Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Zajecia ósme, czyli samochód w kuchni

Na siódmych było do bólu merytorycznie, poza tym nie w głowie mi były pośmiechujki, bo się martwiłam o kota. Za to wczoraj dowiedziałam się, jak można sobie zasymulować w domu kierownicę i nauczyć się robienia szerokich obrotów metodą 12 - 4 (lewa na dwunastą i w dół, jak dojeżdża do czwartej, to prawa na dwunastą i tak dalej). Do nauki konieczna jest osoba do trzymania i duża pokrywka do garnka, w której da się dość opornie obracać gałką na wierzchu. Trzymacz trzyma gałkę, kobieta kręci kierown^Wpokrywką. Wyjątkowo się nie nabijam.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek czerwca 3, 2010

Link permanentny - Kategoria: Moje prawo jazdy - Skomentuj - Poziom: 3


Serious Man

Film obejrzałam tak z tydzień temu, ale - co się rzadko zdarza - dalej nie bardzo wiem, co napisać. Bo nie rozumiem, o czym jest ten film. Lata 60., żydowski akademicki nauczyciel fizyki, Larry Gopnik, ma problemy w pracy, bo student wciska mu łapówkę za lepszy wynik egzaminu. Do tego ma problemy finansowe, a łapówka sporo problemów by rozwiązała. Żona oznajmia mu, że chce rozwodu, bo sypia z innym. Brat ma problemy z hazardem. Syn podbiera pieniądze na marihuanę, mimo że powinien szykować się do Bar-micwy. Larry wszędzie szuka pomocy - u adwokata, rabina (urocza rola Simona Helberga, szerzej znanego jako Howard Wolowitz), ale jedynym efektem są coraz większe zaległości finansowe. W tle pojawia się jeszcze dość erotyczna sąsiadka i klimatyczna muzyka z epoki. I wszystko się toczy leniwie od zdarzenia do zdarzenia, po czym kończy się znienacka. Miło się oglądało, ale tak zupełnie bez sensu. Po braciach Coen spodziewałam się ciut więcej, a dostałam trochę pogodniejszą wersję "Człowieka, którego nie było".

Napisane przez Zuzanka w dniu środa czerwca 2, 2010

Link permanentny - Kategoria: Oglądam - Skomentuj


Powrót marnotrawnej (2)

Wróciła dziś o 18:55. Czysta, sucha, niegłodna. Poocierała się, miauknęła raz i dwa, dała się obwąchać pręgatym, dziabnęła sobie tego i owego z miski, przyszła na kolana i poszła spać. I śpi.

Nie mam pojęcia, gdzie była kot. Przez trzy dni nie było po niej śladu.

Świat nagle zaczyna składać się z miliona miejsc, do których nie można wejść (garaże, balkony, niezamieszkane posesje, budowy), a w których bez problemu ukryje się kot. Małe osiedle staje się ogromną przestrzenią z setką klatek schodowych.

Opłaca się wieszać ogłoszenia, nawet mimo tego, że wystarczyło to jedno, na drzwiach mojej klatki schodowej.

Nie można wierzyć w ludzką spostrzegawczość. Kot czarno-biały = każdy kot, który nie ma innych kolorów. Nie można też wierzyć w poczucie czasu. W rozmowie ludzie przypominali sobie, że widzieli takiego, ale może w ubiegłym tygodniu.

Trzeba wierzyć w ludzką uczynność. Telefon dzwonił. Zbudowało mnie to trochę. Mogłabym się czepić doboru słów (bo jak usłyszałam "leży tu taki kot jak ze zdjęcia", to serce mi stanęło), ale nie warto. Ważne, że dzwonili.

Warto pytać w urzędzie gminy, co się dzieje ze znalezionymi zwierzętami. U nas odławiane są tylko bezpańskie psy i wywożone do schroniska w Obornikach, nie w Poznaniu. Kotów nikt nie łowi i nie wywozi.

Straż gminna to fajne chłopaki. I najlepsze źródło informacji o martwych zwierzętach w okolicy (tym lepsze, że żadnych nie było), bo to do nich ludzie dzwonią, żeby zabrali.

Warto aktywizować dzieci. I panów złomiarzy.

Mam nadzieję, że nie będę tego powtarzać. Zwiedzenie ogrodu, na który miałam od zawsze ochotę, nie było warte tych nerwów.

I dziękuję za fluidy.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek czerwca 1, 2010

Link permanentny - Kategoria: Koty - Komentarzy: 4


.

Ludzie dorośli są uprzejmi, ale niezbyt pomocni.

Pomocne są dzieci.

Jeden fałszywy alarm, bo kolega pomylił Kokę z chudym, biało-czarnym plamiastym młodym kotem. Spotkałam też tego miłego pręgatego kocurka co poprzednio. Mega przyjacielskie oba. Zadbane, mimo że na oko cały dzień na dworze. Daje trochę nadziei to.

