Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Arturo Perez-Reverte - Królowa południa

"Królowa południa" to pseudo-relacja reporterska przeplatana wspomnieniami bohaterki. 12 lat wcześniej młoda Teresa Mendoza musiała uciekać z meksykańskiego stanu Sinaloa po tym, jak jej chłopak - Blondyn Davila, zwanym mistrzem krótkiego pasa, przemytnik - został zamordowany, a ona cudem uratowała się dzięki szybkiej orientacji i sprytowi. W Hiszpanii dziewczyna zorientowała się, że jest w stanie zorganizować podobną siatkę przemytniczą, tylko z mniejszą szansą na wpadkę i rzeczywiście, w więzieniu wylądowała tylko dlatego, że jeden z celników uznał złapanie jej i jej kolejnego chłopaka za cel życia. Więzienie było również trampoliną do dalszej kariery przemytniczej i kopalnią doświadczeń - Mendoza wyszła z zamiłowaniem do czytania ("Hrabia Monte Christo" jako powieść edukacyjna) i z przyjaźnią Pat O'Farrel, bogatej dziewczyny z pół tony kokainy do wzięcia.

Reverte umie prowadzić akcję w sposób brawurowy i jednocześnie wiarygodny, nie ważne, czy bohaterem jest antykwariusz w średnim wieku, czy dojrzewająca dziewczyna na progu przełomu życiowego. Nie jest istotne, czy opisuje szczegóły wielkiego przedsiębiorstwa transportowego, które jest przykrywką dla przewożenia narkotyków z miejsca na miejsce, czy opowiada o obudzonej namiętności do czytania, czyta się o tym równie smacznie.

Poprzednio czytałam tę książkę ponad 10 lat temu i niewiele pamiętałam poza ogólnym zarysem fabuły i przekonaniem, że zawiera jakiś bardzo skomplikowany twist, który obraca całość akcji. Otóż nie, nie wiem, skąd mi się to wzięło; bardzo dobra powieść sensacyjna, ale bez zakrętki.

#69/#14

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek listopad 16, 2017

Link permanentny - Tagi: panowie, kryminał, hiszpania, 2017 - Kategorie: Słucham (literatury), Czytam - Komentarzy: 1


#tenmoment, kiedy blisko

[17-26.10.2017]

Pracuję na Sołaczu, pięknej dzielnicy willowej tuż obok malowniczego parku Sołackiego. Z Sołacza jest podziemne przejście na drugą stronę przelotowej Niestachowskiej, gdzie Ogród Dendrologiczny, dalej Golęcin i wreszcie jezioro Rusałka. WTEM okazało się, że mam o dwie minuty jazdy samochodem miejsce, gdzie o poranku przepięknie zaczyna się świat jesienią. Szanowni państwo, poznajcie Rusałkę, jezioro, które w ekranizacji "Ogniem i mieczem" zagrało Dniestr. Rzadko kto się może takim osiągnięciem pochwalić.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek listopad 13, 2017

Link permanentny - Tagi: rusałka, sołacz - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - Komentarzy: 3


Kazuo Ishiguro - Okruchy dnia

Stevens, kamerdyner, najlepszy z najlepszych, dostaje od swojego aktualnego pana, Amerykanina, który "odziedziczył" go wraz z zakupem posiadłości, tydzień wolnego, żeby się "rozerwał" i pozwiedzał Anglię. Początkowo nie jest tym pomysłem zachwycony, bo wolałby trenować poczucie humoru, wymagane -jak mu się wydaje - przez aktualnego pracodawcę, ale wpada na inny pomysł: połączy wycieczkę ze spotkaniem z dawną gospodynią, pracującą w dworze, mając nadzieję, że namówi ją na powrót do pracy. Po drodze notuje swoje spostrzeżenia, które bardzo szybko skupiają się na retrospekcjach, a nie ma opisach widoków pięknej, wesołej Anglii. Szybko okazuje się, że kamerdyner całe swoje życie podporządkował zdobyciu "godności" jako wartości najwyższej w swojej pracy, przy czym przez godność rozumiał absolutne pozbycie się jakichkolwiek uczuć, które przeszkadzały mu w pełnieniu swoich obowiązków. Nie budzi jego smutku fakt, że większą wartość miało dla niego podawanie kolejnej flaszki luksusowego alkoholu gościom swojego pana niż uczestniczenie w śmierci ojca; to potwierdzenie jego godności.

