Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Ewa wzywa 07

Barbara Nawrocka-Dońska - Tajemnicza katarynka #001

Lista osób:

  • Maliszek - naczelnik poczty, udaje się na kurację do sanatorium
  • Korta - ma zastąpić Maliszka, kapitan milicji undercover
  • Maliszkowa - żona naczelnika
  • Kazimierz Kamiński - magazynier, nieboszczyk, po pijaku grał na katarynce, a na trzeźwo w amatorskim teatrze
  • Kamińska - ciągle atrakcyjna wdowa, ale jakaś taka zgryźliwa
  • Brat Kamińskiego - dobrze sytuowany, jeździ na taryfie, ma zadrę z wdową
  • Motocyklista - lekkomyślny młodziak, zginął w wypadku kilka dni przed pożarem
  • Czarnkowa - współpracowniczka Kamińskiego w magazynie, wynajmuje pokój Korcie
  • porucznik Małek - podwładny i konfident Korty (z Warszawy)
  • kelnerka od Modrzejewskiego - źródło plotek, ale opiekuńcza
  • kierownik sklepu mięsnego - podobno kochanek wdowy Kamińskiej, raczej lekkoduch
  • ekspedientka z mięsnego - fertyczna blondyna w klipsach i brudnym fartuchu, chętna
  • nauczyciel - entuzjasta teatru, lubi brydża
  • ksiądz - powolny i raczej nie entuzjasta milicji

Garwolin. W pożarze ginie kierownik magazynu, trochę pijak. Wdowa jest rozżalona, bo wszyscy w miasteczku uważają, że to ona jest winna (nie przyprowadzała pijaka z knajpy do domu, kazała mu wynieść irytującą ją katarynkę i narzędzia stolarskie do magazynu, gdzie denat dokonał żywota). Korta, pracujący w ukryciu jako zastępca naczelnika poczty, wyjaśnienia szuka raczej w potencjalnych malwersacjach, których jednak kontrola NIK-u nie wykryła i możliwym związku z tzw. aferą bawełnianą, analizowaną przez warszawską milicję. Zaprzyjaźnia się z mieszkańcami miasteczka. Mija miesiąc, śledztwo nie posuwa się do przodu, ale chyba przez wzgląd na sympatię dla poznanych ludzi i ośli upór, Korta sprawę wyjaśnia. Rozwiązanie jest przewidywalne, zwłaszcza w kontekście tytułu, ale - zwłaszcza jak na kryminał milicyjny - całkiem odkrywcze.

Obyczajowo, kapitan Korta musi udawać kawalera, mimo że ma żonę (za którą tęskni) i dzieci (za którymi jakby nie). W drugim wyimku jest o ciężkich, acz nieokreślonych wyrzeczeniach, które musiała ponieść pani Kortowa, dzięki czemu nabrała prawa do prowadzenia niechętnego męża do swojej rodziny oraz stawiania choinki w zapewne ateistycznym[1] domu.

Nie nosił obrączki i żeńska połowa obsady poczty traktowała go jak ewentualny obiekt do strzału. Ich rozciekawione śledzenie, podszyte płcią, podobałoby mu się w innych okolicznościach. Akurat w tych, w jakich się znajdował, niepokoiło go trochę. Miał dobre pojęcie o kobiecym sprycie. Wolałby, żeby niejedna para ładnych oczu mniej przyglądała się jego poczynaniom. Czasem zdawało mu się, że dostrzega iskierki wesołości w tych oczach. Oglądał potem swoje buty albo krawat, zastanawiał się, czy jest, czy nie jest dobry w roli zwierzchnika panienek przy okienku. Nie ma to jak nasze dziewczyny – westchnął tęsknie do kobiet w milicji, z którymi porozumiewał się wpół słowa. Nigdy dotąd nie przeprowadzał analizy ich kwalifikacji pod tym kątem. Posiadły trudną sztukę niemal męskiego myślenia i sposobu działania przy zachowaniu cech kobiecości. Bez obrony tych cech nie mogłyby pracować skutecznie. Dopiero porównanie kobiet pracujących w jego własnym i w innym zawodzie, które uderzyło go od razu, gdy stał się zwierzchnikiem tamtych, pozwoliło mu ocenić kobiety z własnego środowiska. Pewnie dlatego nasze kobiety wydają mi się inteligentniejsze, że przy moich urzędniczkach z poczty czuję się jak jeleń – myślał z humorem.
Nawet nie lubił świąt właśnie ze względu na konieczność poddawania się terrorowi zachowania. Trzeba było jeść i pić, przyjmować i oddawać wizyty ciotkom, wujkom, kuzynom. Nie mógł się od tego wykręcić. Jego żona spędzała życie w domu, w rodzinie, a święta stały się dla wielu świętem rodziny. Nie mógł jej tego pozbawić. Wyrzekła się dla niego nawyków i przekonań wyniesionych z własnego domu. Właściwie oceniał, czego musiała dokonać. Stawiała dzieciom choinkę i kapitan się z tym godził. Zrozumiała wiele rzeczy – dla niego – i on musiał zrozumieć ją.