Drugi fałszywy alarm, bo do domofonu zadzwonili Jehowi.

Rozlepiam zrobioną przez siwą ulotkę. Dzwonię do domofonów i wkładam wizytówki do skrzynek na listy. Chodzimy oboje (a nawet we troje) dookoła osiedla i okolicach.

Poszukiwań kota Koki dzień pierwszy.

Dajcie tych fluidów. Proszę. Jest mi tak cholernie przykro.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela maja 30, 2010

Link permanentny - Kategoria: Koty - Komentarze wyłączone


Be-żowe

Mam nadzieję, że B. i G. mi wybaczą, że ujawnię kawałek ich pracowni. Ale, proszę pana, tu wszystko jest ładne.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maja 29, 2010

Link permanentny - Kategoria: Fotografia+ - Skomentuj


It's no secret we're close

Do Poznania przyjechałam w 1995 roku. W ciemno. Czerwiec (a może jeszcze maj? nie pamiętam), upał. Z dwoma podaniami na studia (moim i koleżanki, której imienia już nawet nie pamiętam) i mapą w ręku, na mapie zaznaczone dziekanaty Politechniki Poznańskiej (dla mnie) i Uniwersytetu Adama Mickiewicza (dla koleżanki). Przyjechałam, dokumenty rozniosłam, przeszłam przez Półwiejską, potem w górę Podgórną i Świętym Marcinem. Nie wiem, czy już wtedy poczułam bicie serca miasta, ale nie czułam się obca.

Potem łatwo wrosłam w miasto. Dziś bawi mnie to poczucie świeżej studentki, że wszystko jedno w jaki tramwaj wsiądę, i tak dojadę. Ba, bawi mnie jeszcze bardziej, że to działało. Wszędzie było blisko. Z akademików na Ratajach na Stary Rynek, z Cytadeli na Wilczy Młyn.

Mieszkałam w różnych miejscach, w różnych pracowałam. Lubiłam bardzo tę zmienność, która na krótkich dystansach pozwala mi żyć wzdłuż innych ulic. Okolice mostu Rocha z klasztorem i blaszakiem Politechniki, gdzie stał serwer arrakis; Rataje z bulwarami wzdłuż Warty, na których uczyłam się jeździć na rolkach; Malta z trasą spacerową, którą dwa razy w tygodniu pokonywałam w letnie studenckie wieczory; pawilon PCCS-ów w samym centrum, gdzie pisałam pracę inżynierską i marzyłam o fontannie pod Operą[1]; Wilda z Politechniką, gdzie pisałam pracę magisterską, a potem mieszkałam w kamienicy z meliną[2], kotami podwórzowymi i psiebiśniegami na Pamiątkowej; Łazarz, gdzie pracowałam w nieistniejącej już firmie po części należącej do nieistniejącego już imperium Wprostu[3]; Grunwald z miesięcznym epizodem w roli sekretarki, wstającej do pracy o 5:45; potem Jeżyce i Marcelin; do dentysty od kilku lat jeżdżę na Sołacz. Do tego część miejsc znam z racji prac TŻ-a[4]. Mieszkanie, w którym aktualnie mieszkamy, znalazłam idąc ulicą Libelta z receptami od studenckiego lekarza pierwszego kontaktu w przychodni na Niepodległości.

Lubię moje miasto. I lubię robić zdjęcia. I tak pomyślałam, że trochę mi się marnują na dysku i w dawno nie oglądanych albumach te, co to już je zrobiłam . To przewietrzę, nie?

Zapraszam. Tędy do http://py-ro-mantic.blogspot.com. Będzie więcej, mam nadzieję.

[1] Marzyłam, bo zawsze spieszyłam się do pracowni komputerowej. Nie że pracę pisać, tylko już wtedy byłam uzależniona od Internetu.

[2] Melina mieściła się w rogu podwórka, dawało się banknocik, a ktoś z okienka wydawał butelkę zatkaną gałgankiem. A którejś soboty, idąc na rynek Wildecki, widziałam kawałek konkursu "Kto wyżej nasika na bramę".

[3] Najpierw za rynkiem Łazarskim, potem na Śniadeckich. Poranny spacer przez park Wilsona był odświeżający.

[4] Taką na przykład uliczkę Zakręt, jedną z najładniejszych w Poznaniu.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek maja 27, 2010

Link permanentny - Kategoria: Moje miasto - Skomentuj


Zajęcia szóste, czyli powrót do korzeni

Prowadząca a propos wczorajszych wykładów o szkodliwości alkoholu uczuliła żony, że mężów trzeba pilnować. I nawet kosztem awantury nie wsiadać z nimi do samochodu, nawet jak mówią, że są trzeźwi, a pili. Stwierdziła, że jest pewna grupa postępowych panów, którzy - jak pisała Iskanna - sami przyprowadzają żony, żeby odwoziły ich po imprezie. I - również jak u Iss - należy pijanego męża sadzać po przekątnej, bo wtedy najmniej widzi i najmniej marudzi. A najlepiej kazać mu iść spać.

