Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Więcej o beletrystyka

Colson Withehead - Kolej podziemna. Czarna krew Ameryki

Cora od urodzenia mieszka na plantacji. Nie zna swojej daty urodzin, bo jej matka nie znała kalendarza, zna za to rodzinne opowieści - czy to o babci, która została porwana w Afryce i w ładowni, wszak była towarem, przewieziona do Stanów Zjednoczonych i rozdzielona z rodzeństwem i plemieniem, czy o matce, która wyszarpała dla siebie kawałek poletka, na którym hodowała warzywa. O więcej nie zapyta, bo babcia umarła, a matka uciekła, zostawiając ją samą, wyrzuconą poza społeczność. Nie jest więc jej aż tak trudno podjąć w pewnym momencie decyzję o ucieczce, mimo że nie ma żadnych szans poza plantacją, ale też nie ma żadnych szans na plantacji.

To opowieść fabularna, nawet można nazwać ją przygodową, o losach tych nielicznych niewolników, którzy próbowali uciekać z obozów pracy, jakimi były w większości plantacje bawełny. Nie wiedzieli, co i czy w ogóle coś ich czeka poza plantacją, zwłaszcza że dzięki doskonale wyposażonym w narzędzia i siatkę kontaktów łowcom niewolników większość wracała w kajdanach, żeby zostać brutalnie zabita jako odstraszający przykład. Corze ucieczka się udaje, odkrywa tytułową kolej podziemną, przewożącą zbiegłych niewolników do innego stanu, gdzie prawo jest łaskawsze dla uciekinierów. Problem w tym, że ląduje w kolejnych odsłonach tego samego więzienia - zamknięta na strychu, żeby nie narażać pomagających jej białych, w sielankowym “domu przejściowym”, gdzie poznaje prawdziwy cel resocjalizacji niewolników, wreszcie w komunie, gdzie próbuje ułożyć sobie życie. I o tym po części jest ta historia - o szansach na aklimatyzację w świecie, gdzie nie było miejsca na ciemnoskórych, celowym niszczeniu kultury i świadomości ludzi zmuszanych do pracy, pozbawianych rodzin, o amerykańskim majątku, zbudowanym na zaprawie z krwi Afrykanów na terenach zagrabionych Natywnym Amerykanom.

To też portret nielicznych białych przewijających się przez karty opowieści - dobrej pani, uczącej swoich niewolników czytać i obiecującej im wolność w testamencie, psychopatycznym właścicielu zabijającym dla przyjemności, łowcy niewolników z etosem, ale i bezwzględnością, zawiadowcach Podziemnej Kolei i abolicjonistach (tych z przypadku i tych z wyboru) czy lekarzach-eksperymentatorach, korzystających z ciał niewolników do testów bez ich wiedzy, co tym bardziej przeraża, że - mimo fabularyzowania - niewiele tutaj zostało zmyślone przez autora.

PS Oraz wyszłam ze strefy komfortu, idąc na spotkanie z ludźmi, którzy też tę książkę czytali.

#117

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek września 21, 2020

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2020, beletrystyka, panowie - Skomentuj


Lauren Groff - Arkadia

Książka podzielona jest na rozłożone w czasie cztery epizody z życia Lutka[1], pierwszego dziecka urodzonego w komunie hippisowskiej, która rozpoczęła budowę Arkadii, ostoi wolności. Pierwsza część to lata 70. - życie wspólnoty, gdzie każdy wkłada według możliwości pracę, a bierze miłość i opiekę, widziane oczami 6-latka, uznawanego przez otoczenie za nieco opóźnionego w rozwoju. Mimo że wszyscy żyją na granicy ubóstwa i głodu, gnieżdżą w szopach i przyczepach, odbudowując zrujnowany wspólny dom, ten okres jest w oczach dziecka sielanką, mimo ewidentnie niepokojących sygnałów - matka ma głęboką depresję, a dookoła mało kto jest szczęśliwy. Części druga to lata 80. i zmierzch Arkadii. Do wspólnoty przybywa coraz więcej nowych - spragnionych narkotycznych wrażeń i wolnej miłości nastolatków, drobnych przestępców, którzy w komunie widzą azyl, a charyzmatyczny przywódca jest wpatrzony we własny pępek i przyrodzenie, a nie w dobrostan rodziny. Lutek przeżywa dojrzewanie i pierwszą miłość do Helle, swojej równolatki. W części trzeciej - co ciekawe - retrospekcyjnie - pokazany jest związek Lutka i Helle, przyjście na świat ich córki, kariera fotograficzna i uniwersytecka Lutka, wreszcie nagłe zniknięcie Helle, która w przeciwieństwie do protagonisty nie chciała być uwiązana do niczego. W tle losy innych mieszkańców Arkadii.

