Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Więcej o Oglądam

Matt Ruff - Lovecraft County

Jak już pewnie zauważyliście, lubię porównywać ekranizację z książką, jeśli jest tylko taka możliwość. Tu zaczęłam od serialu, przez co automatycznie to dla mnie jest punkt odniesienia (w tym dla nazwisk), chociaż oczywiście nie oznacza to, że serial zawsze jest lepszy.

Atticus Freeman, weteran wojny w Korei, wraca do rodzinnego miasta tylko po to, żeby udać się na poszukiwanie ojca, który - szukając przodków matki - zniknął jakiś czas wcześniej, a teraz wysyła dziwny list ze wskazówkami. Wraz z wujem Georgem, autorem przewodników dla Czarnych oraz przyjaciółką z dzieciństwa, przedsiębiorczą Letitią, trafiają do mrocznej posiadłości Arkham, siedziby mrocznego kultu Adamitów pod przewodnictwem Samuela Braithwaite’a. Atticus, ku swojemu zdziwieniu, okazuje się być potomkiem białego jak śnieg przywódcy, którego przodek był zaskakująco dobry dla swojej czarnej służby; niestety zamiast majątku jego dziedzictwem ma być ofiarowanie w magicznej ceremonii. To początek mrocznych przygód wesołej ekipy, która napotyka na pomykające po lesie potwory, nawiedzony dom z morderczą windą, klątwę, maszynę do przemieszczania się między światami, podmianę ciał czy wreszcie zdrowy, amerykański rasizm. Bo serial - mimo dramatycznych wydarzeń, hektolitrów krwi, brutalnych powidoków masakry w Tulsie oraz niezgodnych z książką śmierci - jest przede wszystkim zabawny i wykorzystuje twórczo popkulturę (wprowadzając chociażby wątki jak z Indiany Jonesa) . Nie wiem jednak, czy pozostawienie tonu zgodnie z książką, mniej brutalnego, gdzie poza jednym adwersarzem nie ginie nikt (a w serialu cztery ważne dla fabuły osoby), nie poprawiłoby ekranizacji.

Książka Ruffa jest, niestety, dość płaska w zestawieniu z rozbuchaną fabułą serialu. Przeprowadza przez wydarzenia trochę na zasadzie gry fabularnej, obracając się wokół osoby Atticusa, z rzadka pozwalając na przygody Ruby, siostrze Letitii czy ciotce Hyppolycie, a te wątki w serialu są arcyciekawe. Przemyka się dygresyjnie przez wojnę w Korei, która - wraz z poznaną przez Atticusa Ji-Ah - odgrywa znaczącą rolę w ukształtowaniu postaci bohatera i w finale historii. Znacznie urozmaica też zróżnicowanie płciowe przez zmianę płci syna Braithwaite’a, Caleba, który staje się Christine (co pozwala na swobodniejszą zabawę konwencją przy podmianie ciał przez Ruby) oraz zastąpienie epizodycznego w powieści Horacego, syna George’a i Hyppolyty, przez córkę Dee z nieco szerszą rolą. Twórcy serialu ładnie wychodzą z tych nieścisłości, wprowadzając jako artefakt książkę napisaną przez syna Atticusa, w której zamiast Dee jest Horacy.

TL;DR - bohaterowie są czarni, a biali są źli. Mnie się podobało.

#143

Napisane przez Zuzanka w dniu środa listopada 25, 2020

Link permanentny - Kategorie: Czytam, Oglądam, Seriale - Tagi: 2020, panowie, sf-f - Komentarzy: 3


Wielkie kłamstewka

Fabułę opisywałam przy okazji książki; pierwszy sezon w zasadzie odzwierciedla dokładnie wydarzenia powieści - plotkarski kociołek matczynych ambicji i konfliktów, który przerodził się w dramat. Zmienił się finał, dając początek zupełnie niepotrzebnemu sezonowi drugiemu - osoba, która spowodowała śmierć, w książce się przyznaje i wychodzi ze względu na okoliczności z minimalną karą w zawieszeniu. W serialu śledztwo ciągle trwa, podsycane przez wtem pojawiającą się matkę zamordowanej osoby, do tego życie każdej z bohaterek się malowniczo sypie - wychodzi na jaw zdrada, malwersacja męża, ciężka choroba toksycznej matki czy traumy po napaści. Cały sezon prowadzi do finału książki.

