Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Więcej o Oglądam

Gorzkie wino

Nastawiłam się na samo dobro: mądrą opowieść o dojrzałych kobietach dla dojrzałych kobiety, w pięknych okolicznościach przyrody (Napa) i jeszcze do tego zabawny (Poehler, Fey, Dratch). Tym bardziej mi szkoda, bo film okazał się - owszem - ładny wizualnie, ale miałki, nudnawy, pełen klisz i nie prowadzący do żadnego katharsis. 6 zaawansowanych wiekowo pań, których jedyną wspólną cechą było to, że 20+ lat temu pracowały jako kelnerki w pizzerii, zjeżdża do pięknej hacjendy w Napa, żeby przez weekendową popijawę uczcić 50. urodziny jednej z nich. Mimo wielu wzniosłych słów o pięknie tak długo utrzymanej przyjaźni (czytaj: rozmawiającymi ze sobą przez telefon i spotykającymi się okazjonalnie) i mówieniu-sobie-wszystkiego, szybko okazuje się, że połowa z pań bynajmniej nie dzieli się swoimi problemami z innymi (jedna straciła pracę i wstydzi się do tego przyznać, druga żyje w fasadowym związku i 50. urodziny są dla niej momentem dramatycznie przykrym, trzecia boi się odebrać telefonu od lekarza, bo obawia się diagnozy nowotworu), a te, które się nimi dzielą, nie trafiają na podatny grunt do rozmowy (pracoholiczka, której koleżanki nie pozwalają mówić o jej karierze, lesbijka, której opowieści o podbojach są zwyczajnie ignorowane czy ostatnia z przyjaciółek, dla której wszystko poza domem jest wyjściem ze strefy komfortu, co stanowi głównie powód do kpin i irytacji). Problem w tym, że wiadomo o tym od samego początku, nie trzeba było angażowania jasnowidzki, która za pomocą kart tarota sprzedaje paniom “złe wróżby” czy wprowadzania Tammy, bezpośredniej właścicielki domu, stanowiącej głos rozsądku. Do tego sama akcja wlecze się, jest przerywana często nie pasującymi gagami bądź piosenkami, śpiewanymi przez bohaterki. Nie wiem, po co jest wprowadzona postać Devona, kucharza-dozorcy-kierowcy, który przez dwa dni gotuje paellę i jest na każdym kroku uciszany przez panie (chyba że chodzi o sprzedanie one-linera “he comes with the house”).

Co na plus - naprawdę piękne pejzaże, dobre aktorki (choć w średnich rolach), całkiem zabawna kpina z tradycji weekendowego wyjazdu na siłę czy artystowskich porywów (wernisaż dzieł ku czci Fran Drescher, jadalne mydełka czy ekologiczna winnica). Ale to trochę mało, żeby nie mieć poczucia zmarnowanego wieczoru.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek września 16, 2019

Link permanentny - Kategoria: Oglądam - Skomentuj


Sex education

Otis jest inteligentnym, choć raczej nieśmiałym nastolatkiem, ale w skali szkoły absolutnie przeciętnym. To, co go odróżnia od rówieśników, to matka-seksuolog (Gillian Anderson), co daje mu niejako przez osmozę ogromną wiedzę na temat ludzkiej seksualności (bo bynajmniej nie z pierwszej ręki, jako że Otis jest prawiczkiem). Maeve, szkolna outsiderka mieszkający w przyczepie, zaprzyjaźnia się z Otisem i wpada na pomysł, że można by wiedzę tego ostatniego zmonetyzować, udzielając zagubionej młodzieży porad dotyczących ich życia erotycznego. Dość oczywistym jest, że Otis się w Maeve zakochuje, a cierpi na tym jego przyjaźń z Erikiem, ekstrawertycznym gejem.

Mimo wstępnego zainteresowania, bo Gillian i te pejzaże (jaka przepiękna Walia! małe miasteczko! domki na wzgórzach!), trochę mi ochłodło, bo to serial dla młodzieży z tezą. Ale to jednocześnie bardzo dobry serial dla młodzieży, sprytnie porusza kwestię tolerancji (również LGBT, ale i osób o innym statusie społecznym), samosterowności, wyrażania uczuć, ustawiania granic, ulegania rówieśnikom wbrew sobie, cyberszantażu czy dojrzewania w rodzinie (lub bez rodziny). Jak się wyłączy irytację na łopatologiczność i moralizatorstwo, to można świetnie spędzić czas, bo jest i zabawnie, i niegłupio, młodzi aktorzy są nieźli, a dialogi pisał ktoś z lekkim piórem. Dodatkowe punkty za zgrabne nawiązanie do “Hedwig and the Angy Inch”. Nie ukrywam, że czekam na obiecany drugi sezon.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpnia 10, 2019

