Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Więcej o Oglądam

Joker

Arthur nie ma szczęścia w życiu, mimo że często się uśmiecha. Chciałby zostać komikiem, ale na razie zbiera materiał i usiłuje radzić sobie z bałaganem w głowie, spowodowanym przez uszkodzenie mózgu, objawiające się śmiechem w przypadkowych momentach i myślami samobójczymi, na które nie pomagają leki. Mieszka z coraz bardziej niesprawną matką w zapuszczonym mieszkaniu, w pracy dotykają go szykany ze strony kolegów, nie pomaga też rosnąca agresja w mieście, wrzącym z powodu strajku śmieciarzy i przycinania funduszy na opiekę społeczną. Zostaje brutalnie pobity podczas pracy przez chuliganów, współpracownik namawia go na pistolet, węsząc rozrywkę, wszak Arthur jest odbierany jako niespecjalnie bystry. Momentem przełomowym jest zwolnienie z pracy, kiedy podczas fuchy w szpitalu dziecięcym wypada mu pistolet; w metrze obserwuje, jak trzech pijanych korposzczurów z Wall Street zaczepia najpierw dziewczynę, potem musi się przed ich atakiem sam bronić, co wychodzi mu nadzwyczaj skutecznie. O masakrze w metrze szybko zaczyna być głośno, a Arthur czuje, że jak nie teraz, to nigdy. Umawia się z uroczą sąsiadką, z którą nawiązał kontakt wzrokowy w windzie, idzie też na przesłuchanie w klubie dla stand-uperów. I kiedy wydaje się już, że to krzywa wznosząca w jego życiu, dowiaduje się, o czym jego matka koresponduje z lokalnym bogaczem, Waynem (z tych Wayne’ów), uwielbiany przez niego gospodarz programu rozrywkowego wyszydza jego występ na antenie, policja depcze mu po piętach, a w związku z zamieszkami traci dostęp do leków i opieki medycznej.

Przewrotnie powiem, że najmniej istotne jest, że bohater w finale staje się Jokerem i antagonistą Bruce’a Wayne’a, znanego później jako Batman. To bolesny historia, która mogłaby przydarzyć się każdemu poszkodowanemu przez los człowiekowi, który w pewnym momencie przestaje panować nad swoim życiem; z eskapistycznego raju własnej głowy, gdzie jest kochany i odnosi sukces, wpada w bagno przemocy, szyderstwa i zdrad, tych z przeszłości i współczesnych. Nie jest to dla mnie film do ponownego obejrzenia, mimo genialnej roli Phoenixa i fantastycznej scenografii, ale zdecydowanie warto, nawet jeśli z kina się wychodzi bez uśmiechu. Widziałam narzekania pewną wtórność wątków rewolucji społecznej (w epoce post-Anonymous), brak nowatorskości w przemianie poniewieranego bohatera, na Nowy Jork przebijający się spod Gotham (serio, ludzie na to narzekają!), ale żadna z tych rzeczy nie psuła mi oglądania. Czekam na kilka Oskarów dla “Jokera”, rozczarowana będę, jak nie dostanie za najlepsze zdjęcia i najlepszego aktora pierwszoplanowego.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek listopada 7, 2019

Link permanentny - Kategoria: Oglądam - Skomentuj


Lucifer

Neil Gaiman w “Sandmanie[1]” opisał upadłego anioła, Lucyfera, który znudzony i zirytowany ucieka z piekła, osiedla się w Los Angeles i gra w knajpce na pianinie w przerwach między uciechami cielesnymi. Na bazie tego wątku powstał serial o konsultancie LAPD pochodzenia nadnaturalnego, właścicielu klubu nocnego Lux. Początkowo rzecz wyglądała na przyzwoity procedural z ładną panią detektyw i krnąbrnym, acz uroczym “złym chłopcem”, którego supermocą poza nadludzką siłą i odpornością na zranienie[2] jest uzyskiwanie szczerości u przesłuchiwanych, którzy wbrew woli odpowiadali na pytanie o swoje największe pragnienie. W pierwszych sezonach osią intrygi jest chęć odkrycia, czemu detektyw Chloe nie jest zupełnie wrażliwa na urok Szatana (w przeciwieństwie do poznanej w pierwszym odcinku terapeutki Lindy, która nieprofesjonalnie pobiera opłatę za porady w naturze). Potem sprawa się komplikuje, bo do akcji włącza się anioł Amenadiel, który - na polecenie Ojca - usiłuje ściągnąć Lucyfera do piekła. I jak niespecjalnie lubię powracające wątki w serialach kryminalnych, tak tutaj rozwiązywanie poszczególnych zagadek jest potraktowane dość pretekstowo, a to, co istotne, to walka Lucyfera o swoją wolną wolę i samostanowienie (w co włącza się sukcesywnie coraz więcej nadnaturalnych istot, a finalnie i do “zwykłych” ludzi dociera, że Lucyfer przedstawiając się jako diabeł jednak nie używa metafory).