Nietrudno też dostrzec, że zaszczyt służenia lordowi Darlingtonowi, który - po latach - nie cieszy się dobrą sławą jako kolaborujący z hitlerowcami, tylko pozornie był ukoronowaniem życia Stevensa. Spotykał wielkich tego świata, czasem przebywających w posiadłości lorda incognito, ale on sam zawsze był w cieniu, ocierał się o wielki świat, będąc sprowadzonym do roli mebla. Kamerdyner usiłuje wyjaśnić sobie postępowanie lorda jego idealizmem, naiwnością, chęcią uniknięcia kolejnej wojny, wpływem otoczenia (np. wyrzucenie z pracy pokojówek pochodzenia żydowskiego), gratulując sobie przy tym, że nie odwrócił się od pana nawet wtedy, kiedy wiadomo już było, że racje Darlingtona niekoniecznie są zgodne z aktualną polityką Wielkiej Brytanii.

Podróż trwa pięć dni i ten piąty dzień jest najważniejszy - lakoniczna rozmowa ze spotkaną po latach gospodynią pokazuje drugie dno wszystkich scen, które przedstawił z dużą pewnością siebie kamerdyner.

#68

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 12, 2017

Link permanentny - Tagi: wielka-brytania, panowie, beletrystyka, 2017 - Kategoria: Czytam - Komentarzy: 2


White Gold

Tytułowe "white gold" to plastikowe okna, na które był w latach 80. boom w Wielkiej Brytanii. Victor, lokalny cwaniaczek, ze swoimi dwoma kolegami - nieudacznikiem Fitzpatrickiem i fajtłapowatym Lavenderem - bez żadnych oporów wciskają staruszkom i naiwnym mieszczanom swój towar (czasem kilkukrotnie), bo najważniejsze, żeby hajs się zgadzał. Serial jest do bólu brytyjski ze wszystkimi tego konsekwencjami: jest lokalny świat przestępczy, zdrady małżeńskie (czego do końca nie rozumiem, albowiem Vincent[1] ma uroczą, mądrą żonę), nałogowe palenie papierosów, konflikt między Anglikami i Irlandczykami, blond loki i garnitury o bardzo złym kroju.

Nie pamiętam, kto mi ten serial podsunął, ale dziękuję - to bardzo odświeżające.

[1]Ostatni odcinek zbiegł mi się z informacją o podwójnym oskarżeniu o gwałt, jakie padło pod adresem Eda Westwicka (Vincenta). Zastanawiam się, jakie będą losy serialu - czy po pierwszym sezonie powstanie drugi; czy decyzja Netflixa w sprawie House of Cards (dla tych, co nie śledzą: po oskarżeniu Kevina Spaceya o gwałt, Netflix zawiesił produkcję najbardziej znanego serialu) będzie precedensowa?

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 12, 2017

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Skomentuj


Teneryfa - Puerto de la Cruz

[3.11, 7-8.11.2017]

Oczywistym chyba jest, że wyjazd w deszczowym, szarym i zimnym listopadzie w miejsce, gdzie słońce, palmy[1], piasek i grzeczna temperatura 20-25 stopni, jest pomysłem bardzo dobrym.

Puerto de la Cruz, turystyczne miasto na północy wyspy, to taki Sopot - wzdłuż wybrzeża promenada z hotelami, sklepami i restauracjami, ładna, wakacyjna architektura, w głębi dla odmiany hotele i centra handlowe, a do tego czarne plaże. Z opcji centrów handlowych niespecjalnie skorzystaliśmy, chociaż Wyspy Kanaryjskie to strefa niskich podatków i teoretycznie wszelkie dobra luksusowe są nieco tańsze, za to z plaż - i owszem. Od wschodu można się wykąpać na dość kamienistej i niezbyt wygodnej Martiánez, od zachodu - na znacznie przyjemniejszej, z idealnie gładkim piaseczkiem, Playa Jardín (chociaż akurat dwa dni z rzędu trafiliśmy na czerwoną flagę i mega fale, uniemożliwiające wejście dalej niż na kilka metrów w głąb wody). Dla fanów latarni morskich - jest bardzo ciekawa - nowoczesna, nie można niestety wejść, ale stanowi ładny akcent, zwłaszcza o zachodzie słońca.