Się pije: czysta, ruski winiak, piwo w restauracji drugiej kategorii (to w ogóle fascynujący temat, jak wraz z kategorią spadała jakość restauracji).

Się nosi: ubranie z Cedetu za 1200 zł i ortalionowy płaszcz

Się je: pierożki z mięsem (w restauracji trzeciej kategorii), kapuśniak (u wdowy Czarnkowej), kanapki z korkami (?!) w tej lepszej knajpie.

[1] To jest swoją drogą ciekawe - również współcześnie to kobiety dbają o niskopoziomowe życie duchowe rodziny i są strażniczkami tradycji. Mężczyźni zwykle są ponad to, najwyżej posłusznie wykonują polecenia, zwykle wzdychając i przewracając oczami.

Kazimierz Koźniewski - Sztyletem w serce #002

Lista osób:

  • Markowska - pokojowa w hotelu Świt
  • Andrzej Koszuch - lokator pokoju 315, najpierw rekonwalescent po wypadku, potem denat
  • Koszuchowa - żona, nie taka stara, ale z męską twarzą, krawcowa
  • Urszula - córka, niesforna, nie chce się uczyć w technikum, ale atrakcyjna
  • Stanisław - portier w hotelu Świt, czytelnik powieści kryminalnych
  • Porucznik Lewandowski - prowadzi śledztwo
  • Major Kiedrowski - dowodzi śledztwem, mało mówi, dużo słucha
  • Jerzy Smoleński - chirurg operujący Koszucha
  • Redaktor Gryczer - dziennikarz, również ofiara kraksy samochodowej, leżał razem z Koszuchem w szpitalu
  • Poznański - urzędnik ze stoczni, opiekował się Koszuchem niejako służbowo

15 stycznia Andrzej Koszuch, pracownik poznańskiego Ceglorza, jadący w delegację do Trójmiasta, uległ wypadkowi. Szofer zbiegł (i co ciekawe, nikt go nie szukał przez te kilka miesięcy), a mężczyzna cudem ocalał, uratowany przez kierowcę samochodu, jadącego za nim. Po trzech miesiącach w szpitalu został wypuszczony, ale po kilku dniach w hotelu, 15 maja, znaleziono go zasztyletowanego nożem pochodzenia hitlerowskiego, bez peruki. Żona sugerowała, że denat bał się o życie, bo odkrył kradzież w zakładzie. W trakcie śledztwa okazuje się, że odciski palców Koszucha w pewnym momencie się zmieniły - na okupacyjnej kenkarcie są inne niż w dokumentach wydawania dowodu osobistego (srsly, przy dowodzie trzeba było odbijać odciski?!), a dokumenty w ogóle są wydane na podstawie potwierdzenia przez dwóch świadków, z których jeden nie żyje, a drugi zniknął.

Ponieważ ślad prowadzi w przeszłość, autor dzieli się pewnymi opiniami o AK i UPA, wrzucając obydwa ugrupowania do jednego worka (“uczciwych ludzi tam [w lesie] nie było”). Wyrok podziemnego sądu wojskowego nad zdrajcą, który z zemsty wydał kilka osób gestapo, jest traktowany jako niecywilizowany samosąd. I jak na literaturę dość lekką, tutaj finał jest z tych dramatycznych i mocnych w wymowie, a milicja okazuje sporo empatii mimo emitowanych poglądów polityczno-historycznych.

Się pali: sporty (tajemniczy gość denata), carmeny (częstuje nimi doktor), giewonty (Gryczer), klubowe (Poznański).

Się pije: herbatę (bo kawa szkodzi).

