Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Informacje dla Moje miasto

Instapoznan Photowalk - Collegium Altum

[11.08.2017]

Pogoda nie dopisała - po słonecznym poranku tuż przed rozpoczęciem sesji w Collegium Altum, jednym z najwyższych budynków Poznania - zachmurzyło się, ale nie tak ładnie, że obłoczki, ale na szaro-buro i zaczęło padać. To wpływało tylko na widoczność, bo na galeryjce 18. piętra nie padało, a dodatkowo było upiornie duszno i gorąco. Słońce wyszło po godzinie, dziękuję bardzo, ale proszę popracować nad timingiem.

Oba razy - pierwszy i jedyny - byłam w budynku Akademii Ekonomicznej chyba w 1996 roku, na studenckiej imprezie, która odbywała się na działającej wtedy kawiarni na jednym z wyższych pięter budynku. Nie pamiętam opcji wyjścia na powietrze, widoki można było przez szybkę. Galeryjka, którą krążyliśmy dookoła budynku, to kratownica; udało mi się wyłączyć poczucie, że za chwilę spadnę, może dlatego, że starałam się przede wszystkim unikać gołębich odchodów, którymi całość - mimo osiatkowania - była gęsto usiana. Widoki i klimat nieustająco niesamowite. Do Korony Poznania brakuje mi Bałtyku i wieży telewizyjnej na Piątkowie.

GALERIA ZDJĘĆ. Dodatkowo, jeśli chcecie zobaczyć zdjęcia zrobione przez resztę uczestników, a warto - przejrzyjcie tag #poznajpoznan4 na instagramie.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 17, 2017

Link permanentny - Tag: korona-poznania - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - Skomentuj


Wielkopolska w weekend - Muzeum Sztuk Użytkowych

[5.08.2017]

W ramach leniwej rodzinnej soboty, w upalne sierpniowe przed- i popołudnie przeszliśmy przez Poznań znany i mniej znany. Po śniadaniu w Republice Róż (nieustająco polecam) zdążyliśmy na południowe Koziołki na Ratuszu, gdzie - wśród zwyczajowych tłumów - po raz pierwszy słyszałam, że rozentuzjazmowana publiczność klaszcze na widok figurek jak nie przymierzając w Ryanairze (również polecam, acz wcześniej nie słyszałam, żeby ludzie klaskali). Maj zaciągnął nas przy okazji do Fotoplastikonu w Galerii Arsenał, gdzie za 10 zł (bilet rodzinny, indywidualne taniej) przez chyba 20 minut przekrzykiwaliśmy się, jaką akurat dioramę z pamperkami Lego kto widzi (gorąco polecam, mój ulubiony był nurek w słoiku z kiszonymi). Po krótkiej wizycie w kościele Franciszkanów, gdzie Maj ze zblazowaniem bywalca objaśnił nam, jakie są obrazy na suficie, że smok przy ołtarzu i organy na galeryjce ("bo my tu byliśmy na półkoloniach i ja wszystko pamiętam"), dotarliśmy do Muzeum; cały czasu oczywiście poruszaliśmy się w obrębie Rynku, więc nie były to jakieś dramatyczne odległości, w końcu to letnia leniwa sobota.


(Koziołki)

(Kościół Franciszkanów)

Sztuka użytkowa (z frazami-wytrychami "estetyka" i "funkcjonalność") to chyba moja ulubiona dziedzina sztuki. Muzeum nie jest duże - w sumie dwa piętra plus dodatkowa mała sala w piwnicy, ale dobrze pomyślane i pełne takich fajnych i ciekawych rzeczy. Ubrania, biżuteria, meble, naczynia (sporo sakralnych, ale też i sporo takich codziennych) ładnie poukładane, dobrze opisane (czasem etykiety na gablotce, czasem wirtualna galeria na standzie) i dobrze oświetlone; co najlepsze - sporo rzeczy można dotykać, wziąć do ręki albo przymierzyć, sala z ubraniami była hitem. Niechcący Maj został bohaterką sesji zdjęciowej "nos-ręka" przy zgadywance z wiktoriańskimi zapachami, zgadłam mncnpu eóżnal, zvtqnłbjl nie przypominały nic, a xjvng cbznenńpml coś, ale zupełnie nie do skojarzenia (idźcie wąchać!). Bardzo miłe, kompaktowe muzeum, a do tego wieża widokowa, tego nie warto opuścić, zwłaszcza że w cenie biletu (a we wtorki darmo).