Słyszałam mnóstwo zachwytów serialem, ale mnie nie porwał. Ładne pejzaże (Kalifornia zamiast Australii), świetne aktorki i aktorzy (Witherspoon, Dern, Kidman - której udaje się jakimś cudem grać mimo kartonowej, zdeformowanej twarzy, Streep, Zoe Kravitz czy Alexander Skarsgard - nic to, że nieustająco szydziliśmy z jego bycia wampirem), fajny drugi plan i ładnie powielona dwutorowa książkowa narracja w pierwszym sezonie - to wszystko poprawne i ciekawe, zwłaszcza jak się nie czytało książki, ale zdecydowanie nie rewelacja. Oczywiście obejrzę trzeci sezon, bo ma być, ale naprawdę nie zaszkodziłoby, gdyby zostawić niedopowiedzenie z finału.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek listopada 10, 2020

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Skomentuj


Doom Patrol

Naukowiec Nils Caulder, zwany Szefem, gromadzi w swoim domu nietypowych wyrzutków - Cliffa, byłego kierowcę rajdowego, którego mózg po wypadku został przeszczepiony w metalowe ciało, Ritę, aktorkę, której ciało w wyniku ekspozycji na trujący gaz ma umiejętność (czasem niechcianą) zmiany w galaretę, Jane - dziewczynę po przejściach o 64 osobowościach, Larry’ego, oblatywacza samolotów wojskowych, aktualnie radioaktywnego za sprawą tajemniczego energetycznego bytu, który zamieszkuje jego ciało. Kiedy znika Szef, do ekipy dołącza Vic, cyborg i syn dawnego współpracownika Szefa; grupa - niekoniecznie zgodnie - rozpoczyna poszukiwania naukowca, wiedzą tylko, że został uprowadzony przez Pana Nikt, zmutowanego człowieka, potrafiącego przechodzić przez wymiary (i czwartą ścianę). Jak już dla Was jest tego za dużo, to w trakcie akcji pojawia się niebinarna ulica Danny, która umie przemieszczać się w przestrzeni, bohater komiksu Flex Mentallo, który potrafi zmieniać rzeczywistość napinając mięśnie (“chyba napiąłem niewłaściwy mięsień!”), prehistoryczna nieśmiertelna kobieta, Dekonstruktor Światów, osioł, którego tyłek jest wejściem do innego wymiaru czy Łowca - Zjadacz Bród, nie wspominając o Tyłkach.

Wspominałam, że Chłopaki to absolutny komiksowy must-have sezonu? Może niekoniecznie macie o tym zapomnieć, ale równie dobry (a w niektórych aspektach nawet lepszy) jest serial, o którym początkowo myślałam “ech, kolejna zżynka z X-menów, proszę przechodzić i się nie gromadzić”. Tak jak “Chłopaki” są zabawne, ale raczej serio, tak tutaj to doskonały pastisz opowieści o mutantach z elementami thrillera i obowiązkową zaskoczką fabularną. Dostępne dwa sezony, na razie obejrzałam pierwszy, z drugim chwilkę poczekam, żeby przedłużyć przyjemność.

TL;DR - warto.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek października 23, 2020

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Skomentuj


Michael Ondaatje - Angielski pacjent

We włoskiej willi, opuszczonej przez okupujących Niemców, po ewakuacji szpitala polowego pozostaje Hana, pielęgniarka z Kanady, opiekująca się terminalnym pacjentem o nieznanej tożsamości. W trakcie długiego lata powoli wychodzi na jaw, że poparzony mężczyzna to węgierski hrabia de Almasy, znany przed wojną podróżnik i kartograf; część historii opowiada David Caravaggio, kanadyjski szpieg, dawny znajomy ojca Hany, który dotarł do willi w poszukiwaniu zdrajcy. Do trojga bohaterów dołącza Sikh Kip, saper, który oczyszcza okolicę z min pozostawionych przez Niemców. Kip i Hana mają się ku sobie, Caravaggio usiłuje wyciągnąć z umierającego, jaka była przyczyna śmierci małżeństwa Katherine i Geoffreya Cliftonów, z którymi Almasy znał się przed wojną (i - jak wychodzi - miał romans z Katherine) oraz czy to właśnie on dostarczył Rommlowi mapy Sahary.

Książka jest, oględnie mówiąc, chaotyczna w swojej strukturze - z właściwego czasu i miejsca akcji (koniec wojny we Włoszech) odchodzą wąsy wspomnień bohaterów. Zapewne miało to odwzorować wojenną traumę, jaką przeżyli bohaterowie; tytułowy angielski pacjent usiłuje wyprzeć z pamięci wszystkie wspomnienia i swoją tożsamość. Hana straciła ojca i narzeczonego (plus ma za sobą poronienie), chce się odciąć od przeszłości. Carravagio był torturowany przez Niemców, szuka w Almasym winnego. Kip rozbraja bomby, ale czuje narastające zgorzknienie, bo niby jest Brytyjczykiem, ale drugiej kategorii. Podsumowując, to nie jest książka słaba, ale też niekoniecznie do ponownego czytania.

Tłumaczenie zawiera, nomen omen, kwiatek - Hana porównuje skórę Kipa do kwiatu o nazwie “brązowe oko Susan”, co jest kalką ze zwyczajowej nazwy rudbekii (“black-eyed Susan”); nie komentuję nawet skojarzeń.

