Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Kazuo Ishiguro - Nie opuszczaj mnie

Hailsham, szkoła z internatem dla młodzieży na angielskiej prowincji, w czasach przedinternetowych. Miłostki, konflikty, mniej lubiani nauczyciele i ci bardziej. Narratorka dorasta, zaczynają ją dziwić na pozór oczywiste do tej pory sprawy - czemu nikt nie wyjeżdża na święta i wakacje do domu, czemu nikt nie ma domu poza internatem; kim jest tajemnicza Madame zbierająca najładniejsze rysunki, wiersze i rzeźby; czemu nauczyciele czasem zachowują się dziwnie, tak jakby im było dzieci żal. W perspektywy dorosłej narratorki, Kathy, opiekunki Dawców, wiadomo już, że nie są to zwykłe dzieci, tylko klony (czyje? nie wiadomo), przygotowane specjalnie po to, żeby oddawać swoje organy (komu - autor nie precyzuje). Skupia się na podobnym podejściu do wydarzeń jak w "Okruchach dnia" - poczuciu sensu życia. Kathy jest dumna w zasadzie ze wszystkiego - z elitarnej (a jak się potem okazuje, eksperymentalnej) szkoły, swoich umiejętności jako opiekunki, sposobu, w jaki rozwiązuje problemy, aż wreszcie z perspektywy zostania Dawcą, jak pozostali wychowankowie Hailsham.

Dziwna to książka i taka... niedokończona. Osią akcji jest retrospektywna (więc wiadomo, jaki był skutek) opowieść o próbie podjętej przez Kathy i jej ukochanego, którzy próbują "złamać" system i wyjść z przypisanych im ról; uważają, że ujawnienie prawdziwości łączącego ich uczucia pozwoli na bycie "normalnymi", jak inni ludzie. Niewiele poza tym jest ujawnione - co to za system i co ma przynieść, jak wyglądał los klonów poza elitarnym Hailsham (poza tym, że był o wiele mniej komfortowy).

Rozbawiła mnie przeczytana gdzieś wypowiedź Ishiguro, który odżegnuje się od pisania science-fiction. Otóż jednak to jest science-fiction, nie mam wątpliwości.

Świetna recenzja ^dees tutaj.

Inne tego autora tutaj.

#76

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek grudzień 12, 2017

Link permanentny - Tagi: wielka-brytania, sf-f, panowie, 2017 - Kategoria: Czytam - Skomentuj


Kate Morton - Zapomniany ogród

Australijka Cassandra, owdowiała 40-latka po przejściach, dziedziczy po babci Nell, dom, tyle że niespodziewanie na angielskiej prowincji. Jest to zaskakujące, bo jej babka od zawsze mieszkała w swoim zagraconym mieszkaniu nad sklepem ze starociami. Im więcej historii swojej rodziny Cassandra odkrywa, tym więcej tajemnic i niepokojących faktów się pojawia. Jej babkę znaleziono jako 4-latkę, błąkającą się samą w australijskim porcie; zaadoptował ją pracownik portowy, w którego rodzinie spokojnie rosła aż do momentu, kiedy dowiedziała się o swoim pochodzeniu. Długo szukała w przeszłości, łącząc ślady na mapie, ale nie udało się jej wyśledzić genealogii. Dopiero Cassandra, zaopatrzona w nowoczesne narzędzia i sieć społecznych kontaktów odkryła, co łączyło ogród z labiryntem, ilustracje znanego angielskiego rysownika i zapomniane wydanie pięknych baśni.

To historia trzech pokoleń kobiet, z których każda - w różnym zakresie - poszukiwała własnej tożsamości i jednocześnie próbowała się rozliczyć z przeszłością. Trochę powieść kostiumowa - dorastanie małej Elizy w londyńskich slumsach na początku XX wieku, potem na dworze zamożnych krewnych, trochę współczesna opowieść o powrocie do życia po tragedii.

Inne tej autorki tutaj.

#75

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek grudzień 12, 2017

Link permanentny - Tagi: wielka-brytania, panie, beletrystyka, 2017 - Kategoria: Czytam - Skomentuj


Ponieważ

... bab gadar i absolutny zanik umiejętności posługiwania się słowem pisanym, a do tego lista szkiców notek mi dramatycznie rośnie, dziś będzie o serialach w telegraficznym skrócie:

