Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

O tym, że jest ciepło, choć niby zimno (4/4)

[04.05.2018]

Jest po 15:30 (tak, patrząc na różnicę między datami wtedy i dziś, minęło mnóstwo "po 15:30"), więc obiecana bułka ze śledziem. Zwykle bywało kilka rodzajów, ale po zadaniu standardowego pytania "Welche ist besser?[1]" wybierałam opcję bardziej kwaśną (pikle, cebulka, sałata, ogórek).

Ogród botaniczny (Usedoms Botanischer Garten Mellenthin), chociaż na pierwszy rzut oka wyglądał jak działeczka przyklejona do pobliskiej restauracji, okazał się ogromną przestrzenią, podzieloną na 14 ogrodów tematycznych. Początek ciepłego maja oznaczał kwitnące tulipany, rododendrony, drzewka owocowe i inne drobne kolorowe kwiatki. Miłe miejsce na spokojny spacer, tak na okrągłą godzinę, zwłaszcza że co jakiś czas dostępna jest ławeczka czy altanka. Wzbudziłam dziką radość dziecka, kiedy spróbowałam dotknąć wygrzewającego się i nieruchliwego zaskrońca, który nagle okazał się nadzwyczaj ruchliwy, powodując moje podskoki i krzyki (“mamo, a pokaż jeszcze raz, jak się przestraszasz”). Przed wejściem do ogrodu stoi klatka z puchatymi królikami i kurami.

Tuż obok ogrodu botanicznego znajduje się zdecydowanie jedno z ciekawszych miejsc w okolicy - otoczony fosą XVI-wieczny zamek (Wasserschloss Mellenthin). Żeby wjechać do środka, należy przejść przez rogatkę, gdzie uiszcza się opłatę 1 euro od wchodzącego; co jest miłe, koszt wejścia można odliczyć sobie od kawiarnianego rachunku. W zamku mieści się hotel, więc zwiedzanie jest ograniczone, można natomiast zjeść coś w zamkowej restauracji[2] i pokręcić się po ogrodzie na wyspie dookoła zamku. Hitem ogrodu okazała się samobieżna kosiarka Husqvarna, za którą Maj podążał, bo byliśmy ciekawi, czy nie zgrzmoci się do fosy. Nie zgrzmociła się, ale w pewnym momencie po podjechaniu do brzegu zaczęła błyskać kontrolkami i zawodzić rozpaczliwie. TŻ przestawił ją jak niezgrabnego żółwia przodem do ogrodu, ale nie pomogło. Polska przeprasza za nienaprawienie kosiarki.

Mikrokościół na wzgórzu obok zamku, otwierany do zwiedzania, jak ktoś akurat jest

Zoo w Bansin (Tropenzoo Bansin) reklamowane jest jako najmniejszy ogród zoologiczny Niemiec i hm, jakby to powiedzieć, użycie określenia “zoo” jest sporym nadużyciem. W zasadzie to średniej wielkości podwórko, na którym stoi kilkanaście niewielkich klatek, zaś w środku budynku jest kilkanaście terrariów. O pomstę do nieba wołają “polskie” opisy pod niemieckimi i łacińskimi, ewidentnie zarobił tu tłumacz automatyczny, który nie zrobił dobrej roboty. Kilka sympatycznych małpek, papuga udająca telefon i gady w akwariach, ale to wszystko; jeśli ma być to cel podróży, a nie krótki przystanek podczas spaceru - nie warto. Zdecydowanie większą przyjemność miałam z kanapki ze śledziem i plaży w Bansin, gdzie tak samo ładnie jak we wszystkich nadmorskich miasteczkach (zdecydowanie nagroda należy się pomysłodawcy postawienia tablic z nazwą miejscowości na końcu mola, bo przynajmniej wiadomo, która to plaża).

GALERIA ZDJĘĆ.

Adresy:

[1] Uczyłam się niemieckiego równe 6 lat, ale ponad 20 lat temu, więc jak się rozkręcę, to nawet wygłaszam zrozumiałe dla rozmówcy zdania i często rozumiem odpowiedź, chyba że nie, a wtedy przechodzę na angielski.

