Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

O drugich razach, czyli wokół jeziora Góreckiego

[26.05.2019]

To nie do końca był dzień odwiedzania tych miejsc, w których już byłam, bo o względnym poranku pojechałam zawieźć drożdżowe z rabarbarem i kruszonką na piknik w Komornikach, zasilając szkolną kafejkę. Na pikniku drożdżowe zeszło w ciągu niespełna godziny, a ja pierwszy raz w życiu trzymałam w rękach węża. Zbożowego. Wcale nie są oślizgłe, tylko suche i ciepłe. I wchodzą pod pachę, za to nie lubią włosów. Nie mam żadnych zdjęć, bo się tak podekscytowałam, że zapomniałam.

W Jeziorach bez zmian: jak poprzednio konwalie przekwitły, wycieczka doszła do podobnego punktu, nie docierając do widoku na zameczek, a brama do Muzeum była zamknięta, więc i tym razem nie. Lody w Puszczykowie zaliczone, ale tym razem obyło się bez kleszcza w TŻ-ie.

O poprzednim razie tutaj (2016). Oraz GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela czerwca 16, 2019

Link permanentny - Tagi: jezioro-goreckie, jeziory, wpn, puszczykowo - Kategorie: Listy spod róży, Wielkopolska w weekend, Fotografia+ - Skomentuj


Dobry omen

Z ekranizacjami mam taki problem, że albo są dość dowolne i zmieniające tempo książki/komiksu ("Preacher", "Amerykańscy bogowie"), ale dzięki temu dobudowują coś do świata znanego z literatury, albo są wierne. I jakkolwiek mój wewnętrzny fan cieszy się, że "Dobry omen" został nakręcony wiernie (a to, co mi nieco zgrzytało, to były dodatkowe sceny spoza fabuły[1]), tak jednak wierne ekranizacje są nieco nudne. Nie przeszkadza narratorka (Frances McDormand, anonsowana jako Głos Boga, co nadaje nieco smaczku całości zwłaszcza w kwestii rozumienia boskiego planu przez Azirafala i Crowleya), dostarczając nieco pratchettowskiej warstwy literackiej. Świetnie dobrani aktorzy, moim faworytem jest Tennant (Crowley). Efekty specjalne są bardzo przyzwoite, choć nieco teatralne, co absolutnie nie psuje oglądania. Można bez czytania książki (a o książce tutaj).

[1] Widziałam, że inni chwalili wprowadzenie historii przyjaźni Azirafala i Crowleya, ciągnącej się przez wieki, ale dla mnie był to zapychacz połowy odcinka. Ze zbyt mocną sceną ukrzyżowania Jezusa.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota czerwca 15, 2019

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Skomentuj


Terry Pratchett - Na glinianych nogach

Dwóch starszych mężczyzn - skromny kapłan i kustosz Muzeum Chleba Krasnoludów - zostają znalezieni martwi. Nowy nabytek Straży - krasnolud płci żeńskiej, Cudo Tyłeczek, zajmująca się badaniem śladów - odkrywa, że ostatnim obrazem, zapisanym w źrenicach zmarłego, są płonące oczy golema. Niedługo potem do Straży zgłasza się golem Dorfl, przyznający się do zabójstw. Przez Ankh-Morpork przetacza się fala nienawiści w stosunku do glinianych… nie wiadomo czego - stworzeń, przedmiotów, część z nich zostaje zniszczona, część popełnia samobójstwo. Jednocześnie ktoś truje Patrycjusza Vetinariego, Vimes podejmuje więc szeroko zakrojoną akcję, żeby wykryć, kto za tym stoi i jak to robi. Ponieważ Patrycjusz jest chwilowo osłabiony, ankh-morporkska elite planuje kolejną edycję akcji “A może jednak przywróćmy monarchię”; Marchewa w poprzednich tomach okazał się być zbyt prostolinijny i uczciwy do wywierania wpływu na, więc tym razem pada na Nobby’ego Nobbsa, doskonały materiał na diuka Ankh, nieprawdaż.