  • Love: Gus, nudny i nieco aspergerowaty nauczyciel, pracujący na planie filmowym poznaje Mickey, odjechaną, acz socjopatyczną dziewczynę ze związkofobią. Nie ma absolutnie szansy na to, żeby im się wspólnie udało utrzymać nietypowo zaczęty związek, ale nieustająco próbują. Śmieszne, ale czasem do bólu amerykańskie.
  • Easy: etiudki o różnych nietypowych sytuacjach w związkach (np. pani chce się bawić w przebieranki, pan niespecjalnie albo mąż ukrywa przed ciężarną żoną, że rozkręca manufakturę kraftowego piwa, bo żona w ciąży nie może pić). Niespecjalnie ciekawe, chociaż fajna obsada.
  • Crazyhead: Amy chodzi do psychiatry, bo widuje ludzi z płonącymi twarzami, co nie jest specjalnie głupie do momentu, kiedy poznaje Raquel, również obdarzoną tym rodzajem widzenia. Zombie, demony, dużo krwi i rzeczy niesmacznych, ale to serial brytyjski, więc niespecjalnie dziwi.
  • Sex&Drugs&Rock&Roll - Deanis Leary w roli eks-rockmana, który po latach usiłuje wskrzesić dawny zespół. Pojawia się właśnie pełnoletnia córka, która również chce zrobić karierę na scenie, eks-żona i barwna ekipa z drugiego planu (najlepszy jest Rehab, basista).

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek grudzień 7, 2017

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Skomentuj


Hakan Nesser - Punkt Borkmanna / Powrót / Kobieta ze znamieniem

Poprzedni tom niespecjalnie mnie wciągnął, ale kolejne - bardzo. Mimo początkowego braku chemii polubiłam Van Veeterena, cynicznego, dowcipnego[1] i elokwentnego policjanta na granicy wypalenia zawodowego i życiowego[2], ale ciągle węszącego i pchającego kolejne śledztwa do przodu mimo tępego szefa[3] i często braku jakichkolwiek przesłanek do kontynuowania sprawy. Ba, ma całkiem sprawną ekipę, która - w przeciwieństwie do szefa - bardzo sprawnie ze sobą współpracuje i ma życie prywatne! Śledztwa nie są też prowadzone metodą olśnień (chociaż czasem się to Van Veeterenowi zdarza, co go jednak niepomiernie irytuje), tylko wymagają ciężkiej pracy, setek godzin poświęconych na przesiewanie zgłoszeń i danych (rzecz się dzieje na początku lat 90., nawet w Holandii nie było wtedy jeszcze sprawnie działających sieci komputerowych). Najbardziej lubię porównanie padające w "Kobiecie", że najczęstszą metodą pracy jest zadanie świadkom pytań zgodnie z regułą świni poszukującej trufli - jeśli odpowiednio długo i wytrwale się grzebie w ziemi, to prędzej czy później coś się znajdzie. Oraz że policjant to ktoś, kto nie ma szansy na bycie kimkolwiek w życiu.

Tytułowy punkt Borkmanna to taki moment w śledztwie, kiedy policja dysponuje już wszystkimi niezbędnymi śladami, żeby rozpoznać przestępcę. Problem w tym, że najczęściej detektywi nie są w stanie tego punktu określić i często tylko przypadek pozwala na rozwiązanie sprawy. Van Veeteren wraz ze współpracownikiem Münsterem zostaje delegowany do miasteczka Kaalbringen, gdzie morderca za pomocą siekiery rozwala głowy pozornie nie związanym ze sobą mężczyznom. Na miejscu jest emerytowany inspektor Bausen, dla którego to ostatnia sprawa przed odejściem na emeryturę. Od razu się z Van Veeterenem dogadują - Bausen ma doskonale zaopatrzoną piwniczkę z winami[4], a do tego świetnie gra w szachy. Münsterowi nie jest tak wesoło - delegacja odciąga go od dzieci i żony, która również jest faktem rozłąki zirytowana; na szczęście śledztwo jest nadzwyczaj ciekawe, a lokalni współpracownicy - całkiem niegłupi i sympatyczni. Ba, nawet przestępca okazuje się - mimo makabrycznego zamiłowania do walenia siekierą po głowie - bardzo miłym człowiekiem.

W "Powrocie" z więzienia po drugim wyroku wychodzi morderca. Długo się wolnością nie cieszy, bo znika; jego zwłoki po prawie roku znajduje przedszkolna wycieczka[5]. Trochę zajmuje, zanim ekipa odkryje, kim jest denat (nie pomaga brak głowy, stóp i rąk), dodatkowo Van Veeteren część śledztwa prowadzi ze szpitalnego łóżka, bo akurat wycinają mu raka jelita grubego. Śledztwo podważa winę zaginionego, a jego zwłoki sugerują, że ktoś, kto zabił wcześniej dwie kobiety i znalazł kozła ofiarnego, dalej jest na wolności. Kiedy po mozolnym zbieraniu dowodów Van Veeteren wkracza na finałową rozmowę z podejrzanym, finał jest niespodziewany i zaskakujący nawet dla mnie (a trochę kryminałów w życiu przeczytałam).

