następne trzy lata zaskakująca regularność: zdjęcia z 2013, 2014 i 2015.

W 2016 byłam zarobiona, więc nie pisałam. Ale bywałam.

Podobnie w 2017.

Wreszcie w 2018 asortyment wspominkowy - pełna paleta kolorów, aksamit, mat, brokat i metalik obok siebie.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek marca 6, 2018

Link permanentny - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - Skomentuj


Franz Kafka - Proces

No dobrze, przemyślałam swój stosunek do Pachnidła jako najgorszej książki 2018, albowiem - oględnie powiem - Proces bynajmniej też mnie nie zachwycił.

Józef K. WTEM zostaje aresztowany - ot, do pensjonatu, w którym mieszka, wchodzą smutni panowie, informują go o fakcie aresztowania, zjadają mu śniadanie, po czym Józef idzie do pracy, jak co dzień. Nie wiadomo jaki jest powód ani konsekwencja tego faktu - w bliżej nieokreślonej przyszłości ma się odbyć proces, czasem bywa wzywany do sądu, plotka się rozchodzi po mieście oraz wuj z prowincji się strasznie ciska, bo hańba dla rodziny. Działania Józefa przypominają grę RPG, prowadzoną przez schizofrenicznego mistrza gry - chodzi w losowe miejsca, tu zmolestuje współlokatorkę, tam w sądzie obrazi urzędnika, innym razem dostanie napadu duszności, wuj prowadzi go do chorego adwokata, który wprawdzie niewiele robi, ale ma uroczą pielęgniarkę, która z kolei molestuje Józefa (ku jego niechęci, mimo że panna młoda i ładna; w ogóle to jakiś fetysz autora, takie przypadkowe rzucanie się ledwo poznanych ludzi na siebie - na Józefa ostrzy sobie też dwukrotnie spotkana żona woźnego sądowego), w kościele, po którym ma oprowadzić żądnego zwiedzania kontrahenta z banku, wdaje się w mistyczną pogawędkę z księdzem (kapelanem więziennym), świat prawa wyjaśnia mu malarz-domokrążca oraz były kupiec na krawędzi załamania nerwowego. Czy wspominałam, że działania Józefa nie mają konsekwencji? Mija rok, pojawiają się znowu smutni panowie, wyprowadzają Józefa na pole pod miastem, rozbierają i zabijają. Koniec. Wspominałam, że nigdzie nie pada najmniejsze wyjaśnienie, czego dotyczy proces?

I dialogi. Bardzo niedobre. Większość ludzi, z którymi Józef rozmawia, brzmią jakby mieli nieustające zatwardzenie. Czasem cedzą półsłówka, czasem do przypadkowo napotkanej osoby wygłaszają monolog na kilkanaście stron. Sam Józef jest antypatycznym bucem, postrzegającym większość swojego otoczenia jako ludzi poślednich, niższej klasy niż on, skupionym tylko na tym, że zrobić dobre wrażenie na zwierzchnikach w pracy i klientach. Finał jest ulgą, również dla czytelnika.

(I tak, czytałam kilka opracowań, w których FK wielkim autorem jest, ale książka się nie broni).

#16/#4

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek marca 6, 2018

Link permanentny - Tagi: panowie, czechy, beletrystyka, 2018 - Kategorie: Słucham (literatury), Czytam - Komentarzy: 2


Dark

2019, niedaleka przyszłość, niemiecka prowincja, małe miasteczko Winden, tuż obok elektrowni atomowej. Michael Kahnwald, 40-letni mąż i ojciec, popełnia samobójstwo. W listopadzie, kilka miesięcy później, jego syn, Jonas, wraca z kliniki psychiatrycznej, gdzie przychodził do siebie po odnalezieniu ojca. Wszyscy są poruszeni, bo kilka dni wcześniej zniknął 11-latek, Eric. Policja rozpoczyna śledztwo, na początku daremne, ale zaginięcie rozpoczyna[1] ciąg wydarzeń, które na trwałe zmienią społeczność. Cztery rodziny - Tiedemannów, Nielsenów, Dopplerów i Kahnwaldów - są połączone ze sobą na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat. Niedługo potem ginie najmłodszy syn Urlicha Nielsena (policjanta) - Mikkel, przez co ten ma poczucie deja vu - 33 lata wcześniej w identyczny sposób zniknął brat Urlicha, Mads. Dyrektor elektrowni blokuje wejście policji na teren, a sytuacji nie poprawia fakt znalezienia zmasakrowanych zwłok chłopca, który jednak nie jest żadnym z zaginionych. I niby jest to zwykły obyczajowy kryminał - policja szuka tropów, ojciec zaginionego się wścieka i wdaje w bójki, wychodzą na jaw zdrady i konflikty, do hotelu wprowadza się dziwnie zaniedbany mężczyzna, ale dzieje się tak do pewnego momentu, kiedy z nieba zaczynają spadać martwe ptaki, a Mikkel, który wychodzi z tunelu-jaskini pod elektrownią orientuje się, że jest nie w 2019 roku, a w 1986.

