Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Więcej o Słucham (literatury)

Joanna Chmielewska - Rzeź bezkręgowców

Na zakończenie roku przesłuchałam, żebyście Wy nie musiały. To “późna” Chmielewska, kiedy już zabrakło autorce pomysłów, umiaru i klasy, a redakcji krytycyzmu. Fabuła jest pretekstowa - pisarka Joanna przypadkiem ociera się o kolejne morderstwa; giną osoby związane z filmem, nazywane przez autorkę pasożytami, płazińcami itd. (stąd tytuł). Ich winą jest niszczenie literatury wysokiej za pomocą spapranych ekranizacji, co Chmielewską osobiście dotknęło, więc cieszy się z każdej zbrodni. Wszystkie nitki zbiegają się dookoła Ewy Marsz, niegdyś poczytnej pisarki, której kariera utknęła po dwóch kiepskich ekranizacjach i przebojach z wydawnictwem, Joanna ją lubi, więc wprawdzie ochoczo pomaga znajomemu komisarzowi w śledztwie, ale tak, żeby Ewy nie obciążyć. Akcji właściwej - poza krążeniem po mieście i przypadkowych rozmowach - w zasadzie nie ma, mieszkanie Chmielewskiej to główna kwatera chaosu - wszyscy do niej dzwonią, faksują[1] i przyjeżdżają, żeby przy niesmacznym koniaczku i smacznym winku wymieniać informacje. Czasem na zakąskę jest ser albo paszteciki z resztek[2].

Ale pal diabli akcja, jest chaotyczna, ale do czegoś prowadzi w finale. Bardziej mnie irytowały przemycane przez autorkę seksizm i rasizm; przypadkowo oglądana przez okno blondyneczka jest określona na wygląd jako idiotka, pojawia się szydera z osób czarnych. Kiedy kobieta z mężczyznami schodzi do piwnicy i słychać krzyk, nikogo to nie alarmuje, bo wszyscy myśleli, że panowie gwałcą panią, ludzka rzecz. Na podejście autorki do licznie prowadzonych w międzyczasie “biznesów” mogę tylko położyć zen, skoro Joanna chlubi się nieczytaniem umów, wszystko podpisuje w ciemno, a poproszona o wysłanie na jakieś konto pieniędzy, po prostu to robi bez zastanowienia. Złośliwie bym podsumowała, kto tu był blondyneczką idiotką, ale nie jestem przecież złośliwa.

[1] Autorka gardzi “małpią pocztą”, nie korzysta z emaili.

[2] Autorka z uporem opisuje karmienie dochodzących kotów, którymi się “opiekuje”, odpadkami. Zbiera dla nich skórki z kaszanki, rybie szczątki, resztki mięsa kwestionowalnej świeżości…

Inne tej autorki.

#122/#32

Napisane przez Zuzanka w dniu Monday January 5, 2026

Link permanentny - Kategorie: Słucham (literatury), Czytam - Tagi: 2025, kryminal, panie - Komentarzy: 2


Jerzy Edigey - Operacja “Wolfram”

Szwajcarski przedsiębiorca, Anton Miller, mimo swojego średniego wieku i blizny na policzku, dalej jest atrakcyjnym mężczyzną. Wprawdzie jego celem jest załatwianie interesów i dlatego pojawia się w RPA, ale nie wyrzuca uroczej pokojówki, która spontanicznie ładuje mu się do łóżka. Wracając do interesów, Miller tak naprawdę nie jest Szwajcarem, nie nazywa się Miller, a blizna jest sztuczna. Cały czas czekałam na jakąś zakrętkę fabularną, że Miller okaże się panem Milewskim, sprytnym emigrantem PRL-owskim, ale nie; to nietypowa dla autora powieść sensacyjna, dziejąca się w wielkim świecie. Otóż pan Miller, po nieudanym skoku na bank w Marsylii, przez swojego znajomego nakręca transakcję na wolfram, którego RPA potrzebuje dużo, a trzymające łapę na brazylijskich zasobach USA limituje. Następuje karkołomna operacja, w wyniku której ruda wolframu jest kupiona dla Japonii, tyle że tam nie dociera. I oprócz zarobku na metalu “biznesmeni” mieliby jeszcze ubezpieczenie od Lloyda, bo załadowany rudą statek niespodziewanie tonie, ale wszystko się sypie, bo jeden z marynarzy chciał uratować drogi aparat fotograficzny i złamał nogę.

Nie wiem, czy ta książka jest bardziej seksistowska, rasistowska czy neokolonialna. Miller kręci się wszędzie tam, gdzie są konflikty zbrojne - Biafra, dawna Rodezja, Kambodża; tu sprzeda broń, tu kupi jakieś cenne surowce, absolutnie wszystko jedno komu i od kogo, byle kasa się zgadzała, strona etyczna w ogóle go nie interesuje. Co kilka stron padają deprecjonujące czarnych określenia, wśród których “czarny zboczeniec” jest jednym z łagodniejszych. Co do pań - Miller nie opędza się od wspomnianej pokojówki, robi też wielokrotnie “małą grzeczność” (sic!) towarzyszącej mu japońskiej przewodniczce, mimo że ta ma krótkie nóżki[1]. Szkoda mu zamordowanej recepcjonistki, bo była ładna i się do niego uśmiechała. Cudownie. Trochę wspominków podróżniczych - ewidentnie autor zwiedzał Kioto, uczestniczył w ceremonii parzenia herbaty i spędził nieco czasu w Kapsztadzie.