W "Kobiecie ze znamieniem" giną na oko zupełnie nie związani ze sobą mężczyźni - każdy najpierw dostaje dwa strzały w serce, potem kolejne trafiają w przyrodzenie. Wydaje się nic ich nie łączyć, tym bardziej sprawa jest trudna, bo nie ma motywu; nie pomaga, że rzecz się dzieje w styczniu, kiedy Van Veeteren wolałby zapaść w hibernację. Tuż przed trzecią zbrodnią ekipa odkrywa, że panowie kończyli razem szkołę wojskową; nagle mają ponad 30 potencjalnych ofiar (jeśli trend się utrzyma), z których jedna może, choć nie musi, być mordercą. Wątek śledztwa przeplatany jest przemyśleniami zbrodniarza, które jednak niespecjalnie zdradzają zakończenie.

[1]

– Znasz historię Heliogabala? – zapytał.
– Tego od krwi na trawie? – Tak. Był cesarzem rzymskim od 218 do 222 roku. Zabijał ludzi, bo lubił podziwiać czerwień na zielonym tle. Bezkompromisowy esteta, bez dwóch zdań. Chociaż krew nie najlepiej utrzymuje kolor.
– Nie – odparł Bausen. – I mało prawdopodobne, żeby to było motywem tej zbrodni. W środę w nocy musiało tu być ciemno jak diabli. Dwie sąsiadujące ze sobą latarnie są zepsute.
– Hm. To skreślamy wątek Heliogabala. Zawsze to miło móc wyeliminować jakieś nazwisko z listy...
– A   pan komisarz nie da mi żadnej dobrej rady? – spytał, kiedy wychodzili już z   lokalu.
Van Veeteren podrapał się po karku. –  Nie. Przecież sam już powiedziałeś: trzeba umieć być cierpliwym. Kury nie będą szybciej znosić jajek od tego, że będziemy stać nad nimi i   się gapić.
–  Skąd pan komisarz bierze te wszystkie powiedzonka?
–  Nie mam pojęcia – rzucił ubawiony Van Veeteren. – My, poeci, tak już mamy. To po prostu na nas spływa.
Van Veeteren z   irytacją zgasił swoją cygaretkę.
–  Przecież wiem – wymamrotał. – Wycięli mi kawałek jelita, Münster, a   nie mózgu.

[2] Eks-żona Renate, której raczej unika, bo go nudzi, syn w więzieniu, z którym niespecjalnie ma o czym rozmawiać i zamężna córka z kilkuletnimi bliźniakami, dość zajęta swoim życiem.

[3] Który potrafi nie przyjść na odprawę, bo zatrzymują go sprawy doniosłej wagi, a konkretnie przesadzanie roślin doniczkowych w gabinecie. W lutym. Nie żeby podwładni żałowali nieobecności.

[4] Się pije: Sain Emillion '71 z serem i gruszkami czy Pertrault '81.

[5] Mental note to self: nigdy nie zostać przedszkolanką.

Zaczęło się od Eunice, lat sześć, która zwymiotowała w   autobusie już po przejechaniu czterystu metrów. Paul, lat trzy, mniej więcej w   tym samym czasie nasikał sobie do butów. Ellen i   Judith, lat cztery i   pięć, dosłownie kilka minut później rzuciły się sobie do oczu z   powodu zielonej chusteczki w   różowe króliczki. Emile, lat trzy i   pół, zanosił się od płaczu za mamą, aż huczało w   całym autobusie, a   Christophe’a, lat sześć, rozbolał ząb.

Inne tego autora tutaj.

#72-#74

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota grudzień 2, 2017

Link permanentny - Tagi: skandynawia, panowie, kryminał, 2017 - Kategoria: Czytam - Komentarzy: 1


Black mirror

Trzy sezony (czwarty w drodze) po kilka luźno lub wcale ze sobą powiązanych etiud ze wspólnym mianownikiem - Internet (za tytułowym czarnym ekranem). Trudno jest oceniać całość serialu, bo poszczególne odcinki są bardzo różne pod względem formy, wymowy i treści - od absurdalnie katastroficznych, przez nadmiernie (i niepotrzebnie) brutalne czy oparte o nielogiczne założenia aż do wzruszających i dających nadzieję.

W "The National Anthem" zostaje porwana księżniczka brytyjska, a porywacz żąda, żeby premier odbył na antenie telewizji niepozorowany stosunek ze świnią (i nie, nie jest wyjaśnione, co komu zawiniła świnia). Na kolejne decyzje rządu ogromny wpływ mają wyniki sondaży opinii publicznej, bo każdy korzystający z mediów może zagłosować, co dalej. Odcinek nielogiczny i więcej mówiący o próżności klasy rządzącej niż o realnym problemie dostępności do informacji i jej rozprowadzania.