Edigey Jerzy - Szkielet bez palców #003

Lista osób:

  • major Adam Krzyżewski - gawędziarz z bogatą praktyką w rozwiązywaniu spraw
  • dziennikarz - alter ego autora, naciąga Krzyżewskiego na opowieści
  • Doktor Stanisław Kamiński - patolog, ma chody w kawiarni Stylowej
  • Jan Cieślik - złodziej po wyroku, możliwe że szkielet bez palców
  • Barbara Kosicka - niewierna flama Cieślika, atrakcyjna i wygadana[1]
  • Ryszard Kosicki - brat Barbary
  • Mieczysław Pietrzak - aktualny absztyfikant Barbary, brat Józefa
  • Józef Pietrzak - robotnik budowlany, w 1957 roku pracował przy rozbiórce na Kiełbaśniczej
  • Honorata Pietrzak - siostra Józefa i Mieczysława, mniej ładna i mniej inteligentna od Barbary

Historia jest archiwalna, major Krzyżewski opowiada ją w klubie znajomemu dziennikarzowi z Warszawy i jego koledze. Dwudziestoparoletni zbrodniarz został skazany najpierw na karę śmierci, potem na dożywocie (co jest dość ciekawym rozwiązaniem fabularnym, bo zwykle akcja prl-owskich kryminałów kończyła się na otoczeniu przestępcy, ewentualnie jego przyznaniu się po forsownym przesłuchaniu). Mottem życiowym Krzyżewskiego jest fraza “Nie ma bowiem przestępstw doskonałych, są jedynie chwilowo nie wykryte”, co - zwłaszcza post factum - okazuje się oczywiście prawdą.

1960. Podczas rozbiórki gruzów na ul. Kiełbaśniczej znaleziono zwłoki. Szybko okazało się, że nie jest to niemiecki żołnierz, zachowany z czasów II wojny, tylko stosunkowo świeży denat sprzed 2-4 lat, szczupły mężczyzna w wieku 30-40 lat. Krzyżewski rozpoczyna mozolne szukanie potencjalnego zaginionego (których oczywiście w Polsce jest mniej niż w USA, gdzie jest to plagą), dzieląc się przy okazji szerokim opisem sytuacji, w których ludzie wychodzą z domu i nie wracają (bo to taka książka typu “bawiąc-uczyć”). Lista poszukiwanych z całej Polski zawęża się do czterech osób, z których jedna - niejaki Cieślik - nie zameldowała się w miejscu zamieszkania po wyjściu z więzienia. Śledztwo pokazane jest detalicznie i - chyba ze względu na wspomniany edukacyjny charakter - jako zbiorowy wysiłek ciężko pracujących ludzi, a nie olśnienia i przypadek.

[1]

Kosicka bawiła się coraz lepiej, patrząc, jak mundury milicjantów stają się w miarę postępu pracy coraz bardziej ciemne i brudne. - Niektórzy - powiedziała patrząc bezczelnie na majora - gdyby byli tacy chorzy, jak są głupi, to już dawno by umarli.

Się pije: koniak i kawę (we Wrocławskim Klubie dziennikarza), wódkę pod chleb i ogórki (u Kosickiej).

Się pali: giewonty (Cieślik)

Inne z tej serii tu.

#50

Napisane przez Zuzanka w dniu środa lipca 17, 2019

Link permanentny - Tagi: prl, panowie, panie, kryminał - Kategoria: Czytam - Skomentuj


Ogród różany w Forst (Lausitz)

[29.06.2019]

Ogromną sympatię do terenów tuż-przygranicznych miałam już po wizycie w Mużakowie/Kromlau dwa lata temu, wizyta w Dreźnie i okolicach w tym roku mi tylko tę skłonność ugruntowała. Forst to małe miasteczko tuż przy granicy[1], w zasadzie nazywa się Forst (Lausitz) po niemiecku, a po łużycku Baršć (Barszcz albo Barść). Samo miasteczko jest urocze - niewielkie, schludne, pełne zadbanej architektury (chociaż i kilka malowniczych ruinek na sprzedaż się znajdzie), ale głównym celem był Wschodnioniemiecki Ogród Różany, w którym w ostatni weekend czerwca odbywa się Różany Festyn. Ogród ma ponad 100 lat (założony został w 1913 roku) i jest przepięknym zadbanym ogrodem botanicznym, w którym oprócz róż jest mnóstwo letnich kwiatów i - automatycznie - powietrze drży od zapachu, motyli, pszczół i innych trzmieli. Oczywiście nie warto czekać na festyn, żeby Ogród obejrzeć (tym bardziej, jeśli nie jesteście zainteresowany dwukrotnie wyższą ceną za wstęp, zakupami egzotycznych odmian róż, występami zespołów[2] czy pokazami musztry lokalnego Bractwa Kurkowego), można jechać w dowolnym momencie rozkwitu róż.

Lokalna specjalność / Latolistek cytrynek Biali / Klomb / Niebiescy[3] Suche, ale ładne / Rzeczka przez ogród / Wtem granica nad Nysą

Na specjalne życzenie TŻ na obiad znalazłam niemiecką restaurację w leżącej opodal miejscowości Sacro (Zakrjow), a w zasadzie Neu Sacro. W zasadzie to znalazłam dwie obok siebie, bo w pierwszej stała tabliczka “jesteśmy na urlopie od 27.06 do 14.07”, za to droga do drugiej prowadziła koło pola z młodymi danielami. Przypadek? Nie sądzę. Najpierw były trzy, ale WTEM pojawiło się ich kilkadziesiąt i bardzo rozczarowane były, że mam do dyspozycji tylko pogłaskanie, a nie kosz warzyw i owoców. Przepraszam.