[2] Gotówka i karta EC, zupełnie nie dziwi w przypadku Niemiec.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa lipca 4, 2018

Link permanentny - Tagi: ogrod-zoologiczny, mellenthin, bansin, uznam, niemcy, ahlbeck - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Skomentuj


Lovesick

Serial ma chyba najlepszą zapowiedź - “Szukał miłości, znalazł chlamydię”. Dylan dowiaduje się, że pozyskał od którejś z partnerek chorobę weneryczną, spisuje więc listę swoich byłych miłości i informuje je o konieczności badania. Podczas wyprawy w głąb życia uczuciowego odkrywa, że jego największą miłością jest współlokatorka Evie, z którą zdarzało mu się przespać, ale nigdy nie spotkali się w takim momencie, żeby oboje mogli być ze sobą.

Wbrew pozorom (i oryginalnemu tytułowi “Scrotal recall”, w luźnym tłumaczeniu “Pamięć mosznowa”, zmienionemu przy migracji na Netflixa) jest to jednak bardzo spokojna i wzruszająca komedia o czworgu przyjaciół - Dylanie - romantycznym ogrodniku, łatwo zakochującym się, ale mającym problemy z utrzymaniem związku; Evie - twardo stąpającej po ziemi fotografce, szukającej wielkiej miłości i stabilizacji; rozczarowanym do związków Luke’u (informatyka), który decyduje się na czysty seks bez zobowiązań i Angusie, świeżo rozwiedzionym matematyku, naiwnym i ciągle trafiającym na dziwne życiowe sytuacje. Główny wątek fabularny - lista dziewczyn Dylana - to pretekst do dygresyjnych historyjek z życia przyjaciół - ślubu Angusa, na którym Dylana zostawiła dziewczyna i poznał Evie, wizyty w klubie ze striptizem, odznaczania zadań na bucket list Luke’a (w tym wyskakiwania z jadącego samochodu), festiwalu literackiego i wielu innych.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek lipca 3, 2018

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Komentarzy: 2


Frank W. Abagnale - Złap mnie, jeśli potrafisz

Beletryzowana biografia jednego z bardziej znanych amerykańskich oszustów finansowych z lat 60., który wsławił się przede wszystkim fałszowaniem czeków na ogromną skalę i bezczelnością, pozwalającą mu na udawanie pilota PanAm, lekarza-pediatry czy adwokata. Abagnale rozpoczął swoją karierę jako 15-latek, korzystając z karty kredytowej ojca, dzięki której zawierał fikcyjne transakcje na stacjach benzynowych, pozyskując gotówkę (na spotkania z kobietami). Po rozwodzie rodziców uciekł z domu do Nowego Jorku, gdzie okazało się, że życie niewykwalifikowanego nastolatka oznacza głodowe stawki i ciężką pracę (i zupełny brak pieniędzy na życie, nie wspominając o funduszach na spotkania z kobietami). Stąd naturalnym wydał mu się pomysł udawania kogoś starszego o wyższych kwalifikacjach, który szybko przerodził się w udawanie drugiego pilota.

Większość fałszerstw i oszustw, dokonywanych przez Abagnele’a była możliwa dzięki niedoskonałości systemu finansowego, w większości kontrolowanego przez ludzi, z małą (i niedoskonałą automatyzacją). Częściowo pomagała też oczywiście bezczelność, bo zaskakująco łatwo było wszędzie wejść, jeśli szło się z pewnością, która doskonale pokrywała niedoskonałość podrobionych identyfikatorów. Książka kończy się dość znienacka, kiedy po szeregu oszustw, odsiedzeniu wyroku w dramatycznie ciężkim więzieniu we Francji oraz zupełnie przyjemnym pobycie w półotwartym więzieniu w Szwecji, Abagnale dwukrotnie ucieka spod opieki FBI. Dygresyjnie przemycone są informacje, że w pewnym momencie wielka ucieczka zakończyła się i Abagnale rozpoczął karierę jako tester zabezpieczeń bankowych i ceniony konsultant, ale tego już w powieści nie ma.