"Fifteen Million Merits" dzieje się w nieokreślonej, ale dalekiej przyszłości. Z niewiadomych przyczyn ludzie zarabiają "merity" potrzebne do zakupu czegoś więcej niż minimum koniecznego do przeżycia, pedałując na rowerach stacjonarnych i oglądając setki kanałów w telewizji (nie do końca jasne jest, czy płacą za możliwość ogladania, czy za możliwość nieoglądania). Za tytułowe 15 milionów można iść na casting i zostać KIMŚ w analogu programu typu Idol, pytanie tylko, czy warto. Niespójny świat (np. gdzie są rodziny, w których rodzą się dzieci, trafiające na rowery) z bardzo wyraźną wymową, że popularność w Internecie to ułuda.

"The Entire History of You" wyposaża każdego człowieka w moduł pozwalający na powrót i oglądanie każdej sekundy swojego życia w jakości HD. Można z tego korzystać w calu wspominania miłych chwil i uczenia się na błędach, można się zadręczać niepowodzeniami i zniszczyć swoje życie, żyjąc przeszłością.

W "Be Right Back" młoda wdowa odtwarza swojego zmarłego tragicznie męża na podstawie jego aktywności w mediach społecznościowych. Historia jest strawna do momentu, kiedy z wirtualności (rozmowy przez komunikator/telefon) przechodzi do realności, aplikując AI do manekina.

"White Bear" to powracający również w późniejszych epizodach motyw amnezji - młoda kobieta budzi się w nieznanym miejscu, nie wie, kim jest, nikt z nią nie rozmawia i nie chce jej pomóc (za to wszyscy ją nagrywają), a tajemniczy zamaskowany człowiek chce ją zabić. Bxnmhwr fvę, żr wrfg cemrfgęcpmlavą v pbqmvraavr cemrm bqteljnal grngemlx m choyvpmabśpvą qbjvnqhwr fvę b moebqav, wnxą cbcrłavłn.

W "The Waldo Moment" komik animuje fikcyjną maskotkę, która obraża znanych polityków. W pewnym momencie zaciera mu się granica między sobą a fikcyjną postacią. Nie zapada w pamięć.

"White Christmas" ponawia motyw amnezji oraz sztucznej inteligencji na bazie kopii umysłu konkretnego człowieka (oraz - jak się okazuje - cemrfłhpunavn moebqavnemn). Dwóch mężczyzn w ośnieżonej chacie pośrodku niczego spędza razem już którąś zimę, nie wiadomo dlaczego. Zaczynają rozmawiać, jeden zwierza się ze złych rzeczy, które zrobił, drugi do pewnego momentu milczy, potem już nie. Epizod wprowadza kolejny powracający motyw - rzeczywistość wirtualną.

"Nosedive" jest chyba najsłabszy z dotychczasowych. Instagramowo słodkie społeczeństwo wzajemnie się ocenia, a ranking każdego - aktualizowany po każdej codziennej czynności (uśmiech do zdjęcia z kawą, lajk od kogoś z wyższą punktacją, 5 gwiazdek za small-talk w windzie) - opoważnia do życiowego awansu. Absurdalnie nielogiczne - nie da się egzystować w takim społeczeństwie, gdzie każda decyzja jest oportunistyczna.

W "Playtest" młodemu Amerykaninowi podróżującemu po Europie kończą się fundusze, więc podejmuje się testowania oprogramowania z rzeczywistością rozszerzoną. Nieźle zrobione, trzyma w napięciu, ale finał jest aż za bardzo oczywisty (wrśyv emrpmljvfgbść jveghnyan avr eóżav fvę bq emrpmljvfgbśpv, gb avtql avr jvrfm, j xgóerw wrfgrś).

"Shut Up and Dance" to z kolei odcinek najbardziej brutalny i bezsensowny. Młody chłopak zostaje sfilmowany przez hackerów, kiedy się masturbuje i żeby uniknąć kompromitacji, wykonuje ich coraz bardziej łamiące prawo wymagania. Podczas kolejnych zadań spotyka innych szantażowanych, którzy postępują tak samo. Końcówka mocno rozczarowująca - jfmlfpl fmnagnżbjnav bxnmhwą fvę olć źyv (mqenqmnwąpl ząż pml crqbsvy), n unpxreml v gnx avfmpmą vpu żlpvr, hwnjavnwąp gnwrzavpr zvzb jlxbanavn cbyrprń. Wymowa - w Internecie wszyscy widzą, co robisz.

"San Junipero" to najsympatyczniejszy odcinek o rzeczywistości wirtualnej. Dwie młode dziewczyny - odważna i rozrywkowa Kelly oraz nieśmiała Yorkie - spotykają się w fikcyjnej miejscowości w latach 80., gdzie się w sobie zakochują, spędzają wieczór, po czym znikają do prawdziwego życia. O tym, czy da się egzystować po śmierci i na jakich warunkach.

