Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Informacje dla polska

Witold Gombrowicz - Trans-Atlantyk

Witold Gombrowicz po inauguracyjnym rejsie na transatlantyku Chrobry dobija do Buenos Aires, gdzie zastaje go wybuch drugiej wojny światowej. Ze względu na problem z powrotem bezpośrednio do Polski, żeby za broń chwycić, decyduje się na pozostanie w Argentynie. Krąży między zaprzyjaźnionymi a osiadłymi na obczyźnie rodakami (którzy boją się cokolwiek doradzić, bo może to zagrozić ich pozycji towarzyskiej), poselstwem (gdzie na zmianę Gombrowicz jest odsyłany do innego kraju bądź lansowany jako obiecujący pisarz), spółką handlową trzech wspólników (którzy się nad nim nieustająco kłócą) oraz hacjendą lokalnego bogacza-homoseksualisty Gonzala (który usiłuje za pomocą Witolda zaciągnąć do łóżka młodego i atrakcyjnego Ignacego, syna Tomasza). Witold: uczestniczy w bankiecie, chodzi z Gonzalem (opowiadającym o ciężkim ale i upojnym życiu homoseksualisty), organizuje pojedynek, zostaje wciągnięty w sado-masochistyczny związek Ludzi z Ostrogami, obserwuje kulig (bez śniegu) oraz o mało co nie jest świadkiem uzasadnionego morderstwa ojca przez syna bądź syna przez ojca. WTEM książka się kończy i następują przedmowy, posłowia i krytyczne dodatki dla tych, co nie zrozumieli.

Czyli dla mnie. Jestem czytelnikiem a) niewyrobionym, b) niezbyt wytrawnym, co sam autor sugeruje w jednej z licznych przedmów/posłowi. No nie jestem w stanie wyłuskać treści obudowanej niestrawną dla mnie warstwą formalną. Doskonale rozumiem większość warstw ponadfabularnych (a to że zjadliwa satyra na sarmatyzm u progu drugiej wojny światowej, a to że konflikt pokoleń, a to że konieczność współczesnego zredefiniowania patriotyzmu, a to że chęć zaszokowania wątkami homoseksualnymi czy nawet cel stylizacji językowej), ale w dalszym ciągu jest to okropna, przestarzała rzecz, mogąca podniecić czytelniczo chyba tylko teoretyków literatury. Odkrywcza zapewne w latach 50., teraz boleśnie męczy (przy słuchaniu, bo w życiu bym jej nie przeczytała).

#26/#6

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek kwiecień 16, 2018

Link permanentny - Tagi: polska, panowie, beletrystyka, 2018 - Kategorie: Słucham (literatury), Czytam - Skomentuj


Maciej Płaza - Robinson w Bolechowie

Historia, która prowadzi do Bolechowa, miasteczka podzielonym na część z pałacem (tę "lepszą") i z PGR-em (tę "gorszą"), rozpoczyna się w czasie II wojny, kiedy to ostatni hrabia z Bolechowa decyduje się uratować przed wojskami w czarnym mundurach swoje zbiory. Z pomocą syna ogrodnika, Stefana, i kilku wiernych pracowników, zamurowuje dzieła sztuki w pałacowej oranżerii; nie budzi to zachwytu najeźdzców. Zbiory przeżywają wojnę, a Stefan - oddając je nowemu polskiemu państwu - uzyskuje dla siebie posadę kustosza, ma też nadzieję, że jego córka - Łucja - będzie kontynuowała jego pracę. W życie Bolechowa wplata się drugi wątek - wypuszczony z ciężkiego więzienia Kamieniarz, milkliwy i ciężko doświadczony fachowiec, osiedla się opodal pałacu, zakłada rodzinę, ale jest obok wszystkiego, nie budząc zaufania u nikogo. Nieślubny syn Łucji, Robert - zgodnie z rodzinnym etosem - raczej unika okolic warsztatu, ale jest zafascynowany starszą córką Kamieniarza, Urszulą.