Oprócz śledztwa pojawiają się wątki równouprawnienia i feminizmu wśród krasnoludów, którzy zakładają, że kobiety mają takie same możliwości jak mężczyźni, pod warunkiem, że nie można ich od mężczyzn odróżnić. Kiedy Cheri (która zmieniła imię, bo jednak Cudo w zestawieniu z nazwiskiem Tyłeczek nie jest bardzo prestiżowe) używa szminki, lakieru do paznokci, pokazuje kolana i, gasp, instaluje w metalowych butach obcasy, nawet Marchewa jest nieco zdegustowany. Pysznym tematem jest emancypacja golemów, które - otrzymawszy wolną wolę - stają się Trudnymi Partnerami W Każdej Dyskusji. Jako cameo pojawia się Ciut Szalony Artur, przedstawiciel Ciut Ludzi w Ankh-Morpork (i niechętny członek Straży pod koniec tomu).

Inne tego autora tutaj.

#41

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek czerwca 14, 2019

Link permanentny - Tagi: sf-f, panowie, 2019 - Kategoria: Czytam - Skomentuj


Bernhard Schlink - Lektor

Niemcy, lata 50. Piętnastoletni Michael źle się czuje, wymiotuje na ulicy, pomaga mu przypadkowo spotkana pani Schmitz. Po długiej chorobie Michael idzie z kwiatami podziękować za pomoc i zupełnym przypadkiem (“i tak kilkanaście razy”) nawiązuje z 36-letnią panią Schmitz, Hanną, romans. Oprócz tego, co się na schadzkach robi, Hanna prosi Michaela, żeby jej czytał na głos. Miłość trwa kilka miesięcy, po czym Hanna nagle rzuca pracę, wyprowadza się i znika. Michael długo uważa, że to była jego wina, że za mało ją kochał, za mało był jej wierny w myślach. Dorasta, wybiera studia prawnicze i 8 lat później podczas protokołowania sprawy ludobójstwa dokonanego przez strażniczki z obozu koncentracyjnego, rozpoznaje w jednej z nich Hannę. Mieszają się w jego głowie wspomnienia najpiękniejszych chwil życia (Hanna zakładająca pończochy) z suchą relacją ocalałych świadków, opisujących zachowanie strażniczek obozowych. W trakcie procesu Michael odkrywa, że Hanna jest analfabetką, co może być okolicznością łagodzącą; po rozmowie z ojcem-filozofem nie mówi jednak o tym obrońcy Hanny, która zostaje skazana na dożywocie. Dręczony wyrzutami sumienia, zaczyna nagrywać na kasety czytane przez siebie książki i wysyła je Hannie do więzienia.

To książka pełna kontrastów - mieszczańskie, spokojne życie nastoletniego Michaela, dorastającego do bycia mężczyzną przy Hannie, przedstawione jest na tle Niemiec, próbujących ułożyć sobie na nowo świat po II wojnie światowej. Młodzi ludzie, urodzeni już po wojnie, budują w sobie mechanizmy, pozwalające na złożenie w spójny obraz swoich rodziców (a w przypadku Michaela, również pierwszej miłości) przez pryzmat ich działania podczas wojny.

To, co najbardziej mi utkwiło w głowie, to pytanie, zadane Michaelowi przez starszego mężczyznę: czy to nie dziwne, że akceptowalne albo przynajmniej zrozumiałe jest zabicie kogoś z zemsty, ze strachu, dla pieniędzy, z powodu miłości, na wojnie, w obronie własnej, w afekcie, ale że zbrodniarzami są pracownicy obozów koncentracyjnych (a wcześniej kaci), którzy po prostu wykonywali swoją pracę.

#40/#6

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek czerwca 13, 2019

Link permanentny - Tagi: panowie, beletrystyka, 2019 - Kategoria: Czytam - Skomentuj


Pilnitz / Chociebuż

[4.05.2019]

W okolicach Drezna zaczyna się kraina zwana Szwajcarią Saksońską. Styk Niemiec, Czech i Polski, zdjęcia z punktów widokowych zwalają z nóg, na mapie mam zaznaczone kilkanaście zameczków i parków do odwiedzenia, majowy weekend - co może pójść nie tak. Otóż wystarczy, że będzie ulewa, przechodząca w deszcz ze śniegiem, a temperatura w górkach spadnie w okolice zera. W maju. Żeby już całkiem nie być w plecy, wybrałam pałac i park w Pillnitz pod Dreznem (a w zasadzie terytorialnie w Dreźnie, ale to jednak kawałek od miasta), bo jakkolwiek park (piękny!) nie zapewniał specjalnej ochrony przed deszczem (aktywność “zniszcz swoje buty” zaliczona, mnie pofarbowały skarpety, TŻ-owi nawet przeszło na stopy), ale w kilku pałacowych budynkach można obejrzeć bogatą ekspozycję mebli, porcelany i nieźle odtworzonych wnętrz (w tym na przykład bogato wyposażonego kombinatu kuchennego, z oddzielnymi pomieszczeniami do porcjowania mięsa, pieczenia chleba czy przechowywania naczyń), a dodatkowo można przeschnąć w palmiarni. W drodze do Pilnitz przypadkiem trafiłam też na Blaues Wunder Brücke (Most Loszwicki, zwany Niebieskim Cudem), który nawet w ulewie robi wrażenie.