"Men Against Fire" wraca do rozszerzonej rzeczywistości. Żołnierze mają wszczepione implanty, żeby łatwiej polować na mutantów w egzotycznej lokalizacji (Dania?). Kiedy implant jednego ze snajperów ulega uszkodzeniu, żołnierz staje przed wyborem pamiętania każdej akcji wojskowej bez "ochrony" wirtualnej rzeczywistości albo zapomnienia o całej sprawie.

"Hated in the Nation" to uczciwy kryminał ze śledztwem. Nano-pszczoły sterowane przez terrorystę zabijają kolejne ofiary, jak się okazuje, wskazywane przez specjalny hasztag (dziś internauci głosują na najmniej lubianego zwyrodnialca, ogłoszenie wyroku już po dzienniku).

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek listopad 30, 2017

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Skomentuj


Nathan Hill - Niksy

Skomplikowana saga ze skandynawską legendą w tle, o ludziach, którzy w pewnym momencie odkryli, że nie mają zupełnie wpływu na swoje życie. Skomplikowana jest też ze względu na strukturę - przeplatają się wydarzenia współczesne (2011) z historią z lat 80. (dzieciństwo Samuela), końca lat 60. (dramatyczny czas między szkołą a studiami Faye, matki Samuela) i z lat 40. (norweskie korzenie ojca Faye), dodatkowo część wydarzeń dzieje się w rzeczywistości wirtualnej, a kolejna partia zdarzeń ujawnia się dzięki napisaniu o nich książek.

Samuel, wykładowca niezbyt prestiżowej uczelni, gdzie załapał się jako autor jednej książki (kolejnych nie potrafił napisać), dowiaduje się, że jego matka - która zniknęła wiele lat wcześniej, kiedy miał 8 lat (i z czego do dziś się nie wygrzebał) - została aresztowana za zamach na konserwatywnego gubernatora i oskarżona o terroryzm. Wplątany w sieć niezależnych od siebie intryg - wydawca żąda od niego, żeby napisał druzgoczący dokument o swojej matce, na uczelni skandal z psychopatyczną studentką - zgadza się na wszystko i zaczyna podróż w przeszłość rodziny. W trakcie poszukiwań z pomocą uzależnionego od gry internetowej znajomego odkrywa, że jego matka jest postacią niejednoznaczną i nawet fakt porzucenia go przez nią i konsekwencji tego (nieumiejętność zdobycia ukochanej i utrzymania trudnej przyjaźni) nie wydaje się już być taki znaczący.

Pozostałam z ambiwalentnymi uczuciami po lekturze. Zgrabna konstrukcja, napisana w dynamiczny sposób, wciąga w śledzenie ciekawej historii, ale postaci są w najlepszym razie irytujące (Laura, Charlie Brown), a w większości przypadków zupełnie mdłe (pozostałe); rozwiązania fabularne okazują się mimo budowanego napięcia dość... zwyczajne. Bohaterowie są przemiatani przez życie zupełnie bez udziału własnej woli: Samuel nie próbuje grać o ukochaną z powodu decyzji jej brata, Faye - najpierw zmanipulowana przez znajomą, potem wplątana w zamieszki studenckie w Chicago - żyje nie swoim życiem. Dodatkowo wiele wątków, a niektóre robiące wrażenie doklejonych na ślinę (studium uzależnienia od gier internetowych, samo zawiązanie akcji z ewolucją ciśnięcia żwirem w przypadkową osobę do ataku terrorystycznego), rozwadniają esencję książki. Nie jest to jednak pozycja zła, ale może niekoniecznie trafia do mojego kanonu "dobrych książek".

#71

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 26, 2017

Link permanentny - Tagi: usa, panowie, beletrystyka, 2017 - Kategoria: Czytam - Skomentuj


Ozark

Marty jest bardzo miłym facetem, takim absolutnie sympatycznym, szczerym, a do tego sprawnym doradcą finansowym, zarabia niezłe pieniądze na doradzaniu firmom; spore zyski ma zwłaszcza z prania pieniędzy meksykańskiego kartelu narkotykowego. Niestety pasmo sukcesów przerywają dwa niezależne zdarzenia - on dowiaduje się o zdradzie żony, a kartel dowiaduje się o zdradzie wspólnika Marty'ego, który wyprowadza od lat pieniądze. Próbuje więc ucieczki, ale bez skutku, ostatecznie udaje mu się odroczyć wyrok na siebie i rodzinę za cenę dłuższej współpracy z kartelem - obiecuje, że na prowincji wypierze więcej i skuteczniej. Ozark w Missouri jest wprawdzie całkiem prowincjonalno-letniskowy, ale kiedy się zaczyna bliżej przyglądać, okazuje się, że ciemnych interesów jest tam mnóstwo i wcale nie tak łatwo do nich dołączyć, zwłaszcza bez przykuwania uwagi organów ścigania. To nie koniec problemów - ani żona, ani dwójka dorastających dzieci nie są zachwyceni sytuacją, zwłaszcza kiedy nie udaje się ukryć, że to nie nagła wakacyjna przygoda, a balansowanie na krawędzi.

Na odbiór serialu wpływa mi oczywiście przede wszystkim osoba aktora, który lata temu również wcielił się w biznesmena, usiłującego ratować zbankrutowaną rodzinę; Jason Bateman zdecydowanie bardziej sprawdzał się w emploi lżejszym i bardziej z przymrużeniem oka. Tutaj to takie "Breaking Bad", choć nieco bardziej dwuznaczne moralnie; Marty nie ma wspierającej rodziny, oprócz zagrożenia życia musi sobie przeorganizować małżeństwo, nastoletnie dzieci - wyrwane z zamożnego środowiska Chicago - nienawidzą go lub wykazują ewidentne oznaki stresu, mogące przerodzić się w coś poważnego. Męczyła mnie też trochę formuła, polegająca na wpuszczaniu protagonisty w coraz to gorsze tarapaty, czasem ocierające się o groteskę, z takim puszczaniem oczka do widza - jak myślisz, czy tym razem się podda i nie wypłynie? Pierwszy sezon zakończył się z hukiem, nie spodziewałam się, ale nawet czekam na drugi.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa listopad 22, 2017

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Skomentuj


Zygmunt Zeydler-Zborowski - Spotkanie w Montevideo

Historia to niebanalna - PRL-owski autor kryminałów, Kowerski, jak się potem okazuje połączenie detektywa-hobbysty[1], erotomana[2] i eks-komandosa[3], płynie do Urugwaju, żeby odwiedzić szwagra. Wyprawa nie zaczyna się dobrze - strajkuje elektrownia[4], a wprawdzie celnicy pozwalają na przewiezienie dwóch litrów wódki eksportowej, ale w porcie okazuje się, że szwagier umarł kilka dni temu. Przez mieszkanie szwagra (zrozpaczona żona wyjechała do rodziny na prowincję) przewija się szereg dziwnych postaci - właścicielka domu pogrzebowego, pośrednik handlowy, kobieta o końskiej szczęce, a Kowerski zajmuje się głównie spuszczaniem łomotu napotkanym panom[5] (i niektórym paniom, tym, których nie ciągnie do łóżka), przy czym dziwi się ogromnie, że lokalna policja najpierw nie traktuje go poważnie, a potem ładuje do aresztu, bo są świadkowie pobicia. W ramach karkołomnej intrygi, w którą zaplątany był Interpol, Amerykanin ze złotymi okularami i zębami oraz brutalny szwagier byłej żony szwagra (naprawdę) przypadkiem udaje mu się sprawę rozwikłać i - wraz z niespodziewanie ocalałym szwagrem wraca do Polski, na pokładzie pisząc niniejszą książkę[6].

Się pije: wina, canię (bimber z trzciny cukrowej), mate i mocną czarną kawę.

Się je: drogie, ale niesmaczne obiady w restauracji; sandwicze na gorąco; wstrętną zupę i suchy chleb (w więzieniu), suchary i słodką marmoladę (w przypadkowym miejscu transferowym); kanapki z serem; ryż z kartoflami i z kawałkami baraniny z dodatkiem sałaty gorzkiej jak piołun czy niewyraźną zupę, mocno zaprawioną olejem, baraninę ze smażonymi kartoflami, na deser konfitury z brzoskwiń (na prowincji); pieczoną kurę, kiełbasę i jajka na twardo (w podróży).

[1] Takiego raczej niesprytnego. W celu sprawdzenia, czy rzeczywiście jeden z kaktusów ma zatrute kolce, udaje się do sklepu zoologicznego, kupuje szczura (tylko dlatego, że nie było świnki morskiej) i zwierzę zabija, z czego nic nie wynika. Obserwuje bez zdziwienia słoik z kokainą w biurku szwagra, nie wiążąc tego zupełnie ze śmiercią tego ostatniego.

[2] Kobiety w Ameryce Południowej dzielą się na chętne i płatne. Dzień po przyjeździe usiłuje pocieszyć szarmancko właścicielkę zakładu pogrzebowego, z którą - podobno - sypiał jego brat.