Na tej podbudowie rozwija się talent malarski Roberta, który opuszczając dziadka i matkę, rozpoczyna szybką karierę w transformujących latach 90. XX wieku. Odkryty w Poznaniu, po wymiernym sukcesie finansowym, wraca jednak przy każdej okazji do Bolechowa, bo to właśnie obrazy z rodzinnego miasteczka przynoszą mu sławę. Fascynacja Urszulą nie znika, maluje ją potajemnie (a z niedopowiedzeń wychodzi, że nie tylko maluje), również w tajemnicy przed pozostawioną w Poznaniu narzeczoną. Obserwuje upadek post-pereelowski na dwóch frontach: nieudaną transformację opartej na PGR-ze wsi i rozkład przemysłu, który kwitnące tereny Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego oddaje w ręce deweloperów, wyrzucających z nich robotników, artystów i skłoterów. Od zmian bardziej interesuje jednak Roberta tajemnica jego matki, która odmawia wyjaśnienia, kim był jego ojciec.

W głębi duszy oczekiwałam jakiejś kontynuacji Skorunia, skoro tak świetnie autorowi wyszedł. A tu nie - niespodzianka. Na najbardziej ogólnym poziomie to kolejna książka o dorastaniu, ale też o dialogu (a konkretnie nieumiejętności przekazywanej z pokolenia na pokolenie). Narracja w powieści jest dość trudna, bo ma wielu narratorów - Łucję, Roberta i unoszącego się, niewidocznego świadka wydarzeń, w których narracji nie miał kto przeprowadzić. Nie jest też łatwy język, ale jakże ładny - zdania się smakuje, czyta kilkakrotnie nie tyle dla złapania sensu, ale dla ucieszenia się jakością słów. Fabuła jest luźno wokół tych słów opleciona, czasem coś umyka, czasem coś potraktowane jest zbyt zdawkowo (motyw ucieczki Roberta i schizoidalnej jazdy po pustyniach USA niespecjalnie do mnie przemówił). Dla mnie cenny jest Poznań Roberta, oglądany z perspektywy malarza; od ponad roku planuję rajd po opuszczonych budynkach ZNTK, może w tym roku się uda?

Inne tego autora tutaj.

#22

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek marzec 30, 2018

Link permanentny - Tagi: polska, panowie, beletrystyka, 2018 - Kategoria: Czytam - Skomentuj


Jakub Żulczyk - Ślepnąc od świateł

Jacek jest człowiekiem kulturalnym, obeznanym ze sztuką, małomównym, ale dużo myślącym. Budzi zaufanie, a to się przydaje w jego fachu - trzeba mieć zaufanie do dilera narkotyków dobrej jakości. Dzień pracy rozpoczyna się wieczorem, bo wtedy rusza ta prawdziwa Warszawa: celebryci rozpoczynają imprezy, kreatywni z wielkich agencji oddychają po kolejnym dniu i muszą rozładować napięcie, znudzone bogate panie domu potrzebują chwili wytchnienia od swojego pustego życia. A Jacek tylko przejeżdża swoim anonimowym, dyskretnym samochodem, nie ocenia, czasem pójdzie na rękę i pozwoli na mały kredyt. Tak się buduje markę. I do pewnego momentu ten cały układ działa - bezpieczna anonimowość, brak innych związków niż handlowe, wsparcie narkotykowej mafii i rosnące zapasy gotówki, która pozwala na opuszczenie tego pustego świata w chwili, kiedy się już praca znudzi. Jacek planuje kilka tygodni w Argentynie, zamierza jeszcze tylko załatwić kilka interesów, zanim wskoczy na pokład samolotu, bo czas przed Bożym Narodzeniem to czas owocny w tym biznesie. Problem w tym, że sytuacja się komplikuje, nagle pojawia się była dziewczyna, która - mimo że okazała się suką - jednak ciągle coś dla Jacka znaczy. Nagle jeden z biznesów nie idzie tak jak trzeba, a krnąbrny dłużnik nie ulega perswazji tak jak powinien.

