Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Łukasz Orbitowski - Kult

Oława, pamiętny rok 1997, powódź tysiąclecia. Zbyszek, fryzjer męski, mąż i ojciec, opowiada historię swojego brata, Henryka. Henio od dzieciństwa był “trochę nie tego”, łatwo się gubił, często zamyślał, był niespecjalnie inteligentny, zainteresowany światem, ale na swoich warunkach, tu upadł na głowę, tam sobie coś innego uszkodził, w dorosłe życie wszedł więc z rentą i pod niechętną opieką brata i jego żony. I do tego momentu historia jest taka zwyczajna, gdy wtem Heniowi na działkach objawia się Matka Boża, co zapoczątkowuje ogromny kult, który jednoczy wiernych (“jeremiaszów”) i grupkę szukających zarobku przy proroku Heniu wraz z pomocnikami (“mateuszów”). Henryk uzdrawia ludzi dwa razy w tygodniu, raz na jakiś czas ma objawienia, ostatnią osobą, która w to wierzy, jest Zbyszek, ale że to brat, to wspiera go w wieloletniej walce z kościołem i partią, współpracując z ze swoimi szkolnymi kolegami - księdzem Romkiem i partyjniakiem Waldkiem.

Pomijając niejednoznaczność historii rodzinnej, opowiadanej przez Zbyszka, wiarołomnego męża i cynika, ale mimo to kochającego brata - bo nie wiadomo, czy rzeczywiście przez naiwnego Henia przemawiała Matka Boża Oławska, czy jednak były to omamy powodowane uciskiem krwiaka na mózg - to fantastyczny opis okresu przemian lat 80. i 90. w małym miasteczku pod Wrocławiem. Budowa sanktuarium, sfinansowana z datków “jeremiaszy”, przeprowadzona całkowicie na dziko, przejście od schyłkowego socjalizmu do pierwszej zachwytu kapitalizmem, o tym starzejący się Zbyszek opowiada młodemu Łukaszowi, alter ego autora. Ironicznie, ale nieoceniająco - owszem, może i to wszystko to był zabobon, nakręcany przez cwaniaków kosztem nieco opóźnionego Henia, ale tylko Zbyszkowi wolno było z tego kpić; z perspektywy roku 1997 nic nie jest już takie oczywiste. Opowieść oparta jest na faktach - był w Oławie lokalny “prorok”, Kazimierz Domański, z wizjami, budową nieuznawanego przez kościół miejsca kultu i tłumami zadeptującymi ogrody działkowe - ale dużo, mam wrażenie, pochodzi od samego autora i czyta się to doskonale (jakie ten chłopak ma ucho do języka!). Dees ma o “Kulcie” ładną notkę.

Inne tego autora.

#101

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek września 19, 2022

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2022, beletrystyka, panowie - Skomentuj


O zieleni w mieście

[17.08.2022]

To był najbardziej chyba upalny dzień tego lata, przynajmniej dla mnie. Może decyzja zwiedzania ogrodu botanicznego nie była najtrafniejsza, ale - absurdalnie - okazało się, że w przepastnych pawilonach oranżerii było chłodniej i przyjemniej niż na dworze. Tak jak poprzednio, obejrzałam tylko kawałek obiektu - oranżerie i kawałek lasu, tym razem z powodu upału i planów na dalszą część popołudnia. Może kiedyś. W ogrodzie przy oranżeriach jest kawiarnia, niestety tylko gotówką (Niemcy, ogarnijcie się), a w środku poza ogromem roślin, wodospadami i akwariami bywają jaszczurki.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela września 18, 2022

Link permanentny - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: berlin, niemcy, ogrod-botaniczny - Skomentuj


Never Have I Ever

Devi Vishwakumar miała traumatyczną pierwszą klasę - podczas szkolnego koncertu umarł jej ojciec, a niedługo potem 15-latka straciła władzę w nogach na kilka miesięcy, przez co stała się znana w szkole, ale nie w ten dobry sposób, tylko jako “ta biedna dziewczyna”, “nieruchalna”, “kujon na wózku”. Po odzyskaniu zdrowia fizycznego, Devi zdecydowała, że chce swoje życie zmienić, stać się popularną dziewczyną, a uzyska to dzięki związkowi z najładniejszym chłopakiem w szkole, Paxtonem. Wraz z równie niepopularnymi przyjaciółkami - egzaltowaną Eleanor i nieco androgyniczną Fabiolą - podejmują różne, czasem bardzo karkołomne przedsięwzięcia, żeby dotrzeć do celu. Devi, jak się łatwo domyślić po personaliach, nie jest wiotką blondyną w typie czirliderki, tylko amerykańską Hinduską[1], ale jednak to nie etniczny wygląd jest jej problem, a temperament i nieprzewidywalność. Potrafi rzucać rzeczami, zawodzić przyjaciół i rodzinę, skręcić awanturę z niczego, zaproponować pożycie intymne obiektowi pożądania (a potem uciec), rywalizuje ze wszystkimi, zwłaszcza bogatym kujonem Benem, do tego bez wahania kłamie i oszukuje. I tak jak udało się jej podnieść z choroby psychosomatycznej, tak jej psychika jest w dalszym ciągu rozsypana po śmierci ojca. W tym celu chodzi do psycholożki, która usiłuje pomóc okiełznać chaos w głowie nastolatki.

Serial jest ewidentnie skierowany do młodzieży, ale bawi mnie nader. Kwintesencja wszystkich miłosnych dramatów w liceum, konflikt z nadopiekuńczą matką (i babką), ale też samotność osoby innej niż reszta - te motywy są bardzo oklepane, ale podane w świeży, zabawny, ale nie slapstikowy sposób. Zdecydowanie bardziej do mnie przemówił niż podobny tematycznie ”Sex Education”; tu też pojawiają się wątki określenia własnej orientacji, problemów zdrowotnych czy odrzucenia. Jedyny chyba problem miałam z aktorem grającym Paxtona, który nie dość, że jest młodszą wersją Jamesa Franco, jest prawie 30-latkiem grającym 17-latka.

[1] Przy czym, oczywiście to subiektywne, aktorka jest przepiękna - ma śliczną twarz, obłędne włosy, z czasem jej figura rozwija się w tę stronę, że na jej widok biskup wybiłby głową dziurę w witrażu, że sparafrazuję Chandlera. Nie wiem, naprawdę, skąd pomysł, że Devi jest “nieruchalna”.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek września 15, 2022

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Skomentuj


Arkadij i Gieorgij Wajner - Wizyta u Minotaura

Rok 1970. Ktoś włamuje się do mieszkania znanego moskiewskiego wirtuoza skrzypiec i kradnie - poza rzeczami wartościowymi - oryginalnego Stