Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu


Szefowie wrogowie

Był taki doskonały polski film "Trójkąt bermudzki" (a wcześniej równie świetna książka Jonathana Trencha "Wieczór przy Oak Lane"), w której trzech (pięciu) znajomych umawia się, że sprzątną wzajemnie swoich wrogów, zapewniając sobie samym niezbite alibi. I taka mniej więcej jest treść tego filmu, tyle że to amerykańska komedia z gwiazdorską obsadą. Gwiazdy ograniczają się do tych złych - demonicznego i poniżającego podwładnych Kevina Spaceya, sprytnej nimfomanki-intrygantki Jennifer Aniston i napakowanego buca Colina Farrela (i chociażby dlatego warto film obejrzeć, bo ma łysinkę i zaczeskę), a reszta to czasem zabawna, czasem mniej komedia pomyłek. A to jeden z bohaterów zamiast zabić wroga drugiego ratuje mu życie, a to drugi zostawia w przeszukiwanym mieszkaniu (a potem miejscu zbrodni) swoje DNA na przyborach łazienkowych, a to któryś z kolei, świadek morderstwa, ucieka z miejsca zbrodni przekraczając prędkość i daje się nagrać fotoradarem; nie wspominam już o znalezieniu specjalisty od mokrej roboty za 200 dolarów z ogłoszenia w gazecie ("myślałem, że to promocja"). Niespecjalnie wyrafinowana rozrywka, ale na bezrybiu wystarczy.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek listopada 8, 2011

Link permanentny - Kategoria: Oglądam - Komentarzy: 1


Graffiti Bridge

Drugiej części opowieści o Kidzie brakuje chyba wszystkiego - zwalających z nóg hitów, pokazywania zgrabnej kobiecej piersi, sugestii pożycia intymnego, napięcia, dramy, a mimo to jest chyba lepszym filmem niż Purple rain. To dalej jest pretekstowa fabuła, przetykana teledyskami, ale udało się stworzyć jakąś magię, może i kartonową (bo tytułowy graffiti bridge jest tak boleśnie studyjny, że wygląda jak żywcem wyjęty ze scenografii sitcomowej), ale magię. I nawet mniej mnie raziły przeplatające tę magię sceny z Morrisem, który nieodparcie przypomina mi połączenie Gliniarza z Beverly Hills z lemurem z Madagaskaru; ba, czekałam na nie (scena z pokazem machismo, polegającym na publicznym jedzeniu ostrych papryczek w zalewie - profesjonalna). Muzyka mnie nieco rozczarowała, jednak. Bo to całkiem przyzwoity i dość jednorodny funk, ale bez czegoś, co sprawia, że stopa wybija rytm, a w żyłach krążą nuty.

Kida zostawia dziewczyna, bo Kid zamiast zapewnić jej byt i pracę w swoim klubie, woli, żeby panna się nim zajmowała. Demoniczny Morris chce przejąć klub w połowie należący do młodego i utrudnia mu życie. Kid ze swoim mikro-motocyklem wzdycha do nowej panny, która malowniczo rozłożona przy malowanym mostku szepcze swoje zmysłowe wiersze[1], chociaż ogólnie jest aseksualna. Morris nie wzdycha, tylko podjeżdża drogim autem i pobiera pannę, Aurę, do swojego klubu, gdzie ochocze podlewa ją alkoholem, żeby była łatwiejsza. Plan po części się udaje, bo staje się na tyle łatwa, że można ją jedynie przerzucić przez ramię i położyć spać, więc Morris rzuca na nią czar, że zakocha się w pierwszej osobie, którą zobaczy po obudzeniu. Long story short, chłopiec poznaje dziewczynę, zakochują się, dziewczyna ulega wypadkowi, a chłopiec z żalu struga balladkę, dzięki której wygrywa z Morrisem muzyczną walkę i odzyskuje klub.