Rozmowa nasza toczyła się w dalszym ciągu, nie zmierzając jednak do żadnego konkretnego celu. W   pewnym momencie doszedłem do przekonania, że sytuacja dojrzała już do tego, aby nadać jej charakter bardziej intymny. Podniosłem się więc, pochyliłem się nad piękną właścicielką zakładu pogrzebowego i   chciałem ją pocałować.
Odsunęła mnie jednak łagodnie, ale bardzo stanowczo. –  Czy nie uważa pan, że nazbyt szybko pragnie pan wejść w   posiadanie spadku po szwagrze? –  powiedziała. Nie mam zwyczaju używać przemocy w   stosunku do kobiet. A   w   tym wypadku daleki byłem od tego, żeby walczyć. Odsunąłem się więc spokojnie i, jak to się zwykle robi w   podobnych sytuacjach, sięgnąłem po papierosa.

#seemslegit

Chwilę później, podczas zwiedzania mieszkania żony ogrodnika brata, zabawia kilka godzin w sypialni. Nie ma się oczywiście czemu dziwić.

Znowu wybuchła płaczem. Wstałem, pochyliłem się nad nią i   zacząłem ją pocieszać, robiłem to zaś z   takim zapałem, że pocałowałem ją w   usta. Skutek był natychmiastowy. Przestała szlochać, patrzyła na mnie błyszczącymi, szeroko otwartymi oczami. Czułem się trochę zmieszany. Miałem przecież do czynienia z   biedną, zrozpaczoną kobietą. Wróciłem na swoje miejsce i   wypiłem wermut. (...) Na usprawiedliwienie pięknej żony kulawego ogrodnika muszę tu sobie zrobić trochę reklamy. Mam sto osiemdziesiąt siedem centymetrów wzrostu, ważę dziewięćdziesiąt dwa kilogramy, jestem muskularny, wysportowany i   mimo, iż przekroczyłem już czterdziestkę, cieszę się świetną formą fizyczną. Czuprynę mam gęstą, ciemnoblond, zaledwie leciutko szpakowatą.

Ale umówmy się, jest człowiekiem z klasą i za seks nie płaci:

Właściwie nie była brzydka, tylko bardzo zaniedbana. Miała ładne, gęste włosy i   czarne oczy o   mocnym blasku. Trochę może za tęga, ale jeszcze figurę miała dobrą. Siedziała przy ogniu na niskim stołeczku i   piła kawę. Widocznie musiała wyczuć, że ją obserwuję, bo po chwili spytała: –  Cóż mi się tak przyglądasz? –  Bo mi się podobasz –  odpowiedziałem. Wzruszyła ramionami. –  Jeżeli masz ochotę i   piętnaście peso, to możesz ze mną pójść do łóżka. Ta niedwuznaczna propozycja trochę mnie zaskoczyła. Potrząsnąłem głową. –  Żałuję bardzo, ale nie mam ani ochoty, ani piętnastu peso – wyjaśniłem.

Nawet jeśli pobudki damy są niejasne, naszemu potomkowi kosynierów to nie przeszkadza:

Weszła. Była w   piżamie. Wydało mi się, że to dalszy ciąg mych marzeń. Dopiero kiedy poczułem jej pocałunki, zrozumiałem, że to nie sen. Wiedziałem, że pragnie się tylko zemścić na swym mężu, ale w   danej chwili nie obchodziło mnie to.

Ba, nawet zdobywa się na ingerencję w życie prywatne damy, którą noc wcześniej obracał w piernatach:

Armando bił żonę. Walił ją grubym, skórzanym bykowcem, używanym przez peonów do poganiania bydła. Obok, na kamiennej płycie starego grobowca, siedział Carlos i   paląc papierosa, najspokojniej przyglądał się tej scenie. Alma, zakrywając sobie twarz rękoma, jęczała głucho. –  Ja cię nauczę posłuszeństwa! Ja cię nauczę posłuszeństwa –  powtarzał za każdym ciosem Armando. W   normalnych warunkach nie wtrącałbym się do rodzinnych nieporozumień, ale czułem się w   jakiś sposób zobowiązany wobec tej kobiety. Chociaż więc sytuacja nie wymagała komentarzy, spytałem: –  Co pan robi?!

[3]

Stara fotografia z czasów wojny: (...) i ja, wszyscy w   mundurach komandosów. Dziarskie miny, wyzywające spojrzenia, ileż to lat, ileż wspomnień, ile wspólnie przeżytych walk, niebezpieczeństw, burd, awantur i   przygód miłosnych. Bujne to było życie, pełne silnych wrażeń i   wielkich nadziei. Byliśmy młodzi, bardzo młodzi i   to chyba było najważniejsze. Przypomniała mi się owa pamiętna awantura w   Neapolu. Nie wiem właściwie, o   co poszło. Najprawdopodobniej o   jakąś dziewczynę. Włochów było z   piętnastu. Nas trzech. Byliśmy wtedy w   formie. Wszystkich naszych przeciwników trzeba było odwieźć do szpitala. Lokal zdemolowaliśmy doszczętnie. Na zakończenie Wojtek zawiesił właściciela knajpy na żyrandolu. Wisiał biedak na pasku i   ruszał rękami i   nogami, jakby się uczył pływać. Przeklinał przy tym w   swym ojczystym języku na czym świat stoi. Wojtek zawsze był pomysłowym chłopakiem.