W kompleksie Pilnitz można spędzić sporo czasu - sam spacer po ogrodach, może niekoniecznie w czasie deszczu, może zająć dobrą godzinę; aleje, labirynty, stawy, klomby, co państwo sobie życzą. Nie udało mi się zajrzeć do oranżerii z 250-letnim drzewkiem kamelii, albowiem była zamknięta, ale nieduża, gęsto obsadzona palmiarnia to rekompensowała. Wszystko kwitło - bzy, rododendrony, magnolie, tulipany, wersja zdecydowanie na bogato. Przy wejściu jest kawiarnio-restauracja (pyszne ciasta), a przy drodze z parkingu - sklep z czekoladą.

Jedną z atrakcji, z której niechętnie zrezygnowałam, była wyprawa parostatkiem po Łabie. Oprócz rejsów typowo widokowych wzdłuż promenady i z powrotem, można popłynąć trochę dalej, między innymi właśnie do Pilnitz. Kiedy wracaliśmy zmoczeni do samochodu, akurat dobił statek, z którego wysypali się turyści na zwiedzanie (żeby po kilku godzinach wrócić analogicznym transportem do Drezna); zdecydowanie fajna opcja jako alternatywa dla samochodu.

Nie że jazda samochodem jest jakaś gorsza - zarówno z Drezna, jak i potem, kierując się na Chociebuż - wjechaliśmy w piękne górki z obłędnymi widokami. Musicie uwierzyć na słowo, bo głównie widać było deszcz. Ze śniegiem czasem. A że zdjęcia tylko z Chociebuża, jak już się wypogodziło, to garstka ciekawostek lingwistycznych. Na kierunkowskazach nazwy miejscowości są wypisane po niemiecku i po łużycku, czasem tłumaczenie jest dosłowne (Neuesdorf - Nowa Wjas), czasem jakby nie (Willmannsdorf - Rogozno). Czasem zdarzają się zabawne kierunkowskazy - Gross Gastrose po niemieckiej stronie, a Chociule po polskiej.

Chociebuż

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela czerwca 9, 2019

Link permanentny - Tagi: cotbus, pilnitz, niemcy, drezno, dresden, chociebuż - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Skomentuj


Terry Pratchett - Zbrojni

Trafiłam na krótką notkę o tym, jak zmienia się wymowa wczesnych książek już z perspektywy całego cyklu. Stąd wziął mi się pomysł, żeby przejść przez Pratchetta seriami, bo czemu by nie.

Całkiem zgrabna notka o “Straż! Straż!”, którą dla przypomnienia przeczytałam ponownie (książkę, ale notkę też, lubię czytać swoje notki), jest tutaj.

Początkiem “Zbrojnych” są przygotowania do ślubu Vimesa i lady Ramkin, po którym Vimes zostanie dżentelmenem, a nie byle strażnikiem; jest to wyzwanie, na które jednak nie jest gotowy. Chociaż może rzecz zaczyna się od tego, że do Nocnej Straży przyjęto trolla, krasnoluda i… kobietę (w pewnym sensie). Albo jednak początkiem wszystkiego jest miecz, z którym znaleziono małego Marchewę, a który daje sumpt zubożałemu szlachcicowi-skrytobójcy, Edwardowi d’Eath, do poszukiwania prawowitego dziedzica Ankh-Morpork. Epizodycznie pojawia się postać Leonarda z Quirmu, również w pewnym sensie przykładająca się swoim wynalazkiem do przebiegu zdarzeń. Ważne, że wszystkie nitki prowadzą do śledztwa, którego Vimesowi nie wolno przeprowadzić. I, absurdalnie, Vimes wycofuje się, pozwalając ekipie Nocnej Straży na samodzielne detektowanie.