[1] Aktorka, grająca Aurę - Ingrid Chavez - jest rzeczywiście poetką i ma bloga, m.in. z wierszami.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek listopada 7, 2011

Link permanentny - Kategoria: Oglądam - Skomentuj


Filigrando Cafe & Lunch

Czasem jest tak, że jest jakieś miłe miejsce, ale z różnych przyczyn jest zawsze second choice, mimo że samo w sobie ma wszystko, co trzeba. I tak mam z Filigrando w Starym Browarze - przegrywało najpierw z włoską restauracją w starej części, gdzie dają najlepszą sałatkę z tuńczykiem, a potem z Taste Barcelona, dopóki było. Tymczasem to doskonała kawiarnia Gruszeckiego, z opcją na śniadanie czy lekki lancz. Bagietki na ciepło, jajecznica, śniadania tradycyjne (do wyboru z kiełbaskami, muesli i twarożkiem), doskonała kawa. Lubię też zestawienie prowansalsko-pastelowych ścian w pasy (te dekoracje z pudełek na jajka!) z niepokojącą, prawie lynchowską podłogą w czarno-białą kratę.

I to całkiem fajne miejsce na ukradkową randkę z TŻ w całym środku miasta, zaraz przed kupowaniem szarych mikrorękawiczek z różową aksamitną kokardą i podobnego dresiku w rozmiarze 98 cm.

Wiem, wiem, wpisuję się w kanon odświeżanych kotletów sprzed tygodnia, trudno.

Technikalia:

  • Schody: nie ma, do SB można wjechać pochylniami i windami, tylko czasem trzeba jechać dookoła. W środku dość wąsko.
  • Krzesełka dla dzieci: są, zabawek i kredek nie ma.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek listopada 7, 2011

Link permanentny - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - Tag: stary-browar - Komentarzy: 3


Zen a sztuka puszczania latawca

TŻ jest prawie najbardziej wyluzowaną osobą w domu[1]. Prawie, bo bardziej wyluzowany jest Szarszyk, ale koty wszystkich zostawiają w tej dziedzinie w tyle, więc żaden wstyd. Dlatego też TŻ wozi w bagażniku samochodu latawiec i kiedy tylko mocniej dmuchnie za oknem, spogląda tęsknie i mówi, że może by dziś. I dziś tak. Dobrze robi człowiekowi, jak trzyma w ręku walczący z wiatrem kawałek kolorowego materiału.



[1] Ja mam tak 0.8 Filifionki, więc w ogóle nie biorę udziału w żadnych rankingach.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota listopada 5, 2011

Link permanentny - Kategorie: Maja, Fotografia+ - Komentarzy: 5


Josephine Tey - Bartłomiej Farrar

Latchetts to spokojna posiadłość rodziny Ashbych na angielskiej wsi. Beatrice zwana Bee wychowuje osierocone dzieci swojej siostry - Eleanor, Simona i bliźniaczki Jane i Ruth. Ponieważ Simon niedługo kończy 21 lat, posiadłość i spadek po rodzicach przechodzi na niego, wszyscy szykują się do uroczystości i zmian z tym związanych. I nagle pojawia się uznany za samobójcę brat-bliźniak Simona - Patrick. Wszyscy się cieszą, mimo że przez 8 lat się z nimi nie kontaktował, oprócz Simona - który jako jedyny nie wierzy, że podobny do niego młodzieniec jest jego bratem. I ma rację, bo Patrick, do tej pory znany jako Brat Farrar, oczywiście zaginionym dziedzicem nie jest, został jedynie do tej roli przeszkolony przez chciwego kuzyna żony pastora, którego uderzyło jego podobieństwo do rodziny Ashbych. Tym bardziej dziwne jest zachowanie Simona, który nie chce oszustwa ujawniać, chociaż oszust pozbawia go połowy majątku. Brat wrasta w rodzinę i stadninę, co jest o tyle łatwe, że kocha konie, a rodzina - poza Simonem - niesamowicie sympatyczna. Dodatkowo jest całkiem - mimo uczestnictwa w oszustwie - uczciwym człowiekiem i dociera do niego, że zachowanie Simona nie jest do końca normalne.