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Skomentuj


Krótkometrażowe

Turn Up Charlie

DJ Charlie (Idris Elba, *drool*), tzw. “one-hit-wonder” z lat 90., jest znanym menadżerem w wielkiej wytwórni płytowej i ma uroczą narzeczoną. Tyle że to wersja dla jego rodziców z Afryki, kolportowana na Skype. Tak naprawdę pomieszkuje u swojej ciotki na krzywy ryj, narzeczona wychodzi za mąż za kogoś innego, rozczarowana brakiem sukcesów Charliego, który chwyta się dorywczych prac, ale ciągle marzy o byciu znanym DJ-em. Po latach powraca jego kolega ze szkoły, David, znany aktor z jeszcze bardziej znaną żoną, Sarą, DJ-ką. Charlie pełen nadziei odnawia przyjaźń, ale jedyną pracę, jaką mu proponują, jest bycie opiekunem ich 10-letniej trudnej i elokwentnej córki, Gabrielle. Rozczarowanie zarówno dla Charliego, który spodziewał się współpracy muzycznej i dla Gabrielle, która spodziewała się, że rodzice w nowym mieście będą mieli dla niej czas.

Czytałam narzekania, że fabuła jest niewiarygodna, że wszyscy bohaterowie irytujący oraz że nie wiadomo, po co ten serial jest. Mnie bawił swoim kontrastem między sukcesem Davida i Sary, który może kosztować ich utratę rodziny a nieudacznikiem Charliem, aspirującym do bycia takim jak oni. Gabrielle jest maksymalnie wkurzająca, ale jednocześnie uroczo dziecięca, Charlie - kiedy nie nadużywa środków psychoaktywnych - jest zaskakująco wrażliwy i refleksyjny. Humor brytyjski, w tle śliczny Londyn i nieco Ibizy. Jest też pewne dawka scen zawierających second hand embarrassment, ale całościowo serial znajduję zabawnym (choć raczej nie must-have).

Kominsky method

Sandy Kominsky, zapomniany 70-letni aktor po przejściach, prowadzi szkołę aktorską. Jego przyjaciel i jednocześnie agent, cyniczny Norman Freelander, ma śmiertelnie chorą żonę, która chwilę przed odejściem prosi Kominsky’ego o opiekę nad mężem. Jakkolwiek by to nie brzmiało, to uroczy i zabawny serial o żałobie i radzeniu (lub nie) sobie z nią, o starości, również tej fizjologicznej i o przyjaźni. Świetni aktorzy - Michael Douglas i Alan Arkin, epizodycznie Danny de Vito czy Lisa Edelstein; każdy z nich nie tylko odgrywa scenki, ale sprawia, że absolutnie można uwierzyć w ich postaci. Wzruszające, zabawne, zdecydowanie do obejrzenia (oraz ogromnie mnie cieszy, że będzie sezon 2).

Hello ladies

Stephen Merchant, współscenarzysta “Statystów”, grający tam agenta-nieudacznika, niejako kontynuuje wątek, wprowadzając postać Stuarta, głównego bohatera “Hello, ladies”. Stuart jest Brytyjczykiem, niezbyt wziętym “developerem webowym”, a do LA trafił w poszukiwaniu łatwego życia erotycznego. Niestety, jego główne atuty - wysoki wzrost i sarkazm (przy czym dla mnie język i poglądy bohatera ocierają się już o seksizm z naleciałościami incelizmu[1], a nie “zdrowy dystans”) - nie są kartą przetargową w bogatym i pełnym blichtru świecie aspirujących aktorek i modelek. Drinki w lokalach są absurdalnie drogie, łatwo odpaść na selekcji przy wejściu, znajomości są raczej powierzchowne, a te atrakcyjne dziewczęta (bo tylko takich szuka Stuart) wolą ludzi z kontaktami w branży. Na drugim planie są - mam wrażenie - znacznie ciekawsze postaci: atrakcyjna aktorka Jessica, bez powodzenia szukająca roli, a w międzyczasie pracująca bez sukcesów nad własnym web-serialem; Wade, życiowy nieudacznik, którego właśnie rzuciła żona czy Kives, człowiek o nieznanym źródle dochodów, jeżdżący na wózku inwalidzkim, ale z ogromnym powodzeniem u płci przeciwnej. Gdzieś przeczytałam określenie “anty-seks w wielkim mieście” i to chyba dobrze oddaje sens serialu. Da się obejrzeć, ale czasem przez palce facepalma.

[1] Jest w ogóle takie słowo?!

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lipca 29, 2019

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Komentarzy: 2


State of the Union

Ona (Rosamund Pyke) zdradziła. On (Chris O'Dowd) ma poczucie krzywdy i bywa przykry. Próbują jednak walczyć o swój wieloletni związek i raz w tygodniu spotykają się u terapeutki małżeńskiej. Krótkie (10-minutowe) etiudki, dziejące się zwykle w pubie opodal gabinetu terapeuty, to urywki ich życia i rozmowy (od flirtu po kłótnie), powoli wyjaśniające, czemu ze sobą byli i czemu i im się posypało (oraz że jego terapia strasznie irytuje, a ona uważa ją za cenną). Cały czas czują coś do siebie, ale nie jest łatwo przejść do porządku nad tym, co się między nimi stało. W tle przewijają się czasem inne pary tej samej terapeutki, zwykle z efektem komicznym. Serial współtworzył Nick Hornby, który doskonale rozumie pokręcone damsko-męskie sytuacje i umie w dialogi.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek lipca 5, 2019

