Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu
Narrator, dziennikarz Jerzy E., zostaje oddelegowany do pięknego miasta Szczecin w celu uzyskania relacji z głośnego procesu poszlakowego (jak już ogarnia, że przestępstwa nie popełnił znany podróżnik Vasco da Gama). Na miejscu okazuje się, że jest spiętrzenie przyjezdnych i nie ma szans na żaden hotel. Wtem Edigey w przypadkowo spotkanym amerykańskim milionerze Henrym MacArecku rozpoznaje kolegę ze szkoły, Henia Makarka, dzięki czemu nie dość, że dostaje pokój, to jeszcze panowie się spotykają co wieczór i Makarek opowiada swoje życiowe przygody. A jest o czym opowiadać, bo jak się okazuje, do wszystkiego w życiu doszedł sprytem i kosztem ludzi, którzy chcieli go oszukać. Nie wiem, czy współcześnie można by nazwać McArecka grifterem, bo uczciwie o wszystkim mówił, a jego kontrahenci nabierali się na własne wyobrażenia, ale jest to fucha zupełnie nie do pomyślenia w czasach PRL. Oryginalny cel podróży dziennikarza - relacja z procesu[1] - jest potraktowany dość po łebkach, bo oskarżony nie przyznaje się do zamordowania żony, a twardych dowodów nie ma, więc sprawa kończy się i owszem, wyrokiem skazującym, ale nie oczekiwaną przez wszystkich karą śmierci. Za to historie opowiadane przez Henia - tu jest dużo zdziwienia, bo i ogromne kwoty, jakimi operował, i amerykańskie realia (czeki, luksusowe statki wycieczkowe, kopalnie złota, brylanty…) są dość niespotykane.
Pamiętam, że czytałam tę książkę ładne kilka razy z ogromną uciechą, teraz już raczej widziałam grube nici, jakimi była szyta. Autor w usta ekspata wkłada mnóstwo “obiektywnych” ocen kraju - piękna odrestaurowanego (nie zrekonstruowanego!) Szczecina, urody wioseczek i małych zabytkowych miast (gdzie absolutnie można byłoby powiesić bannery Coca-cola), zaś narrator wprawdzie widzi niedostatki PRL-u, ale oczywiście cieszy się, że pobyt w szpitalu darmo, w przeciwieństwie do zgniłego Zachodu.
Się zarabia na przemycie: z opium wytwarza morfinę, a następnie przerabia na heroinę (?!).
Się pije: kawę, Hennessy, starkę i inne polskie wódki, bo to luksus za granicą, oranżadę, winiaczek, kwaśne mleko.
Się je: słynne parówki na poznańskim lotnisku; wyrafinowane frykasy w restauracjach, acz bez szczegółów; domowy razowiec ze świeżym domowym masłem.
Się tańczy: “ukulele” (sic! Ukulele tańczone było przez piękne hawajskie dziewczęta).
Się zachwyca: asortymentem polskich monopolowych, bo czego jak czego, ale wódki to nie brakuje.
Bawiąc-uczyć: Hitler w Trzcińsku-Zdroju.
[1] I okazuje się, że proces rzeczywiście się toczył, bo odciętą głowę Walentyny M. (z pochodzenia Rosjanki) autentycznie znaleziono w Odrze w 1957 roku.
Inne tego autora, inne z tej serii.
#70/#11