Najfajniejszą rzeczą w tej książce jest to, że nie jest to w zasadzie kryminał, tylko pełna ciepła rodzinna powieść obyczajowa o historii pechowej rodziny ze stadniną i małym wiejskim społeczeństwie, w którym wszyscy o sobie wiedzą - z panią sklepikarką, która roznosi plotki, piękną żoną pastora, mądrym i wnikliwym pastorem, dzierżawcami i ich córkami i szkołą dla trudnej młodzieży w okolicy. Taka "Ania z Zielonego Wzgórza" z twistem. Małe siostry Brata - Jane i Ruth - są szczere i zabawne, Bee ("wygląda jak luksusowy kot") lubi sobie strzelić kielicha, a do Eleanor ustawiają się adoratorzy. I na drugim planie kwitnie sobie ten szwindel o majątek i pada pytanie, co się stało z 13-letnim Patrickiem 8 lat wcześniej. I kim jest Brat, którego podobieństwo nie ulega wątpliwości?

Inne tej autorki.

#69

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek listopada 4, 2011

Link permanentny - Tagi: mwa, cwa, 2011, panie, kryminal, klub-srebrnego-klucza - Kategoria: Czytam - Komentarzy: 3


Mgła za oknem

Chciałam odpocząć od morderstw, śledztw i świata przemocy, wyciągnęłam więc wczoraj z półki comfort food dla głowy - "Dolinę Muminków w listopadzie". Do tej pory co roku przechodziłam do porządku nad tym, że Paszczak miał ciężką depresję, że Wuj Truj miał Alzheimera, Filifionka nerwicę, Homek był sierotą spragnionym domowego ciepła, Włóczykij uciekał od siebie, Mimbla nie umie przyznać się do tęsknoty za małą siostrą, a wszyscy podążali do doliny Muminków jak do raju, gdzie miała na nich czekać kawa na werandzie i spojrzenie kogoś bliskiego. W tym roku, kiedy siedząc przy Maju taplającym się radośnie w wanience, głośno czytałam, starając się skorzystać z tego, że delikwentka nie może z wanny uciec i zabrać mi książki, dotarło do mnie, że to może być równie dobrze książka o żałobie. O tym, że mieszkańcy tego pustego, ciemnego i pełnego uśpionych sprzętów domu już nie wrócą, bo nie mogą. Że zostali tylko w myślach tych, którzy przyszli. A ci, co zostali, czekają na próżno i wreszcie wpadają na jedyny sensowny pomysł, żeby wzajemnie dla siebie samych stworzyć namiastkę rodziny Muminków. Żeby przestać tęsknić, zapełnić brak i iść dalej.

Tak, też sobie comfort book znalazłam, wiem. Ale nawet w takim ciepłym i słonecznym listopadzie tęsknię za fotelem na werandzie, za kocem chroniącym przed zimnem, za gromadzeniem w głowie zapasów na zimę. Za możliwością zapadnięcia się we własne myśli, braku poczucia, że trzeba wstać, iść i być gdzie indziej. Zawsze myślę o tym, żeby być gdzie indziej, gdzie lepsze światło i więcej drżenia liści. Ale ciężko tam dotrzeć, bo trzeba się zatrzymać i przejść kawałek, a ja zawsze jestem spóźniona, chociaż kilka minut niczego by nie zmieniło.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek listopada 3, 2011

Link permanentny - Kategorie: Czytam, Fotografia+ - Tagi: 2011, dla-dzieci, panie - Komentarzy: 6


Jo Nesbø - Karaluchy

Po przygodach w Australii Harry leci do Bangkoku, co jest jakąś tam odmianą po piciu kiepsko smakującego piwa i usiłowaniu wykrycia, kto mu zgwałcił niepełnosprawną siostrę. Na miejscu jest gorąco, dziwnie, egzotycznie i to trochę pozwala Harry'emu zapomnieć.