#44/#9

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lipca 2, 2018

Link permanentny - Tagi: usa, panowie, beletrystyka, 2018 - Kategorie: Słucham (literatury), Czytam - Skomentuj


Sarah Waters - Złodziejka

Susan, 17-letnia sierota wychowana przez parę londyńskich cwaniaczków, których traktuje jak rodziców (złodzieja/pasera/włamywacza i płatną opiekunkę niechcianych dzieci), zostaje wysłana na "akcję". Wraz z hochsztaplerem zwanym Dżentelmenem, obracającym się w wyższych sferach, udaje się jako służąca do posiadłości na prowincji, aby tam nakłonić chimeryczną, acz bogatą dziedziczkę na ucieczki z Dżentelmenem, który dzięki temu położy rękę na posagu panny. Na miejscu okazuje się, że panna Maud jest rzeczywiście dziwna, ale dość szybko przywiązuje się do nowej służącej. Plan wypala - po wielu przeszkodach Lily ulega Dżentelmenowi, ale Susan już nie jest taka pewna, że to dobre rozwiązanie; zdążyła poznać Maud, która - tak jak i ona - żyła w cieniu swojej wcześnie utraconej matki. Poznać i chyba pokochać. Kiedy po ukradkiem przeprowadzonym ślubie Dżentelmen i Susan zawożą przerażoną do skraju psychozy pannę Maud do domu wariatów, Susan prawie pęka serce. Po czym następuje nagły zwrot akcji.

Łotrzykowska powieść, dziejąca się w wiktoriańskim Londynie i na pobliskiej prowincji, okazuje się jednak historią o fizycznym dojrzewaniu do bycia kobietą i do miłości. Podzielona jest na trzy części - w pierwszej narratorką jest Susan, w drugiej Maud, trzecia zaś -ponownie z perspektywy Susan - opowiada o ponownym spotkaniu obu dziewcząt i dramatycznym finale. Nie jest to opowieść przyjemna, raczej mroczna i brudna, nie tylko dlatego, że higiena wówczas pozostawia wiele do życzenia; brud moralny jest tak samo obecny wśród wysoko urodzonych (acz zdegenerowanych), jak i wśród pospólstwa (a i czasem okazuje się, że więcej miłosierdzia i uczciwości jest u złodziei). Jak to częste w powieści współczesnej, stylizacja jest pretekstem do pokazania odważnych przemyśleń o nienormatywnej miłości.

Niestety w kategorii "powieść z twistem" książka nie wypada rewelacyjnie - zwroty akcji głównie dotyczą postrzegania świata (i siebie) przez bohaterki, które dowiadują się w różnych momentach zaskakujących rzeczy. Dla czytelnika jest to dość obojętne i od pewnego momentu oczywiste.

#43

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela lipca 1, 2018

Link permanentny - Tagi: wielka-brytania, panie, beletrystyka, 2018 - Kategoria: Czytam - Skomentuj


Usual Suspects[1]

Dzień po malowniczym wybuchu i pożarze na statku przemytniczym policja i straż celna przesłuchuje jednocześnie dwóch ocalałych - ciężko poparzoną ofiarę, mówiącą tylko po węgiersku i prawdopodobnie jednego z zamieszanych w napad przestępców, niepełnosprawnego Rogera Kinta. Kint w zamian za immunitet zgadza się opowiedzieć całą skomplikowaną intrygę, która pięciu drobnych przestępców skłoniła do wielkiego, choć prawdopodobnie nieudanego, skoku na ładunek narkotyków. Panowie poznali się na policyjnym okazaniu kilka tygodni wcześniej; zirytowani fałszywym oskarżeniem zdecydowali się utrzeć nosa organom, napadając na nielegalnie pracującą firmę świadczącą usługi ochroniarskie, zrzeszającą niezbyt legalnie funkcjonariuszy. Napad zakończył się sukcesem, 50 policjantów zostało skompromitowanych, ale podczas sprzedaży łupu okazało się, że grupka nadepnęła na odcisk mitycznemu przestępczemu bossowi - Kayserowi Soze. Soze zaproponował im wybór - śmierć lub wielki skok. Panowie na początku nie byli chętni, ale po zamordowaniu jednego z nich i zaszantażowaniu pozostałych rozpoczęli planowanie akcji, którą rozpoczęła się fabuła. Kint po kolei odsłania wydarzenia, odpowiadając na wiele pytań policji, ale nie na trzy najważniejsze - kto zabił napadający na statek gang już po tym, jak została wymordowana cała załoga, gdzie jest szef gangu, były policjant oraz czy Kaiser Soze w ogóle istnieje. Wspominałam o poparzonym świadku, jednocześnie przesłuchiwanym w szpitalu? Kiedy już udaje się znaleźć tłumacza i rysownika, powstaje portret pamięciowy przestępcy, na widok którego policja i straż celna prawie mdleje.