Adresy:

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Granicę przekraczaliśmy w Zasiekach (dawniej części Forst, zwanej przed wojną Berg), co oczywiście spowodowało mnóstwo żartów pt. mamy Zasieki na granicy z Niemcami. Tyle że nie, nie ma zasieków, za całą granicę jest mostek na Nysie Łużyckiej i trójkolorowe słupki przy rzece.

[2] Pełen wyboru - Antonia aus Tirol albo Fools Garden, autorami jednego hitu. Pierwsze nie dziwi, drugie jednak zaskakuje, bo nie wiedziałam, że to niemiecki zespół.

[3] Przymiotnik od Forst to Foster, strasznie mnie to bawi.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela lipca 14, 2019

Link permanentny - Tagi: forstlausitz, forst, ogrod-botaniczny, niemcy - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Skomentuj


Arturo Perez-Reverte - Klub Dumas

Lucas Corso jest łowcą książek, znanym w środowisku jako ten, który potrafi znaleźć każdą książkę, chociaż czasem jego metody ocierają się o obrzeża legalności. Jednocześnie dostaje dwa zlecenia: ma sprawdzić dla przyjaciela autentyczność manuskryptu jednego z rozdziałów “Trzech muszkieterów” Dumasa oraz dla bogatego i ekscentrycznego kolekcjonera Borji ustalić, która z trzech istniejących książek “Dziewięciu wrót” jest autentyczną ewangelią Szatana. Corso rozpoczyna peregrynacje po Europie, nie dziwiąc się zupełnie, że podąża za nim śliczna 19-latka, przedstawiająca się na zmianę jako Irene Adler (z Baker Street 221B) bądź Upadły Anioł, robiąca za jego ochroniarza i gumową kaczuszkę. Szczegółowa analiza najpierw manuskryptu Dumasa, a potem porównanie kolejnych wersji “Dziewięciu wrót” (te kawałki są autentycznie ciekawe poznawczo, w przeciwieństwie do naciąganej intrygi) prowadzi do (prawdopodobnie) trzech śmierci i kilku bijatyk.

Tylko że chyba się zestarzałam, bo książka mnie tym razem niepomiernie zirytowała. Corso jest egzaltowanym idiotą, snuje w głowie jakieś oszalałe wizje, że jest bohaterem książki i nieustająco usiłuje łączyć ze sobą wątki, o których wiadomo, że się zupełnie nie kleją. Dodatkowo jest absolutnym no-lifem, albo popija Bolsa (jakaż zabawna kryptoreklamka), ustawiając żołnierzyki w symulacji jednej z bitew napoleońskich, albo wspomina swoją byłą ukochaną Nikon (fotografkę, srsly), albo myśli o książkach. Przedstawiany jest jako fascynat książek jako przedmiotów kolekcjonerskich, ale tak naprawdę równie dobrze mógłby przemycać papierosy. Jego superspryt jest nieco przereklamowany - kiedy właściciel księgozbioru odmawia sprzedaży książki, Corso organizuje kradzież, która ma być upozorowana na zwykłe włamanie, bo przecież nikt nie powiąże ze sobą wizyty łowcy, pytającego o egzemplarz książki i następującego zaraz po nim włamaniu, przy którym właśnie ta książka ginie. W ogóle to raczej literatura dla chłopców, bo bohaterowie skupiają się na erekcji i za jej pomocą rozwiązują różne rzeczy. Stosunek bohaterów do dam jest w ogóle dość XX-wieczny - a to Corso obiecuje wdowie, że odda jej rękopis, dzięki czemu odbywają stosunek na kanapie, po czym on ją wyśmiewa i dziwi się, że staje się ona jego wrogiem; jakiś czas potem podejmuje współżycie ze śpiącą dziewczyną i tylko z przyzwoitości pyta, czy “można” tuż przed finałem (wierząc w moc coitus interruptus). Oczywiście czyta się całość świetnie, nieustająco, ale jednak z rosnącą irytacją.