Zginął ambasador Norwegii, znaleziono go w jednym z moteli-burdeli, kiedy czekał na prostytutkę. Harry ma wykryć sprawę tak, żeby w prasie nie było skandalu. Niestety, nie pomaga w tym zawartość aktówki dyplomaty, w której leżą kompromitujące zdjęcia kogoś, kto korzysta z nierządu nieletnich. Harry łatwo nawiązuje kontakty z barwną i pomysłową lokalną policją, łatwo też wpada na bandyckiego Chińczyka z Mandżurii, który go poniewiera w celu zaprzestania przez niego śledztwa. Harry nie zaprzestaje, tylko chodzi i gada, a w efekcie po trupach dochodzi do wyjaśnienia kilku, a nie tylko jednego, morderstw.

Dalej wolę spójną i zaplanowaną podwójną trylogię z Oslo, tu jeszcze brakuje spinania się wszystkich wątków, za to na początku pojawia się występujący później Waaler, już w charakterze wroga. Dużo, nawet za dużo makabry, szczegółowych opisów mordowania i detalicznego wyjaśniania tortur. Niepotrzebne poniewieranie siostry Harry'ego i takie trochę sprawdzanie, ile jeszcze biedny policjant jest w stanie znieść i jak bardzo go można skrzywdzić.

Inne tego autora tu.

#68

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek listopada 3, 2011

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2011, kryminal, panowie - Skomentuj


Ezoteryczny Poznań

Jest takie miejsce na Wildzie, które przypomina Genewę - małe, szare, brukowane uliczki, kamienice, droga w górę, droga w dół, podwórka, przez które się przechodzi na place, gdzieś z tyłu za światem i frontem domu. Niestety, tu się kończą podobieństwa, bo na Wildzie uliczka obok mini-skwerku między dwiema ukośnie postawionymi kamienicami prowadzi tylko na pół dziki, ale płatny i czynny 24h parking, na którym z budki wybiega wściekły szary człowiek i zaczyna opieprzać nas za wjazd na parking. Że państwo bez pytania, że sami sobie wybrali, gdzie stanąć, no patrzcie, no. Że potrącili słupek, którego nie było zza maski widać, bo wjazd pod górkę. Że co sobie pan w ogóle wyobraża, że tak wjeżdża. Kłóci mi się to nieco z ideą parkingu i frontem do klienta, ale może dlatego, że rzadko na Wildzie bywam.

Skończyło się tak, że pan się obraził i nie chciał od nas pieniędzy za 15 minut parkowania, jakich potrzebowaliśmy, żeby kupić mielone w "Prosiaczku". Nie rozumiem, prawda?

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek listopada 1, 2011

Link permanentny - Kategoria: Moje miasto - Komentarzy: 9


Now it's all Hallows Eve - the moon is full

... Will she trick or treat - i bet she will.

Do drzwi zapukało pięć nastoletnich panien, przemalowanych na zombie (1) i na gotyckie lolitki-wampirzyce (4). Tym razem byłam przygotowana, pomna amerykańskich horror stories miałam zapas słodyczy foliowanych firmowo (bo w domowych wypiekach mogą być żyletki). Maj jeszcze nie robił obchodu dzielnicy w celu pozyskania walorów cukierniczych, ale nie widzę problemu w tym, żeby za rok-dwa zrobić obchód po znajomych domach. Zdecydowanie wierzę w radość zabawy maluchów w kostiumach dyń, piratów, wróżek i biedronek. Na razie ze słodyczy wygrywają jelly belly i czekoladowe wafelki, a pracowicie upieczone przeze mnie paluchy wiedźmy moczę sobie w herbacie brzoskwiniowej.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek października 31, 2011

Link permanentny - Kategorie: Maja, Fotografia+ - Komentarzy: 6