To, co mogę powiedzieć o filmie, to że jest ładnie zrobiony - miękkie kolory, zapierające dech pejzaże Toskanii, surowa niesamowita pustynia, piękni młodzi aktorzy (aczkolwiek młody Colin Firth jest pulchny jak bułeczka, trochę mi zajęło, zanim go poznałam). Scenariusz nawet ratuje chaos książki, wplatając zgrabnie w teatralną scenę włoskiej willi reminiscencje poszczególnych bohaterów (oszczędzając niestety na postaci Hany, która jest płaska i absolutnie niewiarygodna, dodatkowo za dezercję z wojska mogłaby trafić pod sąd, jakby to nie była rzeczywistość hollywoodzka), chociaż zupełnie psuje wymowę zakończenia (cnpwrag cebfv Unaę b rhgnanmwę, Xvc cb antłrw śzvrepv xbyrtv m bqqmvnłh jcnqn j fghcbe, cb pmlz jenm m bqqmvnłrz bchfmpmn jvyyę, pb avwnx fvę zn qb zvłbfarw qenzl m xfvążxv, xvrql Uvaqhf anoenł avranjvśpv qb jfmlfgxvpu ovnłlpu, eójavrż Unal, cb fchfmpmravh cemrm Nzrelxnaój obzol an Uvebfuvzę). Inna sprawa, że zakończenie książki jest na tyle otwarte, że aż prosiło się o cokolwiek innego niż urwanie w połowie. Podsumowując, to nie jest zły film, ale absolutnie nie widzę podstaw do obsypania go nagrodami (9 Oskarów i 3 nominacje, nie licząc 3 Złotych Globów i Srebrnego Niedźwiedzia).

#130

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek października 19, 2020

Link permanentny - Kategorie: Czytam, Oglądam - Tagi: 2020, beletrystyka, panowie - Skomentuj


Watchmen

Na początku był komiks, osadzony w 1985 roku. To świat podobny do naszego, ale z małymi zmianami. Dalej świat żyje w cieniu wyścigu zbrojeń, ale USA trzyma Związek Radziecki w szachu dzięki doktorowi Manhattanowi, amerykańskiemu nadczłowiekowi. Ktoś morduje Komedianta, jednego z Gwardzistów, zamaskowanych bohaterów, którzy od lat 40. dbali o ład na świecie jako zbrojne ramię USA, jeszcze zanim ustawą Keene’a maski zostały zakazane. Ktoś próbuje zabić bogatego przedsiębiorcę Veidta, dawniej znanego jako superbohater Ozymandiasz, na szczęście zamach się nie udaje. Wreszcie media dyskredytują doktora Manhattana, zarzucając mu powodowanie raka u swoich dawnych współpracowników, przez co nadczłowiek ucieka przed ludzkością na Marsa. Rorschach, jedyny wciąż zamaskowany superbohater, wyjęty spod prawa, usiłuje zdobyć współpracę potomków dawnych Gwardzistów - córce Jedwabnej Zjawy i następcy Nocnego Puchacza, żeby odkryć, kto i czemu chce usunąć danych strażników porządku.

Komiks, jak to u Moore’a, jest bogaty w wycinki prasowe, kilka historii pobocznych, w tym komiks w komiksie (dzieciak przy budce z gazetami czyta dramatyczną historię o jedynym ocalałym rozbitku, który usiłuje wrócić do domu, żeby uratować swoich bliskich przed piratami); brutalny i smutny w swojej wymowie. O legendach, mniejszym złu (źle?!), traumie i o refleksji, czy można jeszcze zmienić coś w świecie na pięć minut przed zagładą.

Potem był film, w zasadzie klatka po klatce skopiowany z komiksu. Doskonale zrobiony, z idealnie dobranymi aktorami (Jeffrey Dean Morgan w trudnej roli Komedianta), byłby niezłym substytutem oryginalnego tekstu dla tych, co wolą film niż komiks, tyle że zakończenie filmu psuje wszystko: beltvanyavr Irvqg jlflłn an Abjl Wbex zbafgehnyaą bśzvbeavpę, flzhyhwąp ngnx xbfzvgój j pryh cbłąpmravn fvł zbpnefgj qb boebal cemrq avrormcvrpmrńfgjrz m mrjaągem, n avr jnyxą b cemrjntę; j svyzvr flzhyhwr mavfmpmravr obzo boh xenwój cemrm qbxgben Znaunggnan, xgóel mbfgnwr anpmryalz jebtvrz yhqmxbśpv. I nawet nie czepiam się logiki samego zakończenia w filmie, ale po co pieczołowicie odtwarzać komiks, żeby na końcu wprowadzić zmianę?