Dawno nie dyskutowałam z telewizorem tak intensywnie, ale - umówmy się - temat podróży w czasie, gdzie pełno paradoksów, zwłaszcza jeszcze w mrocznym, gęstym klimacie, ze ścielącym się trupem, tajemnicami i bohaterami, którzy nie chcą się ze sobą dzielić swoimi obserwacjami aż się prosi o komentarz. W bardzo ogólnym zarysie fabuły serial przypomina "12 małp" - wielu graczy próbuje, skacząc w czasie, osiągnąć sprzeczne cele. Nie wiadomo, czy uda im się zmienić przyszłość, czy jest możliwa więcej niż jedna linia czasu, czy nie da się już zmienić przeszłości (a może jak w D.O.D.O. zmiana następuje płynnie i zmiana jest przyjmowana jako oczywistość?). Porównywany ze Stranger Things, jest ciekawszy i bardziej bliski moim wspomnieniom z lat 80. (choć oczywiście zachowując proporcję, bo to dawny RFN, a nie bliższe Polsce NRD); niezależnie akcja dzieje się na poziomie dorosłych i nastolatków, a są to zupełnie inne światy.

Podobało mi się ogromnie, mam sporo pytań, czekam na drugi sezon i liczę, że tego nie zepsują.

[1] Oczywiście można dyskutować, czy rozpoczyna, bo tak naprawdę zaginięcie Erica to efekt wydarzeń, które rozpoczęły się kilkadziesiąt lat wcześniej.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa lutego 28, 2018

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Skomentuj


Hakan Nesser - Człowiek bez psa / Całkiem inna historia

Inspektor Gunnar Barbarotti (pół Szwed, pół Włoch) ma 45 lat, rozwiódł się z żoną (straszną sekutnicą) i ma trójkę dzieci. Tuż po rozstaniu z żoną rozpoczął układać się z Bogiem (choć nie jest specjalnie wierzący, ale opiera się na Biblii jak na książce inspiracyjnej), że będzie przyznawał mu punkty za ułatwienia w życiu (wykluczając śledztwo). Czasem Bóg był na minusie[1], czasem lekko wychodził na plus do momentu, kiedy Barbarotti nie poznał Marianne, również rozwiedzionej, dla odmiany z dwójką dzieci. Od tej chwili bilans już zdecydowanie zaczął wychodzić pozytywnie mimo zawirowań w drugim tomie. Eva Backman to współpracowniczka Barbarottiego, inteligentna, ironiczna, pracowita, niestety mieszkająca z mężem-hokeistą i trzema synami, grającymi w hokeja (jak się nietrudno domyślić, hokeja nienawidzi). Jest jeszcze małomówny Smutas, spec od wyszukiwania w bazach danych i technikaliów oraz szef - Asunander - doświadczony i mądry policjant, milkliwy z powodu wypadku na służbie - 10 lat wcześniej bandyta wybił mu prawie wszystkie zęby, a sztuczna szczęka mu wypada lub się obluzowuje podczas mówienia, stąd umiejętność lakonicznego, ale czytelnego komunikowania się.