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Skomentuj


Extras / Statyści

Andy (Gervais) i Maggie (Jensen) są statystami, częścią tego bezimiennego tłumu, który jest gdzieś w kadrze za głównymi bohaterami filmu, serialu czy sztuki. Nie traktowani jako pełnowartościowi aktorzy, mają poczucie bycia tymi gorszymi mimo (a może z powodu) ocierania się o wielkie nazwiska. Andy, ambitny i inteligentny, usiłuje użebrać jakąkolwiek rolę mówioną, w czym wybitnie nie pomaga mu jego agent (Merchant), mający problemy z odbieraniem telefonu np. z powodu zafascynowania długopisem z gołą kobietą. Maggie, jak to oględnie mówią Brytyjczycy, nie jest the sharpest knife in the drawer, wystarcza jej, że zarabia na czynsz i że Andy się z nią przyjaźni. Wielki przełom w życiu Andy’ego następuje, kiedy jego scenariusz sitcomu dzięki Patrickowi Stewartowi trafia do BBC; niestety w wyniku kompromisów nie tworzy tego, co chciał, tylko nędzną parodię. Gra, ale w głupiej peruce i nieustająco powtarza tę samą kwestię (zdobywając popularność ludzi o niezbyt wyrafinowanym guście i dzieci; nie cieszy go 6-milionowa widownia co tydzień. Jednocześnie rozsypuje się “kariera” Maggie, która mimo swojej niebłyskotliwości ma ogromną wrażliwość i kolejna obelga i zepchnięcie jej do jeszcze bardziej podrzędnej roli (“a może obrzucimy ją łajnem? Idźcie po łajno!”), rzuca statystowanie, bo już lepiej czyścić toalety. Rozsypuje się także jej przyjaźń z Andym, który przedkłada sławę nad wszystko i udaje się do Domu Wielkiego Brata dla Celebrytów.

Co mnie bawi do łez, to że właśnie wielkie nazwiska (m.in. Patrick Stewart, Kate Winslet, Orlando Bloom, Clive Owen, David Bowie, Daniel Radcliffe czy George Michael, jak jeszcze żył) są statystami w serialu, czasem w doskonałych rolach samych siebie, tylko przejaskrawionych (uwielbiam odcinek z Orlando i z nastoletnim Radcliffem). Gervais, który jest współautorem (wraz z Merchantem) scenariusza, doskonale parodiuje manieryzm i klasizm środowiska aktorskiego, nie wahając się szydzić również z siebie. Całość, włącznie z pełnometrażowym odcinkiem specjalnym zamiast sezonu 3, bawiła mnie do łez.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek lipca 2, 2019

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Skomentuj


Catch 22

Jeden z komentujących pod notką o książce Hellera narzekał na brak spójnej fabuły. Serial daje na to rozwiązanie złe i dobre. Złe dla fanów, bo usuwa zabawę z czasem i perspektywą na korzyść rozwiązania dobrego, czyli linearnej opowieści o przypadkach Johna Yossariana, żołnierza z przypadku, którego na każdym kroku ktoś chce zabić. Każda akcja, podejmowana przez Yossariana, żeby wydostać się z wojska i żeby wreszcie wszyscy przestali do niego strzelać, skutkuje tragedią - zwiększeniem liczby misji, utratą samolotów (i załóg) czy śmiercią jego przyjaciół (w tym dość komiczną, acz tragiczną wizytą majora de Coverley w Bolonii). 6 odcinków pokazuje fabułę znacznie okrojoną w stosunku do książkowego pierwowzoru, ale wystarcza to do pokazania idiotyzmu wojska, brutalności wojny i bezsensu akcji militarnych, prowadzonych - jak w dobrze naoliwionej korporacji - żeby dać ludziom pracę, a nie z realnej potrzeby.

Bardzo dobra obsada - doskonały Clooney w roli Scheisskopfa, epizodycznie Hugh Laurie (de Coverley) i mnóstwo młodych, nieopatrzonych aktorów w rolach żołnierzy, co dodawało dodatkowego smaczku, przenosząc wiek głównych bohaterów raczej w okolice wczesnej 20. niż książkowej 30. (niewinność, naiwność). Niektóre wątki zniknęły z serialu (Joe Głodomór), niektóre zostały znacznie złagodzone (np. machinacje finansowe Milo są raczej slapstikowe, a zbombardowanie bazy ma wymiar tylko materialny), niektóre - jak śmierć kolejnych żołnierzy - są pokazane z nasyceniem fizjologicznością. To serial wizualnych kontrastów - amerykańskie uśmiechy zwierzchników, rozpryskująca się krew, sielska Pianosa z turkusowym morzem i wakacyjnym słońcem, groza ludzi stłoczonych w małych śmierdzących samolotach, z których mogą już nie wyjść. W zestawieniu z książką serial jest uboższy, ale nie uznałabym go za bezwartościowy, chociaż raczej nie do oglądania wielokrotnie (a książkę to bym i owszem, bo czytałam dość dawno).

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela czerwca 30, 2019

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Skomentuj