Mocną stroną książki (w przeciwieństwie do ekranizacji) jest dwuwątkowość - wątek tytułowego Klubu Dumas jest poprowadzony ciekawie i z satysfakcjonującym wyjaśnieniem, zwłaszcza szanuję użycie postaci Balkana jako narratora kilku rozdziałów. Problem w tym, że nałożony na to wątek poszukiwania “Dziewięciu wrót” klei się z wątkiem pierwszym tylko za pomocą osoby Corsa, postać Irene jest typowym deus ex machina, a rozwiązanie intrygi (Pbefb, qbcvreb an fnzlz xbńph bevraghwąpl fvę, żr wrtb myrpravbqnjpn wrfg zbeqrepą v fmnyrńprz, wnxvzś phqrz j fcbfóo avrjvqbpmal qyn pmlgryavxn zn pmnf an cemltbgbjnavr snłfmljrw elpval mr fcrpwnyvfgnzv bq snłfmrefgj, qmvęxv pmrzh Obewn tvavr cbqpmnf avrhqnartb rxfcrelzragh cemljbłnavn Fmngnan) jest niewiarygodne.

Inne tego autora tutaj.

#46/#7

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota lipca 13, 2019

Link permanentny - Tagi: panowie, kryminał, 2019 - Kategorie: Słucham (literatury), Czytam - Skomentuj


Henning Mankell - Nim nadejdzie mróz

Główną bohaterką jest Linda, córka Wallandera. Po nieudanej próbie pozostania aktorką i tapicerem zdecydowała się pójść w ślady ojca, skończyła szkołę policyjną i teraz ma ostatni tydzień “wolnego” przed rozpoczęciem pracy na posterunku ojca (ku niechęci tego ostatniego). Przypadkiem uczestniczy w początku śledztwa dotyczącego płonących zwierząt, potem przykleja się do ojca, nieustająco wtrącając się do prowadzonego przez niego śledztwa w sprawie zamordowanej i rozczłonkowanej kobiety. Jednocześnie znika jej dawna przyjaciółka ze szkoły, Anna; Linda zaczyna więc samodzielne amatorskie śledztwo, włamując się do domu Anny, przeglądając jej pamiętnik i znajdując powiązania z prowadzoną przez ojca sprawą. W toku śledztwa łamie wiele przepisów, kilkukrotnie doznaje uszkodzenia fizycznego (wpada we wnyki i obrywa w głowę), przesłuchuje samodzielnie świadków, szermując argumentem, że już za tydzień będzie w prewencji, zataja informacje przed resztą ekipy śledczej. Trochę usprawiedliwia ją to, że wszyscy traktują ją jak natrętnego insekta i - dość niekonsekwetnie - odsuwają ją od śledztwa, co tylko motywuje ją do samodzielnego węszenia. Sama intryga kryminalna jest dość dziwna i przypadkowa - Anna widzi swojego ojca, który odszedł 24 lata wcześniej i okazuje się, że właśnie on jest spiritus movens bestialskich podpaleń zwierząt i zabójstw.

To zupełnie inne oblicze Wallandera - oschłego i kontrolującego furiata, wiecznie zirytowanego (ale nie powiem, że nie bez powodu, bo patrz wyżej) zachowaniem córki, małostkowego i niechętnie rozmawiającego o czymkolwiek (co też nie pomaga ani w śledztwie, ale w kontaktach rodzinnych). W tle wychodzą różne niefajne sceny z przeszłości - Wallander uderzający żonę w twarz i zarzucający jej kradzież pieniędzy, wieczne awantury nie tylko na tle pracy (z karkołomnym wyjaśnieniem, że dopiero teraz Linda zrozumiała, że ojciec miał tyle na głowie służbowo, że już nie miał miejsca na żonę i dziecko) czy próby samobójcze Lindy.

Inne tego autora tutaj.

#47 + ponownie przeczytane #48 Prawda i #49 Upiorny regiment.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek lipca 12, 2019

Link permanentny - Tagi: panowie, kryminał, 2019 - Kategoria: Czytam - Skomentuj


Poznań Pride 2019

Podobno 13 tysięcy ludzi przeszło ulicami Poznania pod tęczową flagą, uśmiechając się i emitując dobry vibe. Cały przekrój - nastolatki, młodzi ludzie, rodzice z dziećmi, czasem ktoś z psem, starsi (szczególnie wzruszały mnie panie z transparentami “Chodź, mama przytuli”, absolutnie nie wyobrażam sobie, że można nie chcieć tulić własnego dziecka za to, co czuje i jakie jest). Przyszłam z mężem i dzieckiem, bez strachu, chociaż paradę otaczała policja, a raczej właśnie dlatego, bo to nie w kolorowym tłumie była agresja, a na zewnątrz, co policja swoją obecnością stopowała.