Człowiek bez psa zaczyna się jak zwyczajna powieść obyczajowa o absurdalnie skonflikowanej, choć pozornie zgodnej rodzinie. Na 65 urodziny seniora rodu, Karla Erika, urządzane przez Rosemarie (z tendencjami samobójczymi) przyjeżdża trójka ich dzieci - najstarsza córka, Ebba, kończąca tego samego dnia 40 lat (z synami - nastolatkiem i studentem oraz mężem), młodsza Kristina (również z mężem i nieco autystycznym dwuletnim synkiem) i najmłodszy Robert, aspirujący pisarz i sportowiec, niestety znany głównie ze skandalu podczas nagrania erotycznego reality show. Problem w tym, że nikt nie cieszy się na to spotkanie - ani gospodarze (Rosemarie jest wściekła[2], bo Karl Erik bez jej wiedzy zdecydował, że wyprowadzą się do Hiszpanii), ani ich dzieci (przymus i ciosanie kołków na głowie plus oczywiście TE SPRAWA z Robertem), ani wnuki (młodszy Kristoffer, który tęskni za nastoletnią miłością ze szkoły, starszy Henrik z kolei wolałby być w objęciach ukochanego ze studiów, o synu Kristin trudno wyrokować, gdyż jest mało elokwentny). Po rozpoczęciu świętowania jest drętwo, alkohol z jednej strony sprawy ułatwia, z drugiej doprowadza oczywiście do scysji ojca z Robertem; po pierwszym dniu pijany Robert wychodzi i nie wraca. Wszyscy to ignorują (bo Robert przysporzył rodzinie już wystarczająco kłopotu) do momentu, kiedy o poranku kolejnego dnia znika 19-letni Henrik. Tego zignorować się nie da, więc do akcji wkracza policja. Długie, męczące, często poszlakowe śledztwo, które rozwiązuje się przez przypadek[3] - osoba zamieszana w zniknięcie Roberta przypadkiem ginie w wypadku i wizyta w mieszkaniu ujawnia trop, a w sprawie Henrika - Barbarotti przypadkiem styka się z osobą, z którą rozmowa poddaje mu pomysł na wyjaśnienie sprawy.

Całkiem inna historia dotyka Barbarottiego osobiście - zgarnia przed wyczekanym urlopem z Marianne paczkę listów od listonosza, wyjeżdża już na urlopie okazuje się, że to anonim adresowany właśnie do inspektora, w którym ktoś ostrzega, że zabije człowieka o podanych personaliach. Wyjątkowo urlop nie zostaje przerwany, ale list nie jest ostatnim - policja musi podejmować trudne decyzje o ochronie kilkudziesięciu osób, oceniać, czy byli w stanie zapobiec kolejnym morderstwom oraz wchodzi w konflikt z prasą, która ma przecieki ze sprawy. To nie jest śledztwo olśnień, tylko - jak zwykle u Nessera - ciężkiej operacyjnej pracy ("technicy [w lipcu] przeczesali obszar wokół miejsca przestępstwa równy boisku piłkarskiemu. Wyniki analiz poznamy gdzież pomiędzy Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem"). Kompozycyjnie, śledztwo przeplatane jest pamiętnikiem mordercy, który wyjaśnia swoje motywy, opisując pechowe lato na francuskim wybrzeżu pięć lat wcześniej. Absurdalnie, nawet kiedy policja otrzymuje ten pamiętnik, nie jest bliższa rozwiązania sprawy niż na początku.

Jak w cyklu obok, się je i pije. Wprawdzie po kawalersku Barbarotti składania się ku ziemniaczanego purée ze smażoną kiełbasą, ale gotuje i dla ukochanej kobiety przygotowuje: spaghetti z pesto, kaparami, oliwkami i cieniutkimi plastrami parmezanu. Do tego kieliszek czerwonego wina (...) i cząstka gruszki; w restauracji szczupak z chrzanem z gotowanymi ziemniakami i roztopionym masłem lub zapiekany ser kozi, marynowane małże, kruche mięso z sosem na bazie białego wina i musztardy, dwa gatunki sera, roquefort i comté, crème brûlée plus wino alzackie i bordeaux, calvados i kawa (to we Francji); homara kupuje w ulubionym sklepie rybnym prowadzonym przez pochodzącego z Polski byłego skoczka narciarskiego nazwiskiem Dobrowolski(!).

Inne tego autora tutaj.

[1]

Po czasie Gunnar Barbarotti opracował (w porozumieniu, rzecz jasna, z Bogiem) system punktowy bazujący na tym, jakie jest prawdopodobieństwo szczęśliwego zakończenia. Jeżeli modlitwa Gunnara nie zostawała wysłuchana, Bóg tracił zawsze jeden punkt, jeżeli zaś Nasz Pan jej wysłuchał, mógł dostać jeden, dwa, a nawet trzy punkty.
Rok po rozwodzie Bóg nie istniał. Udało mu się uskładać całe osiemnaście punktów przy aż trzydziestu dziewięciu na minusie, co dawało bilans ujemny w wysokości dwudziestu jeden punktów.
W kolejnym roku poszło mu nieco lepiej, nastąpiła korekta i bilans podskoczył do minus piętnastu. Rok później opuścił się znowu do minus osiemnastu, jednak to w czasie czwartego – bieżącego – roku nastąpił zwrot. Już w maju Bóg nadrobił straty, a w połowie lipca istniał z zapasem sześciu punktów, notowanie to zostało jednak zniszczone przez deszczowy i pochmurny tydzień wakacji w Szkocji, zapalenie ucha oraz jesień naszpikowaną ciężką i niezbyt owocną policyjną robotą.