Po mieście chodzą luzem małe kurki.

Promenada koło Playa Martiánez Playa Jardin / Latarnia morska / Playa Martiánez Pani bardzo entuzjastycznie reagowała na oblewanie przez fale

Czego nie udało mi się zobaczyć w Puerto Cruz, a żałuję: ogrodu botanicznego (Jardin Botanico), parku Taoro, ogrodu orchidei (Jardin de Orquideas de Sitio Litre) i Miejskiej Hali Targowej (Mercado Municipal).

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Nieustająco kiwam się w wewnętrznym osłupieniu, że ja ośmioletnia nie uwierzyłabym sobie, że będę spędzać nie dość, że wakacje pod palmami, to jeszcze w listopadzie. Przez pierwsze osiem lat życia byłam z rodzicami na wczasach zakładowych w Ustce, Kołobrzegu i Karpaczu oraz z wizytami u rodziny w Warszawie, pod Warszawą i w okolicach Białowieży.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota listopad 11, 2017

Link permanentny - Tagi: teneryfa, wyspy-kanaryjskie, hiszpania - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Skomentuj


Helen Fielding - Dziennik Bridget Jones. Dziecko

Wyłuskałam książkę z hotelowej półki (a trudno było, bo raczej większość w językach skandynawskich, a aż taką poliglotką nie jestem) i jak na leżaczek przy basenie - doskonała. Niestety, to wszystko, co mogę dobrego powiedzieć. Bridget u progu 40-tki ma kryzys, bo chce mieć dziecko, a nie ma z kim. WTEM na chrzcie dziecka znajomej spotyka się z Markiem Darcym, z którym się rozstała, bo tuż po zaręczynach migdaliła się pijana z Danielem Cleaverem. Szybko lądują w łóżku, a jeszcze szybciej Mark przeprasza i ucieka, bo się boi powtórki z rozrywki. Co robi Bridget? Jasne, ląduje w łóżku z Danielem. Ponownie WTEM okazuje się, że jest w ciąży. Niezbyt skomplikowana akcja - o rety, kto jest ojcem dziecka? amniopunkcja? nie! przepychanki między Markiem a Danielem, który z nich głupiej zareaguje i jednak się wycofa - jest bogato nasycona tłuszczem, bo dieta ciężarnej Bridget składa się ziemniaczków zapiekanych z serem i czasem "zdrowotnego" kieliszka wina. Punktem przełomowym jest moment, kiedy Jones uczy się odmawiać, bo zaczyna być matką, a nie marionetką.

Historycznie to tom czwarty, ale sprytnie (zapewne na potrzeby filmu pełnometrażowego) umieszczony przed akcją "W pogoni za facetem"; sprytnie, bo ma postać listu, jaki BJ spisuje dla swojego dziecka, wyjaśniając, skąd się wzięło na świecie.

Inne tej autorki tutaj.

#67

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 5, 2017

Link permanentny - Tagi: wielka-brytania, panie, beletrystyka, 2017 - Kategoria: Czytam - Skomentuj


Wielkopolska w weekend - Dziekanowice

[10.09.2017]

Poprzednio (we wrześniu 2014) wybraliśmy się po sezonie, tym razem trafiliśmy na festyn na pożegnanie lata. Po zdjęciach widać, jak bardzo umowne to lato było - przemoczyłam pantofelki, nieco zziębliśmy, Maj przegnał nas po wszystkich straganach w celu wyboru "pamiątki"[1], chwilę (dłuższą) zajęła nam nauka chodzenia na szczudłach, ale - czego się można było spodziewać - większość czasu spędziliśmy karmiąc owce i kozy chmielem. Tym razem nie wyszliśmy poza skansen, ale odkryliśmy ominiętą poprzednio kapliczkę z cmentarzem i dwór. Dwór można zwiedzać, a pod dworem zbierać kasztany.

Wiele kroków później obiad w Kwiecie Peonii na pl. Wielkopolskim, warto poczekać dłuższą chwilę (ale lepiej się wybrać, jak nie ma promocji na grouponie).