Najmocniejsza dla mnie jest ostatnia część. Jest rok 2018 (przypominam, że książka została wydana w 2011). Córka - Grace - ma 14 lat, Lutek wychowuje ją samotnie. Jednocześnie dzieją się dwie rzeczy - po częściowo nieudanym samobójstwie rodziców przeżywa matka Lutka, Hanna, ale jest w kiepskim stanie, zwłaszcza że do zatrucia lekami dochodzi postępujące stwardnienie rozsiane, niszczące jej ciało (bezpośredni powód samobójstwa); na świecie powoli pojawia się pandemia, spowodowana przez wirusa typu SARS, doprowadzającego błyskawicznie do niewydolności oddechowej (2011, wspominałam?). Lutek z Grace wracają do Arkadii, żeby zająć się Hanną i uciec od szybko rozprzestrzeniającej się choroby, w którą - mimo kilkuset tysięcy zgonów - niektórzy nie wierzą. Jest tu trochę elementów fantastycznych (przenośny komputer wspomagający mowę osoby niesprawnej za pomocą rejestracji ruchów oka), ale reszta jest boleśnie aktualna - jak dawać sobie radę podczas pandemii i kiedy pozwolić ukochanej osobie odejść.

Nie wiem, jak Groff to robi, ale każda z jej książek jest inna, a wszystkie świetne. Umie pokazać męża żyjącego z żoną, której nie zna i żonę, która latami buduje ułudę, żeby mąż był szczęśliwy. Umie w zapach i fakturę świata na skraju przepaści. Umie wreszcie w bycie dzieckiem, dorosłym i starcem.

[1] Zastanawiało mnie tłumaczenie imienia głównego bohatera, Ridella Sorella, jako Lutek. W oryginale nazywa się Bit - od Itty-Bitty (maleństwo), u nas wyewoluował w (Ma)Lutka.

Inne tej autorki tutaj.

#113

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek września 4, 2020

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2020, beletrystyka, panie - Skomentuj


Liane Moriarty - Dziewięcioro nieznajomych

Grupa ludzi z problemami - tracąca popularność autorka romansów, nowobogacka para z innymi oczekiwaniami wobec życia, rodzina w żałobie, gej szukający odpowiedzi na pytanie, czy chce mieć z partnerem dziecko, opuszczona przez męża żona, chcąca odzyskać atrakcyjność, wreszcie przebrzmiały gwiazdor sportowy - trafia do luksusowego “SPA”, gdzie właścicielka - ekscentryczna emigrantka pochodzenia rosyjskiego - obiecuje im, że w ciągu 10 dni wyjdą jako zupełnie inni ludzie. Na początku jest trudno - cyfrowy i realny detoks (z bagaży znika przemycony alkohol, papierosy i elektronika), milczenie, wstawanie nad ranem na medytację wszystkich irytują, ale wszyscy stopniowo przyzwyczajają się do nowego stylu. Powoli ujawniają swoje problemy podczas terapii; do tego momentu jest to taka trochę beletrystyka self-help - odłóż elektronikę, wsłuchaj się w siebie, zdrowo i skromnie się odżywiaj, unikaj używek, bądź wdzięczny/a, zacznij ćwiczyć, a staniesz się nowym, lepszym człowiekiem. Tyle że nie do końca, bo coś tajemniczego dzieje się w ośrodku odnowy, a - najpierw - cyfrowe odcięcie, potem już realne, kiedy grupa zostaje zamknięta w sali w piwnicy, okazuje się być kluczowe do procesu “odmiany”.

Jest to chyba najsłabsza ze wszystkich książek Moriarty. Bohaterowie są z kartonu (recepta dla pisarki to “nie przejmuj się złą recenzją, zacznij pisać thrillery zamiast romansów”, dla opuszczonej żony “to nie twoja wina, uwierz, że jesteś atrakcyjna” itp.), zaś demoniczna Masza, która jlzlśyvłn nhgbefxą grencvę zvxebqnjxnzv YFQ benm hmlfxnavr bśjvrpravn mn cbzbpą temloxój unyhplabtraalpu orm jvrqml xyvragój, okazuje się być dobrym, choć niezrozumianym człowiekiem. Dodatkowe “głębokie” myśli: (nawet duże) pieniądze szczęścia nie dają, nie ma sensu szukać w sobie winy, gdy inna osoba odbiera sobie życie, lepiej być chudym i młodym niż starym i grubym oraz dramatyczne wydarzenia budują przyjaźnie na całe życie (albo nie).