(Muzeum Sztuk Użytkowych)

Na koniec weszliśmy do Cafe Szop, gdzie tym razem były tłumy, a szop został aresztowany na zapleczu za nielicencjonowaną próbę opuszczenia lokalu (poprzednio spał przy routerze), więc ostatecznie wylądowaliśmy w Republice Cacao na kawie, lodach i cieście czekoladowym (jeden kawałek na trzy osoby, a i tak nie daliśmy rady).


(Republika Cacao)

(Cafe SZOP)

Adresy:

GALERIA ZDJĘĆ oraz archiwalnie o tym, że MSU w remoncie (2011) oraz po otwarciu wieży widokowej (2015).

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 13, 2017

Link permanentny - Kategorie: Maja, Fotografia+, Moje miasto - Komentarzy: 3


Instapoznan photowalk - Okrąglak

[22.07.2017]

Kiedy przyjechałam do Poznania w latach 90. (wiem, wiem, ludzie, którzy wtedy się urodzili, dziś są już pełnoletni), Okrąglak był już u schyłku świetności. Na czterech piętrach mieściły się sklepy o różnym stopniu ekskluzywności, winda z windziarką była ciemna, podobnie jak betonowa klatka schodowa, ogrodzona powyżej 4 piętra. Potem, jak już zniknęły sklepy, stał, szary i zawsze dość brudny, relikt przaśnego i nijakiego PRL-u. Tu wstaw fast-forward do współczesności - wyremontowany Okrąglak to platoniczny obiekt westchnień wszystkich zafascynowanych architekturą. Platoniczny, bo mimo istnienia tarasu widokowego na najwyższym piętrze, wstęp do budynku mają tylko pracownicy firm mających w nim siedzibę. Oczywiście, if there's a will there's a way i dzięki spacerowi zorganizowanemu przez Instapoznan miałam okazję wjechać windą na górę i zejść najpiękniejszą klatką schodową w Poznaniu. Czy bolały mnie łydki? Owszem. Czy żałuję? Ależ!

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek lipiec 27, 2017

Link permanentny - Tag: korona-poznania - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - Komentarzy: 1


Pojechali na wakacje (2)...

... wszyscy nasi podopieczni, co to wymagają w restauracji rosołu, kotleta i frytek bądź ziemniaka, więc korzystając z okazji przeszliśmy się po tych miejscach, co serwują z zupełnie innej gamy smakowej.

Bar-a-boo (Taczaka 11/2) - bardzo przyjemna pizza na cienkim cieście, niezły makaron, przyjemnie w środku nawet w upalny dzień. Tłumy, dość długo się czeka na jedzenie. Da się usiąść w bramie, do środka lokalu wchodzi się po schodach.

HumHum (Ostrówek 15) - wybieraliśmy się tam kilkukrotnie, ale zawsze odbijaliśmy się od braku stolików. Nawet w środku tygodnia i mimo chłodnego wieczora czekaliśmy dość długo na potrawy, ale - nie ukrywam - było warto. Kuchnia libańska, aromatyczna, bogata, mnie wyjątkowo smakowała kiszona rzepa, TŻ chwalił dobrze przyprawioną keftę i korzenny sos. Uroczo szczery kelner ("jak Pani chce dobre wino, to jednak polecam wybór innego lokalu") zaskoczył nas nieco informacją, że ceny w menu nieaktualne, więc drożej. I tak warto (chociaż ceny z tych wyższych), ale trochę niemarketingowo. Można jeść przy stoliku na ulicy (Śródka zapewnia widoki przepiękne), do środka kilka schodków.

Niezły Meksyk (Różana 15) - malutka restauracja z małym menu, niekoniecznie aż tak fastfoodowym, jak wygląda. Rzetelnie meksykańskie przyprawy, duże porcje, serwowane na papierowych tackach, które można złożyć i zabrać nawynos do domu, jak się nie zje. Kilka schodków w dół, zamawia się przy barze, więc mimo opcji zjedzenia przy stolikach na ulicy wśród soczystego klimatu Wildy, trzeba się pofatygować do środka. Chili con carne świetne, różne smaki sals - o smaku mango doskonała.

Nocny Targ Towarzyski (Kolejowa 23) to impreza cykliczna (zwykle od czwartku do niedzieli), z foodtrackami i aranżowanymi na miejscu standami różnych kawiarni i restauracji. Wprawdzie TŻ poszedł w celu spożywczym (curry z Hatti na Woźnej 13), ale ja poszłam głównie w celu patrzenia (no dobrze, nie że nie podjadałam tego curry, tak?). Stara hala PKP, cegła, częściowo zrujnowane budynki - czego nie lubić. Nie przejrzałam asortymentu spożywczego, bo akurat trafiliśmy na wieczór stand-upu i były tłumy, ale widziałam i mięsnie, i bezmięsnie, naleśniki, lody czy kawa.