Uśmiechnęłam się pod wąsem, czytając opinię, że ta książka jest ciężka, mimo że ma zabawne dialogi. Jak ma nie być ciężka, jeśli w trakcie ginie smok i kilka osób różnych gatunków, a wszystko dla niespecjalnie dobrze przemyślanej zmiany ustroju? Oczywiście dramatyczne wydarzenia są świetnie równoważone scenami humorystycznymi - wyższą matematyką Detrytusa, wprowadzeniem wynalazków Bezdennie Głupiego Johnsona czy zaprzysięganiem nowych rekrutów do Straży.

Inne tego autora tutaj.

#38-39

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela czerwca 9, 2019

Link permanentny - Tagi: sf-f, panowie, 2019 - Kategoria: Czytam - Skomentuj


Donna Tartt - Szczygieł

13-letni Theo zostaje zawieszony w szkole, bo złapano go w towarzystwie chłopca palącego papierosy. Zirytowana matka musi udać się do szkoły, ale wcześniej, skoro i tak już zwolniła się z pracy, idzie z synem do parku i - ponieważ łapie ich deszcz - do uwielbianego muzeum, gdzie pokazuje mu swój ukochany obraz - Szczygieł Carela Fabritiusa.

Theo bardziej niż obrazem jest zainteresowany rudowłosą dziewczynką, która odwiedza muzeum ze starszym mężczyzną, dlatego zostaje przy sklepie z pamiątkami, kiedy jego matka biegnie jeszcze raz rzucić okiem na inny z ulubionych obrazów. Wybucha bomba. Kiedy Theo odzyskuje przytomność, widzi umierającego towarzysza rudowłosej, który umiera przy nim, ale wcześniej każe mu wziąć swój sygnet i zanieść go pod taki a taki adres. Przerażony i spanikowany chłopiec, nie mogąc znaleźć matki ani nikogo żywego, ściąga ze ściany obraz Fabritiusa i wychodzi zupełnym przypadkiem nie zauważony z muzeum. Kiedy dowiaduje się od policji i opieki społecznej, że jego matka nie żyje, rozpoczyna sierocą wędrówkę. Ponieważ jego ojciec opuścił rodzinę, a dziadkowie nie chcą się nim opiekować, przygarnia go tymczasowo bogata rodzina kolegi, Balfourowie. Borykając się z poczuciem tymczasowości i nieusuwalnym przez leki i terapię strachem, Theo trafia do antykwariatu Hobbiego, wspólnika mężczyzny z sygnetem i dowiaduje się, że rudowłosa Pippa przeżyła. Mimo że wtem odnajduje się jego wyrodny ojciec (były alkoholik, lekoman i hazardzista) i zabiera go do Las Vegas, losy chłopca na trwale związują się z antykwariatem.

To byłaby świetna książka o dorastaniu i wychodzeniu z ciężkiej sytuacji życiowej, tyle że autorka na ponad 800 (kindlowych) stronach uparcie wrzuca Theo w coraz to gorsze życiowe historie, z których wychodzi nieodwracalnie zniszczony. W wieku 15 lat ma wprawdzie najlepszego przyjaciela na całe życie - Borisa, ale jest już narkomanem. Kiedy w wypadku ginie jego ojciec, chłopiec ma poczucie, że się do tego przyczynił, co nie poprawia jego stanu psychicznego. Mimo pozorów normalności w antykwariacie Hobiego, gdzie Theo ucieka po rozpadzie rodziny, wisi nad nim ciągłe niebezpieczeństwo odkrycia jego skradzionego skarbu i konsekwencje prawne. Późniejsze niezbyt uczciwe machinacje handlowe ściągają mu na głowę świat przestępczy, aż wreszcie wszystkie wątki jego życia doprowadzają do dramatu w Amsterdamie.