Inne tej autorki tutaj; przeczytałam też drugi raz “A teraz śpij”, bo pojawiło się nowe wydanie tej samej książki ze zmienionym tytułem “Miłość i inne obsesje”, a zanim się zorientowałam, że już czytałam, to trochę zeszło.

#111-112

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek sierpnia 31, 2020

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2020, beletrystyka, panie - Skomentuj


Lew Tołstoj - Anna Karenina

To nie tak, że przeczytałam, żebyście Wy nie musieli, ale to naprawdę książka na okres totalnej posuchy czytelniczej, bo rozdęta do granic możliwości wieloma, czasem zupełnie zbędnymi, wątkami. Dobrze się czyta, ale emocji już po latach budzi niewiele, raczej znudzenie. Jakbym nie przesłuchała[1], to bym raczej porzuciła w trakcie.

Trzon historii to miłość Anny Kareniny (księżniczki[2] Obłońskiej) i hrabiego Aleksego Wrońskiego; ona - znudzona małżeństwem ze starszym i nudnym urzędnikiem, on - zachwycony jej dojrzałą urodą w porównaniu z nastolatkami, z którymi się wcześniej uganiał. Na początku w ukryciu, w pewnym momencie, kiedy już się ukryć nie dało (widoczna ciąża Anny) już oficjalnie. Wroński nalegał na rozwód i ślub, Anna była temu niechętna, bo to oznaczało dla niej stratę ukochanego syna, który by został przy mężu. I jakkolwiek Annę byłam w stanie zrozumieć - syn, ciężki poród córki na granicy śmierci, depresja poporodowa, silny ostracyzm społeczny - tak jest to bohaterka, którą ma się ochotę kopać w tyłek, tak bardzo sama utrudniała sobie życie wymyślonymi problemami z wiadomym finałem, kiedy to rzuciła się pod pociąg, żeby Aleksy żałował, że był dla niej taki niedobry. No żałował, jak cholera, ale było pozamiatane.

Dookoła tej pary krąży cała reszta - brat Stiwa Obłoński, żonaty z księżniczką Darią (Dolly) Szczerbacką, ojciec chyba siedmiorga żyjących dzieci, zdradzający żonę z kim popadnie; młodsza siostra Darii, Kitty, zakochana bez wzajemności we Wrońskim, ale - po długiej chorobie i namyśle - biorąca ślub z zamożnym posiadaczem ziemskim, Lewinem; epizodycznie pojawiający się ich znajomi i dalsza rodzina. Lewin jest chyba najbardziej prominentnym bohaterem drugoplanowym - pisze książkę o rolnictwie (narzekając na leniwych chłopów), usiłuje zapomnieć o wiarołomnej Kitty, która początkowo odrzuciła jego oświadczyny, ale szczęśliwie się odnajdują, ślub, sielanka na wsi i dziecko, wreszcie dyskutuje ze sobą swój ateizm. Oprócz tego jest o polityce, działalności społecznej, w finale o wojnie w Serbii czy wreszcie - nawiązując do słynnego pierwszego zdania - o tym, że każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób.

[1] Jakbyście zastanawiali się, czemu przestały pojawiać się notki o audiobookach, to nie przestały, tylko nie miałam o czym pisać. Audiobooka zaczęłam słuchać jeszcze w 2019 w drodze do pracy, potem przyszły święta, potem miałam okres niechęci do słuchawek, WTEM pandemia i lockdown, więc przestałam wychodzić. Ale skończyłam, to może i pandemia się skończy (ha ha, not).

[2] Okrutnie bawił mnie ten wielki świat książąt i księżniczek, miałkich i często zapożyczonych u innych, z salonowymi obrzędami, bywaniem i dyskusjami typu “czy służba wojskowa powinna być obowiązkowa” oraz “czemu Polacy się bronią przed naszą kulturą, przecież niesiemy nieokrzesańcom kaganiec oświaty” (sic!).