6 dni, podczas których wpadasz w coraz głębszą studnię, grzęźniesz razem z bohaterem, zaczyna do Ciebie docierać, że Jacek może do końca nie jest tym dżentelmenem-detalistą, za jakiego się podaje; brak snu, coraz większe problemy, zaczynasz się zastanawiać, czy dowieziesz bohatera na lotnisko. Mocna, gęsta proza na gorączkę (doskonale wchodzi przy ponad 38°C). Może irytować maniera wkładania w prozę faz deliryczno-onirycznych, ale - jak wspomniałam - człowiek z podwyższoną temperaturą jakoś to akceptuje; znacznie mniej akceptuje obraz świata, brudnego, bez wyjścia, gdzie można tylko zejść na dno, gdzie każdy jest bandytą lub dziwką. Najgorsze w tym wszystkim jest miasto - gnijące, aktywujące się nocą, nie do opanowania. W warstwie językowej - świetna książka, pół internetu obsiane jest cytatami; podziwiasz bohatera, doceniasz jego erudycję, tyle że w pewnym momencie łapiesz się na tym, że to wszystko lukier, a pod spodem pozostaje sam brutalizm mafijnych porachunków, o którym autor wie zaskakująco wiarygodnie dużo.

#11

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota luty 10, 2018

Link permanentny - Tagi: polska, panowie, beletrystyka, 2018 - Kategoria: Czytam - Skomentuj


Kamil Fejfer - Zawód. Opowieść o pracy w Polsce. To o nas

Wielką fanką ironiczno-depresyjnego profilu Magazynu Porażka na Facebooku będąc, nastawiłam się chyba na coś innego niż 10 felietonów o tym, że w zasadzie wszędzie w Polsce jest kijowo pracować. Owszem, jest coś złowrogo nie tak, że pracownik naukowy z dorobkiem zarabia mniej kasjerka w markecie (i równie złowrogie jest to, że za ciężką pracę kasjerki również nie ma sensownego wynagrodzenia, które pozwala zasypiać bez strachu i mieć oszczędności), że udawanie etatu przez umowę-zlecenie bądź jednoosobowądziałanośćgospodarczą nie jest chronione prawem pracy (#BTDT, dwie niezapłacone faktury), a celem korporacji jest wyżęcie z pracownika wszystkiego, co wymagane, mamiąc go wizją awansu i kartą Benefit. No jest źle. Niestety, nie ma recepty na to (poza wyjazdem za granicę, gdzie z kolei nikt człowieka nie tytułuje kierownikiem i nie ma kolegów czy rodziny). Nie jest to lektura na depresję, na rosnący licznik odrzuconych (lub - gorzej - pozostawionych bez odpowiedzi) cefałek, niestety, nie jest to lektura na żaden stan ducha, tylko smutny signum temporis.

#10

Napisane przez Zuzanka w dniu środa luty 7, 2018

Link permanentny - Tagi: polska, panowie, felietony, 2018 - Kategoria: Czytam - Skomentuj


Stanisław Lem - Kongres futurologiczny

Sama fabuła opowiadania nie jest skomplikowana - Ijon Tichy uczestniczy w Kongresie Futurologicznym na fikcyjnej Costaricanie; sytuacja świata jest dość ciężka ze względu na niepokoje społeczne, przeludnienie, zatrucie środowiska i zbrojenia, więc coś trzeba przedsięwziąć. Czas na to przychodzi szybko, bo już w trakcie pierwszego dnia obrad wybucha wojna domowa. Ci uczestnicy Kongresu, którzy przeżyli (a dalece nie wszyscy) ukrywają się w kanałach pod Hiltonem, ale nie są bezpieczni - dostały się do nich środki halucynogenne, rozproszone przez pacyfikujące zamieszki oddziały. Tichy zapada się w coraz głębszy ciąg urojeń, z którego nie jest w stanie wyjść - za każdym razem, kiedy się budzi, ma poczucie, że ciągle jest w świecie wirtualnym. Ucieka z kanałów, żeby obudzić się po wypadku w obcym ciele, potem zostaje zamrożony na kilkadziesiąt lat, bo jego psychoza narasta, wreszcie budzi się w świecie idealnym, gdzie za pomocą dobrze dobranej chemii są zaspokajane wszelkie potrzeby ludzkości. Niestety, nie wszystko się Tichemu i w tym świecie zgadza, usiłuje więc i tu dociec, czy środki psychotropowe, na które jest nieustająco narażony, nie maskują czegoś okropnego.