Poza pozytywnymi wrażeniami, wróciłam też z garścią obserwacji socjologicznych i pytań, a zdziwienie wzrosło mi jeszcze po krótkiej lekturze komentarzy pod kolorowymi zdjęciami, na których nie było genitaliów i obscenicznych gestów[1]. Kieruję je niejako w przestrzeń, bo nie spodziewam się, że czytają mnie odpowiedni odbiorcy. Panowie, bo wśród przeciwników marszu widziałam głownie panów 20-30, umundurowanych w granat (w tym barwy klubowe), czerń i szarość, czasem zamaskowanych, czy możecie mi wyjaśnić…

... skąd w Was taka agresja w stosunku do ludzi, z którymi w większości przypadków nie macie szans się zetknąć? Nie zabierają Wam najczęściej pracy, nie współzawodniczycie o kobiety, ba, nie wierzę też, że realnie macie poczucie zagrożenia, że ktoś się z Wami zbytnio spoufali erotycznie. Czemu drażni Was, co inni robią ze swoim życiem, skoro absolutnie to Was nie dotyczy[2]?

... skąd ten ton fałszywej troski (“trochę mi was żal”), fałszywej, bo nie wierzę w nią, widząc w Waszych rękach petardy, jajka i butelki bądź zaciśnięte pięści? Nie nawrócicie nikogo biciem na jedyną słuszną drogę “Chłopak i dziewczyna normalna rodzina”. Nie wierzę w Waszą troskę o biedne dzieci, wystawione na #złygender, który - zapewne nie uwierzycie - daje im narzędzia pozwalające na zbudowanie silnej osobowości i ochronę przed przemocą, falą i prześladowaniem ze względu na potencjalną inność.

... kto Was tak srodze oszukał, wciskając bzdurne dane, którymi się podpieracie, zrównując homoseksualizm z pedofilią i inny parafiliami?

... czemu, jak dzielny ziomek już nie pracujący w Ikei, wybieracie z pism swoich proroków tylko te wyimki, które mówią o krwi, zemście i karze? Czemu nie wczytacie się w ewangelie, kochaj swego bliźniego i nastaw drugi policzek?

... naprawdę nie drży Wam serce, kiedy zamykacie drzwi przed swoim dzieckiem, bo zachowuje się inaczej niż przewiduje w zasadzie niezdefiniowany kanon? Bo sąsiedzi? Bo Watykan odległy o ponad 1000 kilometrów? Bo jak twardą miłością przywołacie do porządku, to ich będzie królestwo niebieskie?

Serio, nie znam odpowiedzi.

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Tak, mogę być niemiarodajna, bo absolutnie nie boli mnie w estetykę mężczyzna w szpilkach (najwyżej współczuję, bo chodzenie po bruku to nie lada wyzwanie i buty się niszczą), w pełnym makijażu czy z włosami widocznymi na dekolcie sukienki. Jeśli ktoś ma traumę na widok kogoś tak ubranego (jak ta anegdotyczna kuzynka, co zobaczyła mężczyznę w rajstopach i od soboty się modli), to jednak świadczy o braku wewnątrzsterowności. A z tym ciężko się żyje.

[2] W drodze na Paradę minął mnie starszy pan na rowerze, jadący w przeciwną stronę niż kolorowy marsz, nagrzany wkurzeniem i krzyczący do przechodniów “Tam już się zaczynają gwałcić!”. Otóż nie. Ani nikt panu gwałtem nie groził, ani nie odbywały się żadne rzeczy, których ludzie hetero nie robią bez zgorszenia na mieście (całują się, trzymają za ręce, obejmują). Skłaniam się ku wnioskowi, że są ludzie z zaburzeniami postrzegania i tylko specjalista może tu pomóc.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lipca 8, 2019

Link permanentny - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - Komentarzy: 3


State of the Union

Ona (Rosamund Pyke) zdradziła. On (Chris O'Dowd) ma poczucie krzywdy i bywa przykry. Próbują jednak walczyć o swój wieloletni związek i raz w tygodniu spotykają się u terapeutki małżeńskiej. Krótkie (10-minutowe) etiudki, dziejące się zwykle w pubie opodal gabinetu terapeuty, to urywki ich życia i rozmowy (od flirtu po kłótnie), powoli wyjaśniające, czemu ze sobą byli i czemu i im się posypało (oraz że jego terapia strasznie irytuje, a ona uważa ją za cenną). Cały czas czują coś do siebie, ale nie jest łatwo przejść do porządku nad tym, co się między nimi stało. W tle przewijają się czasem inne pary tej samej terapeutki, zwykle z efektem komicznym. Serial współtworzył Nick Hornby, który doskonale rozumie pokręcone damsko-męskie sytuacje i umie w dialogi.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek lipca 5, 2019

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Skomentuj


Kraków 2019

[11-12.06.2019]

Motywacją do spędzenia ponad 10 godzin w samochodzie (klimatyzowanym, na szczęście, bo temperatura oscylowała powyżej 30 stopni) był koncert dla starych ludzi, którzy lubią słuchać muzyki, znanej od prawie 30 lat. O muzyce nie umiem, umiem za to o mieście.