I jeszcze byłabym to w stanie łyknąć, wszak nie po cukierkowość i romantycznie pudrowane historie sięgam, ale książka jest absurdalnie rozdmuchana szczegółową analizą psychiki bohatera. Opisane są narkotykowe odloty, wielokrotnie powtarzające się koszmary, nie dające zapomnieć, jaki poszkodowany przez życie jest Theo, czy - co chyba najgorsze - prawie że tołstojowskie przemyślenia o konsekwencjach (zamierzonych i niezamierzonych) ludzkich akcji. Ze spokojem można by książkę dobrą redakcją odchudzić o połowę, bo fabuła na tym cierpi. Oraz główna zmyłka była tak przewidywalna (boenm mbfgnł fxenqmvbal cemrm Obelfn, n Gurb cemrm cenjvr 10 yng avr jcnqł an gb, żrol mnwemrć qb cnpmxv, cemrpubjljnarw btebzalz xbfmgrz), że autentycznie zaskoczyło mnie, ile autorce zajęło wskazanie jej.

#37

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek czerwca 7, 2019

Link permanentny - Tagi: panie, kryminał, 2019 - Kategoria: Czytam - Komentarzy: 3


Margaret Atwood - Oryks i Derkacz / Rok potopu / MaddAddam

Świat, który znamy, się skończył. Ludzkość zginęła podczas nagłej epidemii, ocalał tylko Jimmy (nazywający się aktualnie Yetim), młody naukowiec, prowadzący ze swoim przyjacielem Glennem (używającym pseudonimu Derkacz) projekt stworzenia nowych ludzi, zmodyfikowanych genetycznie[1], aby wyeliminować to, co doprowadziło świat na skraj wyniszczenia. Derkaczanie kolorem sygnalizują gotowość do prokreacji (co eliminuje złamane serca), żywią się tylko roślinami i koprofitami, nie modyfikując swojego ekosystemu, nie mają potrzeby zorganizowania się w społeczność, mają mentalność autystycznych 6-latków, a dodatkowo po 30 latach umierają. Jimmy, jako jedyny ocalały, opiekuje się nimi, opowiada im o ich stworzycielu Derkaczu i Oryks, Tej, Która Opiekuje się Zwierzętami oraz - retrospektywnie - zdradza, w jaki sposób doszło do katastrofy.

Jimmy dorastał w świecie, powoli dochodzącym do krawędzi zagłady ekologicznej, podzielonym i drastycznie eksploatowanym przez wielkie korporacje. Codziennie ginął jakiś gatunek zwierząt, albo kilka. Korporacje radziły sobie z tym, wytwarzając w laboratoriach nowe gatunki, krzyżując i ulepszając; skądś trzeba brać jedzenie, paliwo, zastępować to, co wyginęło z powodu zanieczyszczeń, globalnego ocieplenia i rabunkowej gospodarki. Ludzie dzielili się na tych lepszych - bogatych lub z potencjałem rozwojowym - żyjących w odizolowanych enklawach oraz resztę, mieszkającą w tzw. plebsopoliach z duża przestępczością, niską przeżywalnością i ogromną inwigilacją. Nawet ci lepsi, pracujących dla korporacji, degenerowali się, czerpiąc rozrywkę z oglądania egzekucji, snuff porno (również dziecięcego), bogato produkowanego w mniej zamożnych częściach globu. Jimmy’ego i Glenna połączył przypadek i pewne podobieństwo ich losów - matka Jimmy’ego zniknęła wraz z wynikami tajnych badań, ojciec Glenna uległ tajemniczemu wypadkowi. Po studiach Glenn wciąga Jimmy’ego do pracy we wspomnianym laboratorium genetycznym, nie wyjaśniając mu jednak celu pracy. Kiedy pojawia się Oryks, absurdalnie obecna w życiu obu mężczyzn od dawna, tworzą skomplikowany trójkąt.

Tom drugi, “Rok potopu”, dzieje się równolegle do “Oryksa i Derkacza”. Toby i Ren przeżyły epidemię, ich relacja z życia w świecie postapokaliptycznym przeplata się z historią ultra-ekologicznego ruchu Bożych Ogrodników, w którym spędziły część życia w “starym” świecie. Ogrodnicy byli weganami, żyli zgodnie z naturą (a przynajmniej na tyle, na ile zniszczony świat pozwalał), prowadzili zieloną partyzantkę, rozprowadzając te genetyczne wynalazki, które reindukowały rośliny i zwierzęta kosztem wytworów cywilizacji. Autorka nie wprowadza tu zbyt wielu nowych tropów, ale wplata w historię Jimmy’ego i Glenna ruch Ogrodników, wyjaśniając ich rolę w rozpropagowaniu epidemii. Tekst przerywany jest inwokacjami i pieśniami z bogatego kalendarza ogrodniczych świętych, co raczej stanowi element folklorystyczny niż fabularny.