Współczesny serial wraca do tzw. originu, wprowadzając epizodycznie pojawiającą się w “Strażnikach” postać Zamaskowanego Sędziego, wywodząc jego losy od niewygodnej medialnie masakry w Tulsie w 1921 roku. Akcja właściwa zaczyna się w 2019, policja na mocy ustawy kolejnego senatora z rodu Keene’ów nosi maski, żeby ochronić swoją prywatność. Angela Abar, oficjalnie właścicielka nie otwartej jeszcze restauracji, jest policjantką incognito, używając stroju Siostry Noc. Kiedy ginie jej przyjaciel, szef policji, na miejscu zbrodni znajduje staruszka na wózku inwalidzkim, porozumiewającego się z nią aluzjami; sama nie wie czemu nie przekazuje tej informacji ani kolegom z policji, ani agentce specjalnej Laurie Black (bardzo dawno temu znanej jako Jedwabna Zjawa II). Wraca wątek katastrofy z finału komiksu, w wyniku której kilka milionów nowojorczyków zginęło, a wiele osób do dziś leczy traumy; czytelnicy komiksu wiedzą, kto i czemu ją spowodował, nie dziwi więc pojawiający się równolegle wątek Ozymandiasa i niejako powielający pomysł wątek imperium Trieu.

Tak jak komiks, to ponura historia o odpowiedzialności, walce o dominację i o tym, czy możliwość odczuwania każdego momentu swojego życia (dzień dobry, doktorze Manhattan) pozwoli na uratowanie świata po raz kolejny. I po raz kolejny pada pytanie, quis custodiet ipsos custodes. Serial jest świetnym i twórczym dopełnieniem komiksu, uwspółcześnionym tam, gdzie trzeba, dodatkowo zgrabnie rozgrywającym wątki rasizmu we współczesnych USA.

#126 (trzy całkiem obszerne tomy komiksu)

[1] Co jest sporym nadużyciem mimo prawicowych poglądów bohatera komiksu.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela października 11, 2020

Link permanentny - Kategorie: Czytam, Oglądam, Seriale - Tagi: 2020, komiks, panowie, sf-f - Komentarzy: 2


Upload

Nathan, młody, obiecujący programista, zostaje mocno poszkodowany w wypadku samochodu autonomicznego. Jego bogata narzeczona, Ingrid, proponuje, że zapłaci za jego życie po śmierci w drogim Lakeview, wirtualnej rzeczywistości. Nie do końca wiadomo, czy Nathan jednak by nie przeżył, ale że procedurę wykonuje się na żywym organizmie, Ingrid wciska guzik i transferuje Nathana do Lakeview. Podczas kreacji jego awatara, Nora - pracowniczka obsługi klienta - odkrywa, że niektóre pliki pamięci są uszkodzone; jakiś czas później okazuje się, że ktoś niektóre z nich skasował. Między Nathanem i Norą buduje się porozumienie i narasta chemia, w przeciwieństwie do stosunków między Nathanem i Ingrid, dla której związek z tzw. Uploadem nie jest zbyt wygodny. Jednocześnie kuzynka Nathana zaczyna prowadzić śledztwo, bo coś jej w całej sprawie cuchnie. Pierwszy sezon niektóre rzeczy wyjaśnia, ale kończy się siarczystym cliffhangerem.

Poza tym, że serial jest przyjemną komedią z elementami detektywistycznymi, jest też pyszną opowieścią o produkcji oprogramowania (ach, te cheat kody i niedotestowane opcje!), ale też podejmuje - po “Good Place”, “Black Mirror” czy “Westworld” - temat śmierci w świecie wirtualnym. Lakeview to takie Simsy, gdzie za wszystko poza podstawowym pakietem (nawet tym drogim) należy dopłacać, na przykład za postarzanie awatara, żeby zmieniał się tak jak osoby, które jeszcze żyją (co bywa dramatem dla zmarłego kilka lat wcześniej 12-latka, z którym ówcześni koledzy nie chcą już rozmawiać). “Życie wieczne” bliskiej osoby staje się kolejnym abonamentem dla bliskich, a monotonią dla zmarłych, skazanych na czekanie, aż żyjący zechcą się z nimi kontaktować. Pobrzmiewają tu też echa klasizmu, pozorne luksusy Lakeview są dla tych z zasobną kieszenią, dla biednych pozostają miejsca typu “Dwa-Giga”, gdzie po zużyciu przepustowości zmarły zawiesza się do kolejnego zasilenia konta. W jednym z pobocznych wątków, Nora próbuje uzyskać dla śmiertelnie chorego ojca zniżkę pracowniczą na Lakeview, mimo sprzeciwów tego ostatniego, który - jako wierzący - chce spotkać swoją zmarłą wcześniej żonę w niebie.

TL;DR - przyjemne, czekam na drugim sezon.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek października 2, 2020

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Komentarzy: 2