Jakkolwiek opowiadanie było dla mnie dość męczące pod względem językowym (co skądinąd doceniam, bo Lem był genialnym słowotwórcą, ale zabawa w wymyślanie określeń na środki chemiczne różnego autoramentu jednak nuży po kilku akapitach), tak porusza kilka przełomowych (zwłaszcza jak na czas powstania opowiadania) tematów, aktualnych również dziś - czy rzeczywistość wirtualna może być nieodróżnialna od realnej (i jak być pewnym, co się aktualnie postrzega[1]?); czy warto za wszelką cenę dążyć do poznania prawdy, nawet ze świadomością, że jest ukrywana dla naszej korzyści; dokąd zmierza cywilizacja (ze szczególnym uwzględnieniem nadawania rangi rzeczom wirtualnym, szczególnie aktualne w dobie cywilizacji wiecznej autoprezentacji w mediach cyfrowych).

[1] Patrz "Incepcja".

#8/#3

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek luty 6, 2018

Link permanentny - Tagi: sf-f, polska, panowie, 2018 - Kategorie: Słucham (literatury), Czytam - Skomentuj


Anna Cieplak - Lata powyżej zera

2001. Samolot porwany przez terrorystów wbił się w wieżowce World Trade Center, co zmieniło kształt wielkiego świata. Czy miało wpływ na dorastanie w prowincjonalnym Będzinie, gdzie celem życia był wypad po kasetę do walkmana na targowisko? Anita, która kończy szkołę podstawową, dochodzi do momentu granicznego - wyrzuca kasety z dzieciństwa, bo oznaką dorosłości i przemiany jest dla niej (i niektórych rówieśników) nowa płyta Paktofoniki. Jak każda (auto)biografia, to nie książka akcji, prowadząca do jakiegoś spektakularnego fabularnego rozwiązania, ale to nostalgiczna (chociaż pozbawiona kolorów) opowieść o czasach post-PRL: komunikacja statusami na Gadu-gadu, pierwsze ciężkie cegły telefonów komórkowych tylko dla zamożnych, perspektywa "do zakończenia szkoły", bo przyszłość jest absolutnie nieznana, układanie swojego dorastania w kontaktach z dorosłymi.

Nie jest to dokument czy świadectwo pokolenia. Ba, nawet sama bohaterka jest pretekstem do pokazania szerszego tła - 40-letnich "starych", którzy łapią jeszcze resztki młodości (będąc oczywiście śmiesznymi dla swoich dzieci), pierwszych nastoletnich miłości, prób aspirowania do tego, co pokazują zagraniczne seriale czy ilustrowane czasopisma. Co ciekawe, Anita z inteligentnego dziecka wyrasta na na wskroś przeciętną nastolatkę, która podejmuje szereg kiepskich decyzji i ląduje "na zmywaku" bez perspektyw, chociaż "rokowała". Czepiać się mogę otwartego zakończenia, pozostawiającego narratorkę tuż przed otwarciem koperty z informacją, która zdeterminuje resztę jej życia; mimo to czyta się gładko, nawet jeśli nie jest tym pokoleniem (ale ma dobrą pamięć).

#5

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota styczeń 27, 2018

Link permanentny - Tagi: polska, panie, beletrystyka, 2018 - Kategoria: Czytam - Skomentuj