[4] Oczywiście nie do pomyślenia w Polsce, co autor skrzętnie notuje na wypadek, jakby ktoś czytał.

[5] Chociaż czasem, uwaga, ma przemyślenia!

Ciągle nie mogłem pozbyć się dręczących wątpliwości. Bo jeżeli Garcia nie miał z   tą całą sprawą nic wspólnego i   tylko ten chłopak napuścił mnie na niego, to nie ulegało wątpliwości, że wygłupiłem się w   sposób nieprawdopodobny. Na domiar złego mogłem mieć rzeczywiście poważne przykrości, jeżeli na przykład temu Mulatowi złamałem szczękę. (...) Zacząłem teraz żałować, że zbyt pochopnie zaatakowałem Garcię.

[6]

Wychodzę na pokład. Na leżaku przykryty kilkoma kocami leży Michał. Czyta mój maszynopis. Spogląda na mnie i   pyta z   uśmiechem: –  Czy masz zamiar dać to do czytania Kasi? –  Ta książka nie jest dozwolona dla mojej żony –  odpowiadam.

Inne tego autora tu.

#70

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek listopad 21, 2017

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: kryminał, 2017, prl, polska, panowie - Komentarzy: 3


Arturo Perez-Reverte - Królowa południa

"Królowa południa" to pseudo-relacja reporterska przeplatana wspomnieniami bohaterki. 12 lat wcześniej młoda Teresa Mendoza musiała uciekać z meksykańskiego stanu Sinaloa po tym, jak jej chłopak - Blondyn Davila, zwanym mistrzem krótkiego pasa, przemytnik - został zamordowany, a ona cudem uratowała się dzięki szybkiej orientacji i sprytowi. W Hiszpanii dziewczyna zorientowała się, że jest w stanie zorganizować podobną siatkę przemytniczą, tylko z mniejszą szansą na wpadkę i rzeczywiście, w więzieniu wylądowała tylko dlatego, że jeden z celników uznał złapanie jej i jej kolejnego chłopaka za cel życia. Więzienie było również trampoliną do dalszej kariery przemytniczej i kopalnią doświadczeń - Mendoza wyszła z zamiłowaniem do czytania ("Hrabia Monte Christo" jako powieść edukacyjna) i z przyjaźnią Pat O'Farrel, bogatej dziewczyny z pół tony kokainy do wzięcia.

Reverte umie prowadzić akcję w sposób brawurowy i jednocześnie wiarygodny, nie ważne, czy bohaterem jest antykwariusz w średnim wieku, czy dojrzewająca dziewczyna na progu przełomu życiowego. Nie jest istotne, czy opisuje szczegóły wielkiego przedsiębiorstwa transportowego, które jest przykrywką dla przewożenia narkotyków z miejsca na miejsce, czy opowiada o obudzonej namiętności do czytania, czyta się o tym równie smacznie.

Poprzednio czytałam tę książkę ponad 10 lat temu i niewiele pamiętałam poza ogólnym zarysem fabuły i przekonaniem, że zawiera jakiś bardzo skomplikowany twist, który obraca całość akcji. Otóż nie, nie wiem, skąd mi się to wzięło; bardzo dobra powieść sensacyjna, ale bez zakrętki.

#69/#14

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek listopad 16, 2017

Link permanentny - Tagi: panowie, kryminał, hiszpania, 2017 - Kategorie: Słucham (literatury), Czytam - Komentarzy: 1


#tenmoment, kiedy blisko

[17-26.10.2017]

Pracuję na Sołaczu, pięknej dzielnicy willowej tuż obok malowniczego parku Sołackiego. Z Sołacza jest podziemne przejście na drugą stronę przelotowej Niestachowskiej, gdzie Ogród Dendrologiczny, dalej Golęcin i wreszcie jezioro Rusałka. WTEM okazało się, że mam o dwie minuty jazdy samochodem miejsce, gdzie o poranku przepięknie zaczyna się świat jesienią. Szanowni państwo, poznajcie Rusałkę, jezioro, które w ekranizacji "Ogniem i mieczem" zagrało Dniestr. Rzadko kto się może takim osiągnięciem pochwalić.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek listopad 13, 2017

Link permanentny - Tagi: rusałka, sołacz - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - Komentarzy: 3