Kolejną różnicą między płciami jest to, że mężczyźni zliczają punkty za wykroczenia, a panie - pieniądze. Bo mandat oznacza, że nie będzie na nową sukienkę, torebkę czy buty.

Kobiety muszą się nauczyć sprawnie zawracać, bo to one pamiętają o niewyłączonym żelazku.

I nie warto próbować wyprzedzać czarnych beemek. Przyspieszą złośliwie, zajadą drogę, pokażą gest ręką i takie tam. Bo kobiet nie szanują. I tym optymistycznym - do następnego.

PS Czy poryczałam się na filmiku o wypadku, w którym ginie dziecko? Ależ.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek maja 27, 2010

Link permanentny - Kategoria: Moje prawo jazdy - Komentarzy: 6 - Poziom: 3



Zajęcia piąte, czyli psycholog

Że wódka, wino i co ino przytępiają zdolności. Wiadomo. Pani bardzo sympatyczna, ale opowiadała o tym wszystkim w tonie objawienia. Że jak się wypije wineczka wieczorem, to rano można mieć promile. Że jak się użyje narkotyków, nawet miękkich, to są testy, co wykażą. Że są leki, po których. Plus przykłady z życia. I że ci ludzie, co to ich zgarniają za jazdę pod wpływem, to oni głównie z niewiedzy. I głównie panowie. Takie tam.

Rozbawiły mnie dwie rzeczy. Dziewczę, które - mam wrażenie, że na użytek domowej kłótni - pytało o to, czy to prawda, że jak jej mąż mówi, że może prowadzić po kieliszku wina, to ma rację, czy nie ma? I pani psycholog, wspominająca o kierowcach z syndromem Mad Maksa, stwierdziła, że tak w ogóle to nie wie, skąd dokładnie ta nazwa, ale był taki film z Melem Gibsonem. Ciężki jest żywot człowieka renesansu, który musi objaśniać na kursie pokrótce fabułę klasyki.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek maja 25, 2010

Link permanentny - Kategoria: Moje prawo jazdy - Skomentuj - Poziom: 3


Cougar Town

Zaczęło się zapewne od tego, że w jednym z odcinków "Scrubs" pojawiła się Courtney Cox w roli diabolicznej pani ordynator i od razu zakumplowała się z jędzowatą żoną doktora Coxa, Jordan. Obie panie to ryczące czterdziestki, podrywające w knajpach młodszych mężczyzn (Christa Miller bardziej rycząca, bo ktoś ją skrzywdził botoksem), a że formuła Scrubs się wymydliła, to pewnie twórcom szkoda było tego potencjału marnować i przerzucili je do "Cougar Town", dziejące się w pięknym i słonecznym mieście Sarasota na Florydzie.

Jules (CC) właśnie się rozwiodła z dziecinnym mężem Bobbym, ale pozostając w przyjaźni razem opiekują się prawie pełnoletnim synem Travisem. Jules nie jest przygotowana na to, że świat samotnej kobiety po 40. jest trochę dziwny, trochę straszny. Bardzo boi się, żeby nie dostać etykietki "cougara" (pumy), ale zaczyna ponownie chodzić na randki, usiłując połączyć to z rolą matki.

Ellie ma w miarę świeże dziecko i tęskni za czasami, kiedy była bezdzietną bywalczynią klubów (chociaż nie oszukujmy się - teraz głównie przesiaduje w domu Jules, popijając wino i wygłaszając kąśliwe uwagi). Mąż Ellie, Andy, zazdrości Bobbiemu, który mieszka na parkingu w łódce, ale to są rzeczy, które nie przystoją nawet bardzo infantylnej głowie rodziny. Przynajmniej oficjalnie. Laurie, młodsza współpracowniczka Jules, jest dużą, elokwentną dziewczyną z powodzeniem u mężczyzn, ale niekoniecznie potrafiącą poradzić sobie w nagle dorosłym życiu. Andy, sąsiad Jules, również chwilę temu się rozwiódł i teraz sypia z co noc to inną 20-latką. Kiedy nie sypia, prowadzi bar, w którym się wszyscy znajomi spotykają. W tle pojawia się rasowa puma, Barbara, która komentuje podrywki Jules i emituje swoje poprawione chirurgicznie piersi i brak zmarszczek.

Zaskakująco ciepły, autoironiczny, miejscami niespecjalnie intelektualny, ale zabawny. Godny następca "Scrubs", tyle że pozbawiony szpitalnej dramy i wzruszeń. Jakby nie to, że głównie jest o ryćkaniu, to powiedziałabym, że to serial familijny.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek maja 25, 2010

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Komentarzy: 3