Przez 4 sezony (i zmianę wytwórni) poziom serialu się zmienia, raz bywa zabawniej, raz trochę nudno, zdarzają się odcinki pisane ewidentnie na potrzeby chwili (#blacklivesmatter, silne wsparcie LGBT). Czasem psychologia postaci siada, ale przeciętnie to i tak całkiem zgrabna i przewrotna historia o roli religii w życiu (oczywiście pełna herezji i pokazująca nieco odmienną perspektywę niż kanon literatury). Wybaczam schematyczne odcinki, bo obsada jest przednia (Tricia Helfer! Tom Ellis z eyelinerem!), drugi plan bogaty (anioł, matkoboska, nieortodoksyjna specjalistka medycyny sądowej, atrakcyjna panna demon, ironiczna terapeutka czy pierwszy zabójca) i dialogi bardzo dobre, nawet jeśli nie da się zaangażować w psychologię bohaterów. Jak lubicie, to doskonały serial do drinking game (za każdym razem, gdy ktoś wzywa imię boga nadaremno, Lucyfer przewraca oczami).

[1] Którego zaczęłam czytać na bieżąco, jak wychodził, ale poddałam się chyba po trzeciej części, bo mam sklerozę i w pół roku zapominam, co czytałam wcześniej, więc stwierdziłam, że poczekam, aż wydadzą całość. I jak rany, nie mogę się do takiej masy komiksów zabrać.

[2] Rzecz się komplikuje, bo z dziwnych względów przy pani detektyw Lucyfer staje się śmiertelny. I chyba się zakochuje naprawdę. Sezon 1. Ona też. Sezon 2. Ale wszystko jest przeciwko nim. Sezon 3. Ona widzi jego prawdziwą twarz. Sezon 4.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota października 19, 2019

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Komentarzy: 6


El Camino

Breaking Bad to jeden z lepszych seriali, jakie w życiu oglądałam. Aktorsko, scenariuszowo, fotograficznie dzieło sztuki, dopracowany do najmniejszego detalu. Jednocześnie jest to serial, którego nie chcę oglądać ponownie, patrzeć na zmieniającego się Waltera, na coraz bardziej wpadającego w otchłań Jessiego. Pustkę zapełnił mi oczywiście świetny Better Call Saul, który z sezonu na sezon kocham miłością coraz większą (chociaż - wiadomo - mogliby tak bohaterami nie poniewierać; tak, wiem, jak się historia skończy, ale mogę mieć nadzieję!). Nie czekałam więc aż tak na dziejącą się w Nowym Meksyku pełnometrażówkę, więc i się nie rozczarowałam z powodu dużych oczekiwań. To bardzo dobrze nakręcony film (hyperlapse! pejzaże! detal kontra szeroki plan! wnętrza i samochody!), aktorzy - jak w obu serialach - bezbłędni, tyle że to film zbędny. Przez dwie godziny Jessie, który odjechał z miejsca ostatniej potyczki Waltera White'a z systemem, ucieka policji, usiłuje odzyskać pieniądze, które mu zagrabili źli ludzie, żeby zniknąć i rozpocząć nowe życie. Nie dzieje się nic, czego nie można byłoby sobie wyobrazić samodzielnie po zakończeniu "BB" ("i odjechał w kierunku zachodzącego słońca"); owszem, nie ma tu złej sceny, jest trochę światła rzuconego na ostatnie dni Jessiego, mało obecnego w 5. sezonie, nieźle się całość ogląda, ale można nie, jak jest coś lepszego do obejrzenia.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek października 15, 2019