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Staramy się ograniczać zakupy na tego typu imprezach, zwłaszcza kurzołapów i durnostojek, ale frakcja "chcę jakąś pamiątkę" robi się coraz silniejsza. Tym razem wróciliśmy z ptaszkiem wypchanym lawendą i dwoma pudełkami krówek. Jednym pudełkiem, bo drugie zeżarliśmy w drodze do domu. Przy okazji chciałam pochwalić zdolności marketingowe jednej z pań wystawiających się na stoiskach, która na widok 8-latki patrzącej na korale i kolczyki wrzasnęła "To dla dorosłych, nie dla dzieci, dla dzieci są spineczki i bransoletki" i wskazała na tackę z czymś, czego wysiedlonemu jeżowi nikt by nie dał. Czy moje dziecko oddaliło się natychmiast od stoiska? Pod rozwagę podaję, z 8-latków szybko wyrastają konsumenci.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela październik 29, 2017

Link permanentny - Tag: dziekanowice - Kategorie: Listy spod róży, Wielkopolska w weekend, Maja, Fotografia+ - Skomentuj


Good Fight / Sprawa idealna

Jak Good Wife/Żonę idealną kochałam miłością wielką przez wszystkie sezony (Jason! Alicia! Will! Kalinda! Eli! Elspeth! nie wspominając o sędziach i sprawach sądowych), tak Good Fight jednak... niespecjalnie. Oglądam, bo spin-off i sprawy sądowe ciekawe (doskonały odcinek o moderacji na forum, dodatkowo z JC Mitchellem), ale na litość - jak z całej obsady GW można było wybrać dwie najnudniejsze osoby (Diane, Luca), dołożyć im miągwowatą kuzynkę Diane, odrobinę poprawić Marisą Gold, po czym absolutnie zepsuć niewiarygodnym Krestevą (znieształcony otyłością Matthew Perry)? Nie żeby fabuła sezonu cokolwiek ratowała - Diane ogłasza pójście na emeryturę, odchodzi z pracy w Lockhart/Gardner, planuje zakup willi w Prowansji, gdy WTEM wybucha afera - jej krewny, niejaki Rindell, okazuje się być twórcą piramidy finansowej, która właśnie pogrzebała grube miliony, w tym miliony Diane. Willi nie będzie, L/G już jej nie chce, z emerytury nici, wypłacz mi tako rzekę. Do tego serial pokazuje dramat córki Rindella, Mayi, chrześniaczki Diane, która nagle - zamiast obiecującej kariery prawniczej "po znajomości" - musi chodzić na normalne rozmowy o pracę, całe otoczenie jej nienawidzi i już nie akceptuje tego, że jest homoseksualna. Diane nie bez problemów rozpoczyna praktykę w kolejnej firmie, tym razem afro-amerykańskiej, gdzie pracuje już Luca, oczywiście pomaga i Mayi dostać tu pracę. No nie jest to dream team, niestety.

Oczywiście będę oglądać, bo na razie rozprawy sądowe są ciekawe, sędziowie doskonali, dla przełamania prawdziwych dramatów bohaterek jest sporo elementów komicznych (przy czym ostentacyjne nabijanie się z Trumpa nie jest w tym najzabawniejsze), ale powtórzę - na litość, dlaczego?

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota październik 28, 2017

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Skomentuj


Tomasz Jachimek - Handlarze czasem

Wuj Franciszek, pogromca rodziny w coniedzielnych quizach (których był autorem) wjechał pewnego dnia na swym wózku inwalidzkim do salonu i oświadczył, że wynalazł maszynę, dzięki której można zarządzać czasem. Kto nie potrzebuje nadmiarowego czasu (np. oczekiwania na spóźniony pociąg), może sprzedać go potrzebującemu i mieć trochę grosza w kieszeni. Po początkowej fali szydery, bo nawet święty by się nie powstrzymał w takiej sytuacji, a co do dopiero upokarzani po przegranych w quizie Grażyna, siostra Franciszka i Piotr, jej mąż oraz babcia Wiktoria, mistrzyni domina (dla ścisłości dodam, że 6-letnie wtedy bliźnięta Hania i Michaś nie szydziły, bo nie znały tego słowa i były zachwycone wujkiem), wynalazek zmienia cały świat, o czym opowiadają kolejne historie.

