Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Stanisław Lem - Solaris

Czym lub kim jest Obcy na Solaris - inteligentnym oceanem, blobem generującym losowe zdarzenia, które tylko do złudzenia przypominają rzeczy, jakie obserwują badacze, bogiem czy wreszcie wysoce rozwiniętą jednoosobową cywilizacją, którą eksperymentuje na ludziach - to się nie wyjaśnia, mimo mnóstwa literatury, zacytowanej przez narratora w ciągnącej się przez całą książkę ekspozycji[1]. Narrator, Kris, przylatuje na Solaris jako kolejny członek ekspedycji. Na miejscu zastaje chaos, jeden z badaczy nie żyje, pozostałych dwóch bunkruje się w swoich kwaterach i jest z nimi słaby kontakt. Szybko okazuje się, dlaczego - “coś” tworzy realnie wyglądające fantomy na bazie utajonych wspomnień mieszkańców stacji. Zmarły Gibarian prawdopodobnie ostatnie chwile spędził z wielką czarną kobietą, zaś Kris dostaje towarzystwo Harey, swojej narzeczonej, która 10 lat wcześniej po kłótni popełniła samobójstwo. Wie, że to nie ona, jej wspomnienia są tak naprawdę jego wspomnieniami, sukienka nie ma guzików, ale to byt czujący i uczący się, który cierpi, kiedy oddala się od swojego człowieka.

Pada tu dużo pytań - co robić z fantomami, czemu powstały, jaki jest ich wpływ na bohaterów (tu mamy tak naprawdę tylko punkt widzenia Krisa, a nie pozostałych badaczy), co jest realne, a co nie, czy krótkotrwałe miraże rzeczywiście istnieją - ale dla mnie to przede wszystkim odkrywcze podejście do kontaktu z czymś na tyle odmiennym, że nieogarnialnym. Nie darmo pojawia się tutaj pojęcie ułomnego boga, istoty wszechmogącej, która nie jest w stanie wyjść poza swoje ograniczenia i z pozyskanych od ludzi wspomnień buduje fantomy, w założeniu jako nagrodę, ale postrzegane jako kara przez ludzi. Autor dość cynicznie podsumowuje też granice ludzkiego poznania: “Tymczasem, tymczasem to nie chcemy zdobywać kosmosu, chcemy tylko rozszerzyć Ziemię do jego granic. Jedne planety mają być pustynne jak Sahara, inne lodowate jak biegun, albo tropikalne jak dżungla brazylijska. Jesteśmy humanitarni i szlachetni, nie chcemy podbijać innych ras, chcemy tylko przekazać im nasze wartości i w zamian przejąć ich dziedzictwo. Mamy się za rycerzy świętego Kontaktu. To drugi fałsz. Nie szukamy nikogo oprócz ludzi. Nie potrzeba nam innych światów. Potrzeba nam luster”.

Obejrzałam też klasyczną ekranizację Tarkowskiego, nie zachwyciła z dwóch względów - po pierwsze jest absolutnie niezrozumiała bez lektury książki, po drugie sztafaż - siatkowe podkoszulki, skórzane kurteczki i obraz Bruegela na stacji kosmicznej (nie wspominając o marmurowych popiersiach). I dłużyzny, bo to ta szkoła, co to walkę wewnętrzną bohatera pokazuje, filmując przez kilka minut przyrodę. Oraz obowiązkowo półnaga Harey, bo nic tak nie pokazuje najlepiej wskrzeszenia fantoma, jak goły biust pod mokrą koszulą. Czy ja chcę ekranizację Soderbergha?

[1] Jakkolwiek doceniam geniusz pomysłu autora, tak forma książki się zestarzała. Jest zwyczajnie nudna, przebijanie się przez kolejne cytowane pozycje biblioteki Solaris mnie zmęczyło i nie dawało radości odkrywania. Może jestem plot junkie, ale dałoby się to zgrabniej napisać teraz. Taki Mieville potrafi bez didaskaliów.

Inne tego autora.

#105

Napisane przez Zuzanka w dniu Saturday November 29, 2025

Link permanentny - Tagi: 2025, panowie, sf-f - Kategoria: Czytam - Skomentuj

« Jadwiga Wojtyłło - S.O.S. - Saloniki - śladami Bizancjum i nie tylko »

Skomentuj