Część trzecia, “MaddAddam”, dzieje się już spójnie po apokalipsie. Jimmy-Yeti, Derkaczanie, Tobi i Ren oraz ocalali Ogrodnicy budują na zgliszczach starego świata nowy porządek. Gdzieś na obrzeżach kłębią się demoniczni Paintbólowcy, zdegenerowani i pozbawieni empatii mordercy-kanibale, zagrażający pokojowo nastawionym ludziom. Opowieść Zeba, brata Adama Pierwszego, rzuca nowe światło na udział Ogrodników w epidemii. Opowieść Tobi, spisywana na papierze i w oględnej wersji przekazywana Derkaczanom jako legenda to przyczynek do stworzenia nowej kultury, sklejanej przez naiwnych post-ludzi[2].

Największą siłę rażenia ma oczywiście tom pierwszy, ale nie powiedziałabym, że pozostałe można pominąć jako zaniedbywalne. Czy człowiek rzeczywiście jest koroną stworzenia? Czy da się zacząć ludzkość od nowa, eliminując to, co ewolucyjnie było niezbędne do ekspansji? I czy warto tęsknić za światem, opartym na przemocy i krzywdzie? Na niższym poziomie jako temat maturalny można rozważyć rolę Derkacza - zbawiciela lub zbrodniarza. Oraz jak daleko, jako społeczeństwo, jesteśmy od antyutopii Atwood.

[1] Derkacz latami pracował nad mruczeniem (...) Sztuczka polegała na takim operacyjnym zmodyfikowaniu kości gnykowej i dostosowaniu unerwienia, a także adaptacji układów korowych, by nie spowodować upośledzenia mowy i artykulacji. O ile Yeti pamiętał, przeprowadzono kilka spartaczonych eksperymentów. Pewne dziecko w grupie próbnej wykazywało tendencję do porastania długimi wąsami i darcia zasłon.

[2] – Wystarczy wyeliminować jedno pokolenie – ciągnął Derkacz. – Jedno pokolenie czegokolwiek. Pszczół, drzew, mikrobów, naukowców, ludzi ze znajomością francuskiego, obojętnie. Przerwać łączność między jedną generacją a następną, i gra dobiega końca.

Inne tej autorki tutaj.

#34-36

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek czerwca 4, 2019

Link permanentny - Tagi: sf-f, panie, 2019 - Kategoria: Czytam - Skomentuj


The Affair

Świetny[1] serial wczoraj[2] oglądałam, momenty były[3].

Noah, nauczyciel, ojciec czwórki dzieci, wierny małżonek z dużym stażem i aspirujący pisarz, przyjeżdża na wakacje do Montauk na Long Island, do domu teściów. Tu jeszcze dobitniej do niego dociera, kiedy patrzy na teścia - bogatego pisarza bestsellerów - i słucha jego kąśliwych uwag, że jest słabo zarabiającym nieudacznikiem, jedna wydana książka wiosny nie czyni, bo drugiej nie napisze, że jego życie nie jest takie, jakim by je chciał widzieć. Pierwszego dnia poznaje Alison, kelnerkę w rodzinnej restauracji, która go fascynuje, więc na początku przypadkiem, potem już celowo zaczynają ze sobą spędzać czas, mimo że Alison również jest mężatką. Dwa pierwsze sezony pokazują romans Noah i Alison, jego wpływ na obie rodziny, a dodatkowo przeplatane są na początku enigmatycznymi przesłuchaniami w sprawie czyjejś śmierci. Sezon trzeci, który dzieje się trzy lata po zakończeniu procesu i po wyroku, wyhamowuje akcję, skupiając się w zasadzie głównie na Noah. Sezon czwarty, moim zdaniem najlepszy, to niespodziewana wyprawa Noah i Cole’a, pierwszego męża Alison, którzy szukają zaginionej tej ostatniej. Sezon piąty w planach[5].