#106/#1

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpnia 23, 2020

Link permanentny - Kategorie: Słucham (literatury), Czytam - Tagi: 2020, beletrystyka, panowie - Skomentuj


Paweł Huelle - Opowiadania na czas przeprowadzki

Z pewnym wstydem wyznam, że wcale nieduży tomik przeczytałam dopiero za trzecim podejściem; możliwe, że znęcona tytułem zaczęłam go czytać w 2015, kiedy przenosiłam się z Suchego Lasu na Dębiec, nie wypieram się. A warto, bo to zgrabne historie o przeprowadzce w nieco szerszym sensie - o Niemcach, którzy mieszkali przed i w czasie i po wojnie w okolicach Gdańska. O zmianach w ich życiu, rzeczach, które zostawili, a ich aktualni właściciele mają poczucie, że i tak po nie wrócą, więc nie należą do nich. Różne opowieści, różne narracje - wyprawa w poszukiwaniu stołu, który zastąpi kiwający się poniemiecki; Frau Hoffmann, złośliwie zwana dziedziczką, grająca na pianinie w rozgrabionej przez kwaterunek willi i matka, nienawidząca każdej nuty “niemieckiej muzyki”; wyrzucony ze stoczni inżynier, szukający z synem ślimaków, żeby zarobić na życie; wizyta dziadka, który dla odmiany przyleciał samolotem; wreszcie wyprawa na narty z wujem Henrykiem i zagubiona w czasie i przestrzeni wioska, gdzie konflikty rozwiązywała walka kogutów. Zapach, kolor, światło - to wszystko Huelle umie wtłoczyć w litery, nawet jeśli opisuje tylko drobny epizod większej historii.

Inne tego autora tu.

#99

Napisane przez Zuzanka w dniu środa sierpnia 5, 2020

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2020, beletrystyka, panowie - Komentarzy: 3


Lucy Maud Montgomery - Anne of Windy Poplars

Ania, a w zasadzie magister Anna Shirley, po studiach przyjęła na trzy lata pracę jako kierowniczka szkoły w Summerside, żeby przeczekać trzy lata do ślubu, podczas których Gilbert pracuje “na kolei na Zachodzie”. Pani magister mieszka w Szumiących Topolach u wdów - cioci Misi i cioci Kasi (oraz z elokwentną służącą Rebeką Dew), ponieważ lokalna społeczność rodziny Pringle - zwykle wspierająca pracowników szkoły - wypowiedziała jej wojnę ze względu na to, że “podkradła” stanowisko jednemu z Pringle’ów. Lokalizacja okazuje się jednak cudowna, wojnę z Pringle’ami udaje się wygrać po semestrze (szantaż, ale niechcący!), przez pozostałe dwa i pół roku Ania uczy, spaceruje z zachwytem w pięknych okolicznościach, zdobywa “przyjaźnie na całe życie”, rozmawia z ludźmi i swata mniej lub bardziej chętne pary.

Niegdyś mój ulubiony tom, teraz - po latach - odnalazłam go dość miałkim. Jak poprzednie trzy tomy dotyczyły samej Ani, tak tutaj to książka głównie o mieszkańcach Summerside - Pringle’ach, sarkastycznej nauczycielce Juliannie Brooke, słodkiej Małej Elżbietce i innych; opowieści są raczej zabawne, czasem melancholijne, udział w nich rudowłosej, elokwentnej nauczycielki ma zwykle zbawienny wpływ na finał (może poza przyjaźnią z gadatliwą i egzaltowaną Hazel).

I tłumaczenie - jednocześnie z oryginałem czytałam wersję Naszej Księgarni z 1990 roku w tłumaczeniu Aleksandry Kowalak-Bojarczuk. Nie czepiam się tłumaczenia nazwisk, maniera z poprzednich tomów (Ivy - Ewa, Dovie - Dorota, chociaż zrobienie kota Marcina z Dusty Millera jest słabe), zdarzają się jednak błędy w tłumaczeniu (sponge-cake to drożdżowe, overalls to szlafrok, fifteen to 50, chipmunk to chomik, zastąpienie odsuwania skórek przy paznokciach patyczkiem przez naprawianie koronek). Wreszcie skróty - nie ma ich tak dużo jak w “Błękitnym zamku”, ale są. Czasem znika zdanie, czasem akapit lub kilka, dość losowo; rozumiem przycinanie odniesień do Biblii lub sugerowanie, że korespondencja z Gilbertem jest bardziej frywolna, ale czemuż poznikało chociażby #nieustającepasmosukcesów Ani, która opiera się w pociągu na łysej głowie staruszka zamiast o poręcz albo wypada o poranku z łóżka, bo zapomina, że jest tak wysokie, że wchodzi się po schodkach? Braki i tłumaczeniowe wpadki zaznaczyłam w pdf.

Inne tej autorki tutaj.

#97

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpnia 2, 2020

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2020, beletrystyka, panie - Komentarzy: 2