Kazimierz rozpoczął się dla mnie tradycyjną restauracją indyjską (klimatyzowaną)[1], potem cienia szukałam w synagogach (oraz za pomocą moczenia się w kurtynie wodnej przy posterunku policji na Szerokiej).

Szeroka 16. Synagoga Poppera, w której aktualnie mieści się księgarnia specjalizująca się w kulturze żydowskiej.

Szeroka 40. Synagoga Remu jest niepozorna, ale tuż obok ma piękny i zaciszny XVI-wieczny cmentarz. Wstęp - 10 zł (cegiełka na odbudowę), panowie w ramach biletu dostają czapeczkę.

Miodowa 24. Synagoga Tempel jest stosunkowo nowa, bo XIX-wieczna. Monumentalna i bogato zdobiona. Wstęp - również 10 zł (cegiełka na odbudowę).

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Indus Tandoor, Starowiślna 36. Jak się okazało, najstarszą w Krakowie (podobno).

Napisane przez Zuzanka w dniu środa lipca 3, 2019

Link permanentny - Tagi: polska, krakow - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Skomentuj


Extras / Statyści

Andy (Gervais) i Maggie (Jensen) są statystami, częścią tego bezimiennego tłumu, który jest gdzieś w kadrze za głównymi bohaterami filmu, serialu czy sztuki. Nie traktowani jako pełnowartościowi aktorzy, mają poczucie bycia tymi gorszymi mimo (a może z powodu) ocierania się o wielkie nazwiska. Andy, ambitny i inteligentny, usiłuje użebrać jakąkolwiek rolę mówioną, w czym wybitnie nie pomaga mu jego agent (Merchant), mający problemy z odbieraniem telefonu np. z powodu zafascynowania długopisem z gołą kobietą. Maggie, jak to oględnie mówią Brytyjczycy, nie jest the sharpest knife in the drawer, wystarcza jej, że zarabia na czynsz i że Andy się z nią przyjaźni. Wielki przełom w życiu Andy’ego następuje, kiedy jego scenariusz sitcomu dzięki Patrickowi Stewartowi trafia do BBC; niestety w wyniku kompromisów nie tworzy tego, co chciał, tylko nędzną parodię. Gra, ale w głupiej peruce i nieustająco powtarza tę samą kwestię (zdobywając popularność ludzi o niezbyt wyrafinowanym guście i dzieci; nie cieszy go 6-milionowa widownia co tydzień. Jednocześnie rozsypuje się “kariera” Maggie, która mimo swojej niebłyskotliwości ma ogromną wrażliwość i kolejna obelga i zepchnięcie jej do jeszcze bardziej podrzędnej roli (“a może obrzucimy ją łajnem? Idźcie po łajno!”), rzuca statystowanie, bo już lepiej czyścić toalety. Rozsypuje się także jej przyjaźń z Andym, który przedkłada sławę nad wszystko i udaje się do Domu Wielkiego Brata dla Celebrytów.

Co mnie bawi do łez, to że właśnie wielkie nazwiska (m.in. Patrick Stewart, Kate Winslet, Orlando Bloom, Clive Owen, David Bowie, Daniel Radcliffe czy George Michael, jak jeszcze żył) są statystami w serialu, czasem w doskonałych rolach samych siebie, tylko przejaskrawionych (uwielbiam odcinek z Orlando i z nastoletnim Radcliffem). Gervais, który jest współautorem (wraz z Merchantem) scenariusza, doskonale parodiuje manieryzm i klasizm środowiska aktorskiego, nie wahając się szydzić również z siebie. Całość, włącznie z pełnometrażowym odcinkiem specjalnym zamiast sezonu 3, bawiła mnie do łez.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek lipca 2, 2019