[1] I, jak się okazuje, narzeczonego, a z Millerem sypiała służbowo, w ramach obowiązków. Co Millera zaskakuje, ale nie dziwi, wszak jest przyzwyczajony do damskiej atencji.

Inne tego autora.

#117/#31

Napisane przez Zuzanka w dniu Tuesday December 23, 2025

Link permanentny - Kategorie: Słucham (literatury), Czytam - Tagi: 2025, kryminal, panowie - Skomentuj


Robert Louis Stevenson - Wyspa skarbów

Jakoś tak jest, że “chłopackie” książki się lepiej starzeją niż dla dziewcząt. Mogę się oczywiście czepiać rasizmu czy szowinizmu, ale to tak oczywiste jak oddychanie. “Wyspa” jest całkiem zacną przygodową opowieścią o młodym chłopcu, Jimie Hawkinsie, który wraz z owdowiałą matką prowadził tawernę “Admiral Benbow” i mieli pecha (czy - jak się potem okazuje - szczęście), że zalągł im się lokator: stary, paskudny marynarz. Po nagłej śmierci gościa w jego bagażu znalazło się tajemnicze zawiniątko z mapą skarbu, udało się odeprzeć atak jego dawnych kamratów, a potem matkę-karczmarkę zostawiono samą sobie (oddychanie, tak), a młody Jim z lokalnym lordem, zaufanym służącym i domowym lekarzem kupili okręt, zebrali załogę i wybrali się w podróż życia. Oczywiście wnikliwa czytelniczka od razu wiedziała, że dziwnie wyglądająca załoga zebrana przez jednonogiego kucharza niekoniecznie będzie posłusznie wykonywać rozkazy kapitana, ale protagoniści dowiedzieli się o tym dopiero na wyspie, kiedy wtem większość załogi okazała się piratami. Trochę strzelania i biegania po wyspie, sprytny ocaleniec, dyplomacja lekarza oraz brawura młodego Jima, to wszystko przyczyniło się do pokonania piratów i triumfalnego powrotu ze skarbem.

#116/#30

Napisane przez Zuzanka w dniu Saturday December 20, 2025

Link permanentny - Kategorie: Słucham (literatury), Czytam - Tagi: 2025, mlodziezowe, panowie - Skomentuj


Mark Twain - Przygody Tomka Sawyera

Spieszę donieść zaniepokojonym, że to w dalszym ciągu jest świetnie napisana książka przygodowa, zabawna, ironiczna, oczywiście nie wolna od znaków czasu, ale niebolesna w czytaniu.

Tomek mieszka u ciotki Polly, która załamuje ręce, co z niego wyrośnie. Bo to pędziwiatr, niekoniecznie sobie radzi z emocjami, lubi wdawać się w bójki, nie lubi się uczyć, a braki wiedzy nadrabia sprytem. Historia kary w postaci bielenia płotu, którą Tomek zamienił w zysk i chwałę w szkółce niedzielnej, to chyba jedna z moich ulubionych w książce. Bo wspólnym mianownikiem wszystkich przygód jest entuzjazm, dzięki któremu nawet z kiepskiej sytuacji - znudzenia zabawą w piratów, mrocznej wizyty na cmentarzu, lania od ciotki czy zagubienia się w grotach - Tomek potrafi wyjść z podniesioną głową. Niekoniecznie czysty, ale zadowolony.

Oczywiście jest i drugie dno - mimo pozornej opieki dzieci są zaniedbane, przemoc, głód i choroby są normą. Rzecz się dzieje na Południu, temat niewolnictwa jest potraktowany dość oględnie (Czarni są, tylko do kogoś należą), a naczelnym wrogiem jest metys Joe, który zupełnie przypadkiem zszedł na drogę zbrodni po tym, jak został ukarany za “włóczęgostwo”. Wiem, Twain doskonale wiedział, co robi, ale pewne didaskalia się mogą przydać, zwłaszcza jak się czyta książkę młodzieży.

#108/#28

Napisane przez Zuzanka w dniu Thursday December 4, 2025

Link permanentny - Kategorie: Słucham (literatury), Czytam - Tagi: 2025, mlodziezowe, panowie - Skomentuj