Ponad 20 lat po premierze chyba już wszyscy wiedzą, kim był Kayser Soze, ale na wszelki wypadek polecam nie wpisywać tego w google przed pierwszym obejrzeniem. Film oglądałam wiele lat temu, już ze świadomością, jaki jest twist, chyba mi się podobał. Ponowne obejrzenie pozwoliło mi docenić kunszt scenariusza i gry aktorskiej, ale pozostawiło mnie z poczuciem, że poza wprowadzeniem ciekawego zabiegu formalnego (aneengben, xgóel cenjqbcbqboavr xłnzvr) to nie jest specjalnie ciekawy film.

[1] Film ma polski tytuł "Podejrzani", ale zdecydowanie nie oddaje oryginalnego tytułu, znaczącego "Ci, co zwykle".

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek czerwca 25, 2018

Link permanentny - Kategoria: Oglądam - Komentarzy: 3


Stephen King - Zielona mila

Uwaga - poniższa notka zdradza fabułę; książka ma ponad 30 lat oraz była ekranizacja, którą chyba wszyscy widzieli. Jeśli nie czytałaś/-eś, nie kontynuuj.

Współcześnie (lata 90. XX wieku). Paul Edgecombe, był strażnik więzienny, aktualnie mieszkaniec "ośrodka wypoczynkowego dla starszych" (czytaj: domu starców), opowiada historię, głównie dziejącą się w 1932 roku, kiedy na blok śmierci, gdzie pracował, przywieziono Johna Coffeya, skazanego na krzesło za gwałt i morderstwo dwóch 9-latek. Ogromny, ale łagodny, ewidentnie niesprawny intelektualnie mężczyzna okazuje się mieć lecznicze moce - usuwa u Edgecombe'a ostre zapalenie pęcherza. To i kilka innych sytuacji daje strażnikowi przyczynek do rozważań, czy rzeczywiście Coffey jest przestępcą.

Według kilku przedmów książka pisana była eksperymentalnie jako powieść w sześciu odcinkach, zdarzają się powtórzenia i opisy tych samych sytuacji oraz na końcu każdej "części" następuje mniej lub bardziej dramatyczne zdarzenie. Ze względu na formę pamiętnika, narrator ma o wiele szerszą wiedzę niż podczas opisywanych wydarzeń, dodatkowo opisuje historię nieliniowo, bogato ją obudowując dygresjami. Absolutnie nie przeszkadza to w lekturze, bo proza jest soczysta, dialogi żywe. King jest świetnym obserwatorem, jego postaci są zbudowane od postaw, a do tego doskonale umie zbudować napięcie.

Inne tego autora tutaj.

#42

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela czerwca 24, 2018

Link permanentny - Tagi: usa, sf-f, panowie, 2018 - Kategorie: Słucham (literatury), Czytam - Komentarzy: 4


Deadpool 2

Podobnie jak dwa lata temu dziecko spędziło noc poza domem (pod opieką, z innymi dziećmi, nie że wystawiłam do ogródka), więc obejrzałam film dla dorosłych, w kinie i bez dubbingu.

Zaczyna się grubo, bo od spektakularnego samobójstwa Deadpoola. Problem w tym, że dzięki mutacji chłopak się naprawia i niebawem już jest na nogach[1], chociaż bardzo nieszczęśliwy, bo chęć życia skutecznie wyprało z niego zabicie (spokojnie, to się dzieje na samym początku filmu) jego ukochanej tuż po tym, jak zaproponowała, żeby mieli dziecko. Decyduje się przyłączyć do niemarkowych X-manów (człowieka-blachy, panny wyglądającej jak Justin Bieber i jej azjatyckiej ukochanej), ale podczas akcji ratowania młodego mutanta w rozmiarze XXL trafia do więzienia dla mutantów, gdzie o mało co nie umiera, bo na miejscu mają obroże blokujące moce mutanckie (serio?). Potem jest przybysz z przyszłości, zawiązanie drużyny X-force (nie na długo, ale zawsze) oraz zaskakujące zakończenie. W zasadzie kilka zaskakujących zakończeń.