I tu wchodzi to, co jest dla mnie najciekawsze w tym serialu - każdy odcinek pokazany jest z dwóch perspektyw: Noah i Alison (potem dochodzą inni bohaterowie), które czasem różnią się drobnymi szczegółami, ale przez to wydarzenia mają zupełnie inną wymowę. Czasem to drobiazgi - inny dialog, inne ubranie, kto inny robi pierwszy krok, czasem wydarzenia są zupełnie inne. Na początku łapałam się na tym, że przyjmowałam perspektywę pierwszego narratora jako prawdziwą, dziwiąc się, że druga osoba sytuację pamiętała zupełnie inaczej (czyli niezgodnie z prawdą). Doskonała robota reżyserska i aktorska, oraz - jak na serial amerykański - dość nieprzewidywalna fabuła.

[1] Bez obaw można obejrzeć dwa pierwsze sezony, ominąć sezon trzeci, albowiem ani nic nie wnosi, ani nie jest połączony w jakikolwiek sposób z innymi[4] i szybko wskoczyć w sezon czwarty[5].

[2] Wiadomo, że nie wczoraj, bo cztery - nie za długie, ale cztery - sezony.

[3] Owszem, jest sporo scen erotycznych, trochę damskiej nagości, ale po jednym-dwóch odcinkach robi się to nużące.

[4] Dla tych, co nie chcą oglądać, streszczę: Abnu jlpubqmv m jvęmvravn fxemljqmbal cemrm qrzbavpmartb fgenżavxn v hmnyrżavbal bq Ivpbqvah, n pujvyę cóźavrw xgbś pupr tb mnovć. Cemrpvan zh gęgavpę fmlwaą, ngnxhwr fnzbpuóq, śyrqmv v tebmv. Glyr żr avr, ob Abnu zn CGFQ v mjvql, jvęp an xbavrp frmbah vqmvr an eruno v whż wrfg qboemr, avxg avr cnzvęgn b jlqnemravnpu m grtb frmbah.

[5] Niestety będzie sezon piąty, który ma się dziać za 30 lat (sic!) i będzie zawierał Annę Paquin (Sookie z True Blood). Dlaczego?! Obejrzę, bo mam syndrom sztokholmski, ale niechętnie.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela czerwca 2, 2019

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Komentarzy: 1


Andrea Maria Schenkel - Dom na pustkowiu

Dziennikarka, która na bawarskiej wsi spędziła pierwsze powojenne wakacje, kilka lat później przyjeżdża, żeby napisać reportaż o drastycznym morderstwie w odosobnionym gospodarstwie Dannerów. Zbrodniarz zatłukł siekierą małżeństwo rolników, ich dorosłą córkę Barbarę, dwójkę jej dzieci (siedmiolatkę i dwulatka) oraz służącą, która tego dnia rozpoczęła pracę u rodziny. Opowieść jest zlepkiem wywiadów z mieszkańcami wsi (sąsiadami, którzy zbrodnię odkryli, wójtem, proboszczem, koleżanką małej Marianny, siostrą służącej), przeplatanych modlitwami oraz pierwszo- i trzecioosobową narracją, opisującą przygotowania do zbrodni i samo zabójstwo. Ludzie wprawdzie odżegnują się od plotek, ale chętnie opowiadają o podobno kazirodczych stosunkach starego Dannera z córką i podejrzeniach, że młodsze dziecko może być owocem takiego związku, skąpstwie starego, dewocji starej Dannerowej czy wreszcie wspominają starą sytuację z czasów wojennych, kiedy w gospodarstwie samobójstwo popełniła Polka, podobno wykorzystywana i bita przez gospodarza, o czym wiedziała cała wieść.

Książka w nieco zawoalowany sposób wyjaśnia, kto i dlaczego zabił, ale to chyba inwencja własna autorki, ponieważ kanwą dla opisanych wydarzeń jest rzeczywista historia, która wydarzyła się tuż po pierwszej wojnie światowej w miejscowości Hinterkaifeck, gdzie przestępca nie został nigdy ujawniony. Książka mnie specjalnie nie zachwyciła, nietypowa forma nie poprawia brutalności opisu i raczej reportażowego, niż powieściowego ujęcia. Zabieg stopniowego ujawniania ciemnych stron rodziny Dannerów, który miał chyba w pewnym stopniu usprawiedliwić ich śmierć (oczywiście poza dziećmi), nie trafił do mnie zupełnie.

#33/#5

Napisane przez Zuzanka w dniu środa maja 29, 2019

Link permanentny - Kategorie: Słucham (literatury), Czytam - Tagi: panie, kryminał, 2019 - Skomentuj