Jerzy Edigey - Niech pan zdejmie rękawiczki

Pani Eufemia Kwiatkowska, emerytowana nauczycielka muzyki, mieszka w “kołchozie” - współdzielonym mieszkaniu z nieprzyjaznymi jej współlokatorami. Kiedy wreszcie otrzymuje przydział na mieszkanie na nowowybudowanym osiedlu Za Wiatrakami, nie waha się, nawet jeśli mieszkania mają niedoróbki i chodzi plotka, że ktoś morduje starsze panie[1]. Plotka okazuje się prawdą. Mimo to pani Eufemia wywiesza ogłoszenie o lekcjach muzyki, bo w związku ze zmianą zamieszkania musi znaleźć nowych klientów. Zaprzyjaźnia się też z państwem inżynierostwem, których córeczkę uczy gry na pianinie i szybko nawiązuje kontakt z dzielnicowym sierżantem Lipkowskim, który ma pomysł, żeby wykorzystać ją jako przynętę. Jako potencjalnych złoczyńców Lipkowski typuje tzw. złote rączki, którzy świadczą nielegalnie usługi remontowo-stolarskie - zamontują zamek, wyheblują okno, żeby się zamykało, położą kafelki czy wręcz naprawią to, co spieprzyli, oddając mieszkanie. Całość jest utrzymana w dość lekkim klimacie, z dużym udziałem starszej pani w rozwiązaniu sprawy. Dzielnicowy też okazuje się sprytniejszy od Komendy Głównej Milicji, co zostaje finalnie zaakceptowane po początkowej niechęci do udziału sierżanta w śledztwie.

Się pije: kawę (gorzką, bo cukier daleko i wstyd prosić o podanie).

Się marzy: o zakupie Taunusa (taki europejski Ford!).

Się nosi: drogi zegarek “Omega”.

Elektronika: radio „Aga”, telewizor „Granit” - istotny dla śledztwa, “Philips” - nowoczesny, z Zachodu.

[1] Oczywiście, że pojawiają się żarciki z potencjalnego tła seksualnego napaści - wszyscy są zgodni, że przecież 60-latki nikt nie tknie, bo stara i do tego brzydka, mimo wspomnianych przypadków gwałtu na osobie 80+. Ale to we Francji (ciągle aktualnie, niestety).

Inne tego autora.

#102/#27

Napisane przez Zuzanka w dniu Sunday November 23, 2025

Link permanentny - Kategorie: Słucham (literatury), Czytam - Tagi: kryminal, panowie, prl - Skomentuj


Jerzy Edigey - Spotkamy się w Matrózcsarda

Major Wyganowicz, oficer kontrwywiadu, zauważa w pociągu do Budapesztu dziwną scenkę - współpasażer wychodzi z wagonu dla palących, żeby zapalić i do tego bierze ze sobą gazetę. To wystarcza, żeby major nabrał podejrzeń, że jest jakaś krzywa akcja; podejrzenia się potwierdzają, bo mężczyznę zagaduje obcokrajowiec, ewidentnie prosi o ogień, w celu odpalenia papierosa uwalnia rozmówcę na chwilę od gazety, a potem się okazuje, że miał zapałki. To wystarcza, żeby major użebrał u swojego szefa prywatny wyjazd na Węgry, bo na gazecie znalazł zanotowaną nazwę restauracji - tytułową Matrózcsarda i dzień oraz godzinę. Long story short, akcja godna Bonda - zasadzki, pościgi, zamachy, strzały i wybuchy, bójki, piękna dziewczyna w tarapatach, wmanerowana przez gang we współpracę, sojusznik z przyjaznego węgierskiego wywiadu, mówiący idealną polszczyzną, a w finale spektakularna akcja, dzięki której wykradzenie polskiej myśli technicznej i sprzedaż jej wrogowi z RFN się nie powiodło.

To książka do przewracania oczami, zabili go i uciekł, cudowne zbiegi okoliczności i zrządzenia losu. Polak jest bohaterem, nie waha się dowalić do pikantnej zupy rybnej dodatkowej papryki, żeby nie wyjść na mięczaka. Kobiety patrzą na niego z przyjemnością, mimo że nie jest pierwszej młodości, a atrakcyjna aktorka nie waha się wyrazić wdzięczności w oczywisty sposób, przed czym major się bynajmniej nie broni, mimo że ma żonę (co w delegacji, to nie zdrada). W tle spacer po Budapeszcie, ewidentnie pisane z mapą pod ręką - mosty, dzielnice, wyspy na Dunaju, ulice i atrakcje.

Się je: jajecznicę na szynce, popijana pilsnerem, piekielnie ostre halaszle, specjalność siedmiogrodu - kawałki pieczonego mięsa i kiełbasy z frytkami, papryką i innymi sałatkami.

Się pali: carmeny.

Się pije: pilznera, kekfrankos, tokaj, palinkę, herbatę - ale trzeba przywieźć sobie z Polski, bo na Węgrzech nie mają, wino z sokiem pomarańczowym i ginem (niesmaczne), medoc noir , jarzębiak (też przywieziony z Polski), różową kadarkę, tokaj aszú pięcioputtonowy.

Się handluje w ramach handlu kompensacyjnego: polskie turystki sprzedają chusteczki, prześcieradła i ręczniki przed DT Corvina w Budapeszcie, a Węgierki - sweterki i rajstopy w Zakopanem pod Gubałówką.

Inne tego autora.

#72/#17

Napisane przez Zuzanka w dniu Wednesday September 24, 2025

Link permanentny - Kategorie: Słucham (literatury), Czytam - Tagi: 2025, panowie, prl, kryminal - Skomentuj