Scenarzyści powtórzyli wszystkie numery z poprzedniej części - zburzona czwarta ściana, cameo Wolverine'a i kilku innych X-menów (oraz Brada Pitta!), niemagiczni sojusznicy (barman[2] i taksówkarz[3]), fekalny humor, mnóstwo szydery z konsorcjów komisowych i popkultury oraz doskonałe dialogi. Spłakałam się ze śmiechu, chociaż oczywiście nie wiem, czy stałam się przez to lepszym człowiekiem.

[1] Nogi traci również w trakcie filmu. Odrastają, ale nie chciałam tego oglądać. Nikt nie chciał.

[2] Bardzo skromna rola, w zasadzie pojawia się dwukrotnie, rzuca dwoma ciętymi ripostami i to by było na tyle. Trochę szkoda, że kosztem ostatniego sezonu "Silicon Valley".

[3] Hinduski taksówkarz Dopinder, który chce zostać płatnym mordercą. Mój idol.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek czerwca 21, 2018

Link permanentny - Kategoria: Oglądam - Skomentuj


Wielkopolska w weekend - Czerniejewo (3)

[10.06.2018]

Upalna czerwcowa niedziela. Poprzedniego wieczoru TŻ z Majem pobrali mnie z imprezy integracyjnej (tl;dr - jestem stara, nie piję, lubię się wysypiać), wyspałam się jak sahib, więc mogłam w plener. Planowałam zerknąć w przestronne korytarze pałacu w Czerniejewie, ale okazało się, że zwiedzanie trzeba umówić z wyprzedzeniem i w grupie. Za to znacznie poprawiła się pałacowa restauracja - krótkie menu, doskonałe potrawy, piękne wnętrze oraz uczciwa kawa, nie zalewane fusy.

Właściwym celem było pole lawendy w położonych półtora kilometra od Czerniejewa Pakszynie. Maj mimo startowej niechęci (serio, czy niespełna 9-latki muszą wszystko, co proponuje rodzic, traktować jako dopust i marudzić? co będzie, jak przyjdzie kryzys nastolatka?) był zachwycony, bo pachniało, brzęczało[1], a fiolet po horyzont robił wrażenie. Pogoda była mocno płaska, spore zachmurzenie z nielicznymi prześwitami słońca, pewnie przy lepszej pogodzie jest jeszcze piękniej.

[1] Widziałam gołąbka fruczaka!

GALERIA ZDJĘĆ (oraz poprzednie wizyty - 2010 i 2012.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela czerwca 17, 2018

Link permanentny - Tagi: pakszyn, czerniejewo - Kategorie: Listy spod róży, Wielkopolska w weekend, Fotografia+ - Skomentuj


Hakan Nesser - Jedenaście dni w Berlinie

Szwed Arne Murberg, nieco opóźniony w rozwoju (często zapomina wielu słów, wolno się uczy, często nie rozumie związków przyczynowo-skutkowych), ale bardzo rezolutny 30-latek dostaje od umierającego ojca misję. Ma odnaleźć swoją matkę, Violettę, która - jak się okazuje, wcale nie umarła, kiedy miał rok, tylko znudzona życiem rodzinnym zwiała z, jak to określił poetycznie ojciec, wędrownym trubadurem do Berlina. Po odnalezieniu matki ma przekazać jej zamknięte pudełko z nieznaną zawartością. Arne, wyposażony przez nadopiekuńczego wuja w dobre rady, zapas gotówki i pobieżną znajomość niemieckiego wsiada do samolotu i rozpoczyna przygodę. Nigdy wcześniej nie wyjeżdżał z rodzinnego miasteczka, wszystko jest nowe - ludzie, zapachy, jedzenie, ulice. Odkrywa restauracje, próbuje alkoholu nie zdając sobie sprawy ze skutków, gubi telefon komórkowy (jedyny kontakt z wujem i ciotką), ktoś kradnie mu buty, bo drzemka na ławce w Tiergarten to nie jest jeden z najlepszych pomysłów. Absurdalnie, Arne wcale nie traci ducha - każde z tych zdarzeń jest przyczynkiem do czegoś dobrego: kupna żółtych butów w KaDeWe, przypadkowego spotkania matki czy wreszcie poznania Beate, mówiącej po szwedzku Niemki.