Link permanentny - Kategoria: Oglądam - Skomentuj


Gorzkie wino

Nastawiłam się na samo dobro: mądrą opowieść o dojrzałych kobietach dla dojrzałych kobiety, w pięknych okolicznościach przyrody (Napa) i jeszcze do tego zabawny (Poehler, Fey, Dratch). Tym bardziej mi szkoda, bo film okazał się - owszem - ładny wizualnie, ale miałki, nudnawy, pełen klisz i nie prowadzący do żadnego katharsis. 6 zaawansowanych wiekowo pań, których jedyną wspólną cechą było to, że 20+ lat temu pracowały jako kelnerki w pizzerii, zjeżdża do pięknej hacjendy w Napa, żeby przez weekendową popijawę uczcić 50. urodziny jednej z nich. Mimo wielu wzniosłych słów o pięknie tak długo utrzymanej przyjaźni (czytaj: rozmawiającymi ze sobą przez telefon i spotykającymi się okazjonalnie) i mówieniu-sobie-wszystkiego, szybko okazuje się, że połowa z pań bynajmniej nie dzieli się swoimi problemami z innymi (jedna straciła pracę i wstydzi się do tego przyznać, druga żyje w fasadowym związku i 50. urodziny są dla niej momentem dramatycznie przykrym, trzecia boi się odebrać telefonu od lekarza, bo obawia się diagnozy nowotworu), a te, które się nimi dzielą, nie trafiają na podatny grunt do rozmowy (pracoholiczka, której koleżanki nie pozwalają mówić o jej karierze, lesbijka, której opowieści o podbojach są zwyczajnie ignorowane czy ostatnia z przyjaciółek, dla której wszystko poza domem jest wyjściem ze strefy komfortu, co stanowi głównie powód do kpin i irytacji). Problem w tym, że wiadomo o tym od samego początku, nie trzeba było angażowania jasnowidzki, która za pomocą kart tarota sprzedaje paniom “złe wróżby” czy wprowadzania Tammy, bezpośredniej właścicielki domu, stanowiącej głos rozsądku. Do tego sama akcja wlecze się, jest przerywana często nie pasującymi gagami bądź piosenkami, śpiewanymi przez bohaterki. Nie wiem, po co jest wprowadzona postać Devona, kucharza-dozorcy-kierowcy, który przez dwa dni gotuje paellę i jest na każdym kroku uciszany przez panie (chyba że chodzi o sprzedanie one-linera “he comes with the house”).

Co na plus - naprawdę piękne pejzaże, dobre aktorki (choć w średnich rolach), całkiem zabawna kpina z tradycji weekendowego wyjazdu na siłę czy artystowskich porywów (wernisaż dzieł ku czci Fran Drescher, jadalne mydełka czy ekologiczna winnica). Ale to trochę mało, żeby nie mieć poczucia zmarnowanego wieczoru.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek września 16, 2019

Link permanentny - Kategoria: Oglądam - Skomentuj


Sex education

Otis jest inteligentnym, choć raczej nieśmiałym nastolatkiem, ale w skali szkoły absolutnie przeciętnym. To, co go odróżnia od rówieśników, to matka-seksuolog (Gillian Anderson), co daje mu niejako przez osmozę ogromną wiedzę na temat ludzkiej seksualności (bo bynajmniej nie z pierwszej ręki, jako że Otis jest prawiczkiem). Maeve, szkolna outsiderka mieszkający w przyczepie, zaprzyjaźnia się z Otisem i wpada na pomysł, że można by wiedzę tego ostatniego zmonetyzować, udzielając zagubionej młodzieży porad dotyczących ich życia erotycznego. Dość oczywistym jest, że Otis się w Maeve zakochuje, a cierpi na tym jego przyjaźń z Erikiem, ekstrawertycznym gejem.

Mimo wstępnego zainteresowania, bo Gillian i te pejzaże (jaka przepiękna Walia! małe miasteczko! domki na wzgórzach!), trochę mi ochłodło, bo to serial dla młodzieży z tezą. Ale to jednocześnie bardzo dobry serial dla młodzieży, sprytnie porusza kwestię tolerancji (również LGBT, ale i osób o innym statusie społecznym), samosterowności, wyrażania uczuć, ustawiania granic, ulegania rówieśnikom wbrew sobie, cyberszantażu czy dojrzewania w rodzinie (lub bez rodziny). Jak się wyłączy irytację na łopatologiczność i moralizatorstwo, to można świetnie spędzić czas, bo jest i zabawnie, i niegłupio, młodzi aktorzy są nieźli, a dialogi pisał ktoś z lekkim piórem. Dodatkowe punkty za zgrabne nawiązanie do “Hedwig and the Angy Inch”. Nie ukrywam, że czekam na obiecany drugi sezon.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpnia 10, 2019