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Skomentuj


Monica Ali - Brick Lane

Nazneen, nastolatka z bengalskiej wioski, zostaje przez ojca wydana za mąż za starszego o dwadzieścia lat mężczyznę, żyjącego w Londynie. Mimo że nie zna angielskiego, jedzie do Londynu i w zasadzie zostaje zamknięta w domu, bo to mąż zarabia, a jej nie wypada samej wychodzić. Tęskni za Hasiną, siostrą, która wybrała ucieczkę i wyjście za mąż z miłości, narażając się na rodzinny ostracyzm. Narracja nieszczęśliwego londyńskiego życia Nazneen i jej stopniowego dojrzewania przeplatana jest niegramatycznymi listami od Hasiny, w których ta druga odbija w lustrze optymistyczne opowieści siostry (“żeby się nie martwiła”) oraz opowiada o życiu “wolnej kobiety” w Bangladeszu. Chani, mąż Nazneen, jest dość niechlujnym grubasem, z wyższym wykształceniem, na każdym kroku wygłasza pouczające przemowy i czuje się poniżany koniecznością pracy z ludźmi gorszymi od siebie. Całe życie podporządkowuje powrotowi do Bangladeszu, który jest w jego wspomnieniach krainą o wiele piękniejszą od Anglii i miejscem, gdzie byłby o wiele bardziej doceniony. Mimo początkowej niechęci Nazneen, która szczerze mężem pogardza za jego niezdarność i pyszałkowatość, związek między nimi trwa przez lata mimo tragedii, która ich spotyka i wielu przeszkód (również spowodowanych przez samą Nazneen).

Historia jest dwupłaszczyznowa - współczesne (lata 90.) życie emigrantów w Londynie kontrastowane jest ze światem bengalskiej prowincji ze wspomnień Nazneen. Początkowy różnica między strasznym, nieprzyjaznym, nieznanym światem zimnych londyńskich ulic (ograniczonych do dzielnicy muzułmańskich ekspatów), szarych i niebezpiecznych a zielonymi, bezpiecznymi żyznymi ziemiami dookoła wioski, z czasem zaczyna być coraz mniejsza. W redukcji kontrastu pomagają listy od siostry, która zwierza się z biedy, trudności niskopłatnej pracy szwaczki, doświadczanej przemocy (również seksualnej) czy wreszcie rzuca światło na trudne losy matki obu kobiet. Na doświadczenia wyrwanej i przesiedlonej Nazneen nakładają się już całkiem przeciwne odczucia jej córek, zmuszanych przez ojca do kultywowania obcych im zwyczajów i w pewnym momencie stających przed koniecznością “powrotu” do rodzinnego kraju.

#43 + ponownie przeczytane #44 Piąty elefant i #45 Straż nocna.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lipca 1, 2019

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, beletrystyka, 2019 - Skomentuj


Catch 22

Jeden z komentujących pod notką o książce Hellera narzekał na brak spójnej fabuły. Serial daje na to rozwiązanie złe i dobre. Złe dla fanów, bo usuwa zabawę z czasem i perspektywą na korzyść rozwiązania dobrego, czyli linearnej opowieści o przypadkach Johna Yossariana, żołnierza z przypadku, którego na każdym kroku ktoś chce zabić. Każda akcja, podejmowana przez Yossariana, żeby wydostać się z wojska i żeby wreszcie wszyscy przestali do niego strzelać, skutkuje tragedią - zwiększeniem liczby misji, utratą samolotów (i załóg) czy śmiercią jego przyjaciół (w tym dość komiczną, acz tragiczną wizytą majora de Coverley w Bolonii). 6 odcinków pokazuje fabułę znacznie okrojoną w stosunku do książkowego pierwowzoru, ale wystarcza to do pokazania idiotyzmu wojska, brutalności wojny i bezsensu akcji militarnych, prowadzonych - jak w dobrze naoliwionej korporacji - żeby dać ludziom pracę, a nie z realnej potrzeby.

Bardzo dobra obsada - doskonały Clooney w roli Scheisskopfa, epizodycznie Hugh Laurie (de Coverley) i mnóstwo młodych, nieopatrzonych aktorów w rolach żołnierzy, co dodawało dodatkowego smaczku, przenosząc wiek głównych bohaterów raczej w okolice wczesnej 20. niż książkowej 30. (niewinność, naiwność). Niektóre wątki zniknęły z serialu (Joe Głodomór), niektóre zostały znacznie złagodzone (np. machinacje finansowe Milo są raczej slapstikowe, a zbombardowanie bazy ma wymiar tylko materialny), niektóre - jak śmierć kolejnych żołnierzy - są pokazane z nasyceniem fizjologicznością. To serial wizualnych kontrastów - amerykańskie uśmiechy zwierzchników, rozpryskująca się krew, sielska Pianosa z turkusowym morzem i wakacyjnym słońcem, groza ludzi stłoczonych w małych śmierdzących samolotach, z których mogą już nie wyjść. W zestawieniu z książką serial jest uboższy, ale nie uznałabym go za bezwartościowy, chociaż raczej nie do oglądania wielokrotnie (a książkę to bym i owszem, bo czytałam dość dawno).

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela czerwca 30, 2019

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Skomentuj