Jakże ładnie Jachimek opisuje codzienny świat, z lekką ironią, ale i sympatią, nawet gdy rzecz dotyczy krwawej kadrowej czy przypakowanego dresiarza-zabijaki. Wsadzenie absurdalnego wynalazku wuja w całkiem zwykły, codzienny świat przeciętnych ludzi, których życiowym mottem jest "żeby było normalnie, a jeszcze w dodatku sympatycznie", powoduje oczywiście chaos, co, cytując autora, powoduje, że "wtedy przestawało być sympatycznie, za to z powrotem zaczynało być normalnie".

Książkę dawno temu rekomendowała mi moja H., więc posłusznie informuję, że już po chyba 5 latach przeczytałam.

#66

Napisane przez Zuzanka w dniu środa październik 25, 2017

Link permanentny - Tagi: polska, panowie, beletrystyka, 2017 - Kategoria: Czytam - Komentarzy: 2


Natalia Osińska - Slash

Zanim zacznę, jedno założenie - czytaliście już "Fanfik"? Jeśli nie - przed "Slashem" warto przejść przez historię, która doprowadziła Leona, tegorocznego maturzystę, pośrednio do gabinetu odnowy dla pań, w którym - za wykonany po znajomości remont - ma masaże gratis. Masaże niestety nie pomagają na to, co dzieje się w Leonowej głowie, zaprzątniętej w 95% Tośkiem, irytującym, fascynującym stworzeniem, aktualnie skłóconym z nim z powodu jakiejś pierdoły. Pozostałe 5% to życiowy niepokój, który nie pozwala się chłopakowi cieszyć z tych chwil, które spędzają z Tośkiem niepokłóceni na czułych uściskach. Nie pozwala, bo wie, że absolutnie nieodpowiedzialny Tosiek na pewno się w coś wrąbie - spróbuje przekłuć sobie nos, bez zastanowienia pokaże transmisję gejowskiej parady z Londynu na szkolnym kanale Youtube, łyknie dopalacz, pójdzie na szemrane spotkanie dziwnie wyglądających, genderowo niepoukładanych ludzi w Amarancie. I wie też, że będzie szedł krok za swoim ukochanym, ratując go z kolejnych katastrof, nawet jeśli będzie to robił z irytacją i wkurzeniem.

Tyle że nie do końca. Za pierwszym czytaniem dałam się nieco nabrać na pewną powierzchowność tego kontrastu Idealny-Leon kontra Nieobliczany-Tosiek. Autorka w zgrabny sposób manipuluje czytelnikiem, pokazując rewolucję, jaką pozornie porządny maturzysta - uczynny, słowny, uporządkowany, ciężko pracujący jako korepetytor, żeby mieć z czego żyć, pomagający zbyt pewnemu siebie dzieciakowi - przechodzi, żeby dojść do ładu sam ze sobą. Bo to nie na Tośka się Leon wścieka, tylko tak naprawdę na siebie.

Co mnie absolutnie zachwyciło, to realność i postaci, i wydarzeń. Prawie że schulzowski opis Czarnego Protestu, stanowiącego finał "Slasha", jest absolutnie prawdziwy, tak samo jak ultra-irytujący rodzice Karolka, któremu korepetycje "z matematyki" obstawia Leon. Łapałam się na tym, że zastanawiam się, co się stało za drzwiami willi, kiedy za Leonem zatrzasnęła drzwi katatoniczna matka. Co się urodziło mężczyźnie stratowanemu przez Leona pod szpitalem? Co z przedstawieniem, w którym Horpyna w stroju świętomarcińskiego rogala zapowiada Jagienkę stojącą tuż obok Basieńki nad zwłokami Radziwiłła (albo innymi, to w końcu średniowiecze według Tośka)? Jak zareagował Marcin na ostatnie pytanie Leona? Tyle pytań, a autorka nie chce obiecać, że za rok będzie trzecia część.

Inne tej autorki tutaj.

#65

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela październik 22, 2017

Link permanentny - Tagi: polska, panie, beletrystyka, 2017 - Kategoria: Czytam - Skomentuj