To zupełnie inny typ książki niż wszystkie inne tego autora. W zasadzie to powieść obyczajowa z elementem mistycyzmu, brak w niej śledztwa i fabuła jest raczej drugorzędna (oczywiście cały czas szukałam tropów i czekałam, aż do akcji włączy się bardziej rzeczywisty detektyw niż wyimaginowany Perry Mason). Arne odkrywa, jak przyjemne może być życie, kiedy nikt mu nie organizuje czasu; owszem, nie jest najbystrzejszy, bywa łatwowierny, ale ostatecznie zaczyna wierzyć we własne siły. Drugoplanowa Beate, od dziecka traktowana jako słaba, jeżdżąca na wózku, uwolniła się spod presji ultra-religijnej rodziny już wcześniej; teraz pokazuje Arnemu, że mimo choroby jest mądrą, umiejącą się samodzielnie utrzymać osobą.

Pozostaje ten nieszczęsny element mistyczny, który, mam wrażenie, został wprowadzony nieco na siłę, żeby wszystkie elementy układanki się zazębiły. Wypuszczony z zakłady psychiatrycznego profesor Litvinus, wynajmujący mieszkanie w domu, w którym mieszkała matka Arnego, planuje wykonanie rytuału, dzięki któremu przeniesie się w czasie. Hipnotyzuje Arnego, który podczas hipnozy trafia do XVI wieku, gdzie - jako wiejski chłopak Aron - ma uratować skazaną na stos Beate, uznaną za czarownicę. Do uratowania przydaje się pudełko, które ma przekazać matce; rzeczywistość miesza się tu ze snami, Arne przemieszcza się w magiczny sposób między zagrożonym mieszkaniem profesora a Kolumną Zwycięstwa, gdzie budzi się z hipnotycznego snu po wykonaniu zadania.

Inne tego autora tutaj.

#41

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela czerwca 17, 2018

Link permanentny - Tagi: skandynawia, panowie, kryminał, 2018 - Kategoria: Czytam - Skomentuj


O Dzielnicy Zamkowej

[05.2018]

Maj w tym roku mogłam - ze względu na konieczność wybrania 5/12 urlopu - częściowo spędzić w mieście. W ciągu dnia! Bez wyrzutów sumienia! Bez celu! Mogłam posiedzieć w parku Mickiewicza pod Teatrem Wielkim, gdzie jak co roku po sezonie z płatków tulipanów pojawiło się coś ładnego (a konkretnie wielkopolska powstańcza rozetka).

Mogłam przejść się po rozoranym Świętym Marcinie i obejrzeć wystawę World Press Photo; w obu przypadkach było mi smutno, bo chociaż Święty Marcin będzie po remoncie ładniejszych, tak kondycja świata zaobserwowana przez reporterów nie wróży dobrze. Zdjęcia ciekawe, niektóre piękne, większość przerażająca. A jak już byłam w okolicy, weszłam na chwilę do pobliskiego budynku UAM, gdzie spirale schodów ozdobione są marmurem (oraz jest chłodno).

Przypadkiem już zupełnym zorientowałam się, że podczas Nocy Muzeów można zwiedzić kilka zwykle niedostępnych budynków. Gmach Dyrekcji Poczty Polskiej zdecydowanie warto - może nie ma takiego wow factor jak Collegium Maius, ale można w nim zabłądzić, wspiąć się po spiralnych schodach oraz odkryć ukryty dziedziniec.

Bar z zupami to dla mnie nowość, chociaż pewnie wszyscy byli; ogromnie wspieram ideę baru z zupami. W Zuppi na Św. Marcinie 63 można porcję ciepłej zupy z pieczywem i to bardzo szybko. Na zdjęciu zupa z młodej kapusty z boczkiem (oraz talerz z aluzją).

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek czerwca 14, 2018

Link permanentny - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - Komentarzy: 2