GALERIA ZDJĘĆ (Nocny Targ Towarzyski).

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota lipiec 8, 2017

Link permanentny - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - Skomentuj


O piątkach i o ryzyku wchodzenia na klatki schodowe

Piątkowa przygoda jest konsekwencją dwóch czynników - po pierwsze w piątki pracodawca wypuszcza mnie z pracy o 16 w myśl filozofii "get-a-life", po drugie - mamy w pałacu remont, nie ma kuchni w piwnicy oraz przeniosłam się z pierwszego pietra na parter. Wychodzę więc wcześniej z poczuciem, że jeszcze jest dzień, a nie wieczór. Wprawdzie pada i jest szaro, ale wystarczy widok-klucz: otwarte drzwi do secesyjnej kamienicy, żebym na piątkowym asapie przyparkowała samochód gdziekolwiek i poszła w miasto, a konkretnie na klatkę schodową. Nie jest to oczywiście rozrywka bezpieczna, ostrzegam. Klatka schodowa na Wyspiańskiego okazała się oczywiście mieć wszystko, co tylko secesyjna klatka schodowa powinna mieć - witraże, tralki, mozaiki i spiralne schody o skomplikowanym kształcie. Wchodzę na samą górę, bo wiadomo - z góry widać więcej, kiedy wtem łapie mnie skurcz w udzie. Ale taki skurcz, jaki ostatnio mnie złapał w 2006 podczas schodzenia z minaretu w Egerze. Do tej pory mnie udo boli, jak siadam. Posłuchajcie rady ciotki Zuzanki i trenujcie chodzenie po schodach przed wysokogórską wyprawą fotograficzną na secesyjne klatki schodowe Łazarza.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota marzec 11, 2017

Link permanentny - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - Komentarzy: 1


Jak mam czas

... to siedzę i myślę, a jak nie mam czasu, to tylko siedzę. Ale tak uczciwie to najlepiej mi się myśli chwilę przed snem (i w toalecie) i kiedy sobie idę. Jeśli idę sama, to wiadomo - idę i myślę. Jeśli idę z większą grupą, to wlokę się z tyłu (zwykle dlatego, że zostaję w celu zrobienia zdjęcia) i mam przemyślenia. Szłam sobie dzisiaj na jogę i przyznam, że dość ożywcza nawet była subtelna uwaga rzucona przez dwóch niezbyt świeżych i niezbyt trzeźwych panów treści "Te, lala, nie biegnij tak, bo ci się mleko zwarzy" (normalnie jak we wczesnej podstawówce). Dzisiaj miałam przemyślenia natury ogólnej o tym, że człowiek się zmienia.

Od zawsze się rozglądałam, bo sam proces chodzenia mnie nie satysfakcjonował. Kiedyś, kiedy nie miałam własnego domu, zaglądałam ludziom w okna. Z taką trochę zazdrością, trochę żeby zobaczyć, jak żyją. Czy siedzą przy stole, czy mają książki, czy jest tak, jak w innych domach, czy inaczej. I zastanawiałam się, czemu tak jest, że oni siedzą, a ja idę[1]. Czy już przyszli, czy w ogóle nigdzie nie wychodzili. Ostatnio przy tej okazji zauważyłam, że przestałam zaglądać z zazdrością. Zerkam z ciekawością, patrzę na rośliny, meble, ściany, słoiki w kuchni i miny ludzi, kiedy ze sobą rozmawiają. Lubię patrzeć na ludzi zajętych tylko wyglądaniem z okna czy patrzeniem na świat z balkonu. Natomiast z zazdrością zaczęłam rejestrować ogrody. Kwiaty, trawniki, drzewa, huśtawki, sadzawki i skalniaki. Odwieczna tęsknota za kawałkiem ziemi, sianiem i schylaniem się nad bruzdami w polu?

Tylko za kotami rozglądam się z jednakową ciekawością. Dziś widziałam biało-czarnego zadekowanego na sjestę pod krzakiem i trzy szare, uprawiające jakieś tajemnicze kocie zajęcia pod kocim blokiem na Grunwaldzkiej. Jednego spłoszyłam włażąc na trawnik, żeby zrobić zdjęcie anty-gejowskiego graffiti. Nie wiem, co komu homoseksualista szkodzi.

[1] Z kolei, jak jadę pociągiem i mijam domy czy ludzi stojących przy szlabanach, myślę o tym, że to oni są na miejscu i nie muszą nigdzie jechać. W przeciwieństwie do mnie.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek czerwiec 26, 2008

Link permanentny - Kategorie: Koty, Moje miasto - Komentarzy: 5