[2] Naprawdę. Tu był ten pierwszy moment, kiedy opadły mi ręce.

[3] Cbavrjnż bpmljvśpvr bovr fcenjl fvę mr fboą avr łąpmą - Eboreg mavxn cemrm jlqnemravr fcemrq xvyxhanfgh yng, n Uraevx m cbjbqh vavpwnpwv frxfhnyarw m 12 yng fgnefmą pvbgxą (xgóen pupr zh hqbjbqavć, żr avr wrfg ubzbfrxfhnyvfgą, #vqbagrira).

#14/15

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela lutego 25, 2018

Link permanentny - Tagi: skandynawia, panowie, kryminał, 2018 - Kategoria: Czytam - Skomentuj


Altered Carbon / Węgiel modyfikowany

Daleka przyszłość. To, co diametralnie zmieniło świat, jest możliwość zapisania w tzw. stosie z modyfikowanego węgla osobowości i pamięci człowieka. Każdy nosi na karku mały dysk, który - w przypadku uszkodzenia jego ciała (ale oczywiście nie uszkodzenia dysku) - może zostać przeniesiony do innego. Ma to niebagatelną zaletę dla kilku grup ludzi - dla policji, która może "wskrzesić" ofiarę morderstwa i sprawdzić, kto zabił oraz dla bogatych, dla których możliwość przenoszenia osobowości z ciała do ciała (zwłaszcza że ciała też można szybko klonować) to szansa na nieśmiertelność. Biedni czasem nie mają wyboru i otrzymują ciała z przypadku, jeśli w ogóle można ich wyjąć z bezczasowego "lodu". Takeshi Kovacs, najemnik, zostaje wynajęty przez bogatego przedsiębiorcę, który chce bezstronnego (bo nikomu nie wierzy) wyjaśnienia powodu, dla którego popełnił samobójstwo (sam nie sprawdzi, bo stos uległ zmianie, a kopia "w chmurze" była zrobiona jakiś czas wcześniej). I dopóki akcja prowadzi przez śledztwo, jest to doskonały kryminał noir w sztafażu cyber-punkowym, nawet z elementami komediowymi (różowy plecaczek z jednorożcem, gracja nosorożca, z jaką Kovacs porusza się w nieznanym wcześniej świecie czy babcia z "mrożonki"). Bohaterowie nawet nie za mocno przerysowani - buntownik Kovacs z urokiem psotnego chłopca, zadzierzysta policjantka Kristin, doskonały Poe - AI zarządzające hotelem czy sukcesywnie pojawiająca się ekipa ekspertów od technikaliów (Vernon i Ava Elliotowie czy Mickey). Niestety, wszystko się psuje, kiedy serial wykracza poza książkową fabułę.

Umówmy się, że nie było dla mnie zaskoczeniem, że podczas kręcenia serialu było o tym głośno i był oczekiwany prawie tak, jak Blade Runner 2. Książkę czytałam zaraz po premierze, w 2003 czy 2004, więc enigmatycznie powiem, że jakiś czas temu (a wiecie, jak u mnie z pamięcią do przeczytanych treści). Ale nawet z moją sklerozą serial przestaje trzymać się kupy w okolicy 4-5 odcinka. Bezładna przemoc (kopanina, tortury, przypadkowe morderstwa) zamiast śledztwa przeplatają się z reminiscencjami sprzed kilkuset lat, które mają pokazać osobowość Kovacsa, wyjaśnić tło kulturowe oraz wprowadzić WTEM jego siostrę. W dużym skrócie i bez ujawniania zakrętów scenariusza - jak człowiek jest nieśmiertelny, to mu pada na mózg i nie jest dobrze. Obejrzałam do końca siłą rozpędu, autentycznie obawiam się, że kolejny sezon może już być absolutnie niestrawny.

Uprzedzając pytanie - polecam dla wielbicieli cyber-punka (bo na bezrybiu itd.) i książki, natomiast tak z doskoku - niekoniecznie.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota lutego 24, 2018

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Komentarzy: 6