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Skomentuj


Krótkometrażowe

Turn Up Charlie

DJ Charlie (Idris Elba, *drool*), tzw. “one-hit-wonder” z lat 90., jest znanym menadżerem w wielkiej wytwórni płytowej i ma uroczą narzeczoną. Tyle że to wersja dla jego rodziców z Afryki, kolportowana na Skype. Tak naprawdę pomieszkuje u swojej ciotki na krzywy ryj, narzeczona wychodzi za mąż za kogoś innego, rozczarowana brakiem sukcesów Charliego, który chwyta się dorywczych prac, ale ciągle marzy o byciu znanym DJ-em. Po latach powraca jego kolega ze szkoły, David, znany aktor z jeszcze bardziej znaną żoną, Sarą, DJ-ką. Charlie pełen nadziei odnawia przyjaźń, ale jedyną pracę, jaką mu proponują, jest bycie opiekunem ich 10-letniej trudnej i elokwentnej córki, Gabrielle. Rozczarowanie zarówno dla Charliego, który spodziewał się współpracy muzycznej i dla Gabrielle, która spodziewała się, że rodzice w nowym mieście będą mieli dla niej czas.

Czytałam narzekania, że fabuła jest niewiarygodna, że wszyscy bohaterowie irytujący oraz że nie wiadomo, po co ten serial jest. Mnie bawił swoim kontrastem między sukcesem Davida i Sary, który może kosztować ich utratę rodziny a nieudacznikiem Charliem, aspirującym do bycia takim jak oni. Gabrielle jest maksymalnie wkurzająca, ale jednocześnie uroczo dziecięca, Charlie - kiedy nie nadużywa środków psychoaktywnych - jest zaskakująco wrażliwy i refleksyjny. Humor brytyjski, w tle śliczny Londyn i nieco Ibizy. Jest też pewne dawka scen zawierających second hand embarrassment, ale całościowo serial znajduję zabawnym (choć raczej nie must-have).

Kominsky method

Sandy Kominsky, zapomniany 70-letni aktor po przejściach, prowadzi szkołę aktorską. Jego przyjaciel i jednocześnie agent, cyniczny Norman Freelander, ma śmiertelnie chorą żonę, która chwilę przed odejściem prosi Kominsky’ego o opiekę nad mężem. Jakkolwiek by to nie brzmiało, to uroczy i zabawny serial o żałobie i radzeniu (lub nie) sobie z nią, o starości, również tej fizjologicznej i o przyjaźni. Świetni aktorzy - Michael Douglas i Alan Arkin, epizodycznie Danny de Vito czy Lisa Edelstein; każdy z nich nie tylko odgrywa scenki, ale sprawia, że absolutnie można uwierzyć w ich postaci. Wzruszające, zabawne, zdecydowanie do obejrzenia (oraz ogromnie mnie cieszy, że będzie sezon 2).

Hello ladies

Stephen Merchant, współscenarzysta “Statystów”, grający tam agenta-nieudacznika, niejako kontynuuje wątek, wprowadzając postać Stuarta, głównego bohatera “Hello, ladies”. Stuart jest Brytyjczykiem, niezbyt wziętym “developerem webowym”, a do LA trafił w poszukiwaniu łatwego życia erotycznego. Niestety, jego główne atuty - wysoki wzrost i sarkazm (przy czym dla mnie język i poglądy bohatera ocierają się już o seksizm z naleciałościami incelizmu[1], a nie “zdrowy dystans”) - nie są kartą przetargową w bogatym i pełnym blichtru świecie aspirujących aktorek i modelek. Drinki w lokalach są absurdalnie drogie, łatwo odpaść na selekcji przy wejściu, znajomości są raczej powierzchowne, a te atrakcyjne dziewczęta (bo tylko takich szuka Stuart) wolą ludzi z kontaktami w branży. Na drugim planie są - mam wrażenie - znacznie ciekawsze postaci: atrakcyjna aktorka Jessica, bez powodzenia szukająca roli, a w międzyczasie pracująca bez sukcesów nad własnym web-serialem; Wade, życiowy nieudacznik, którego właśnie rzuciła żona czy Kives, człowiek o nieznanym źródle dochodów, jeżdżący na wózku inwalidzkim, ale z ogromnym powodzeniem u płci przeciwnej. Gdzieś przeczytałam określenie “anty-seks w wielkim mieście” i to chyba dobrze oddaje sens serialu. Da się obejrzeć, ale czasem przez palce facepalma.

[1] Jest w ogóle takie słowo?!

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lipca 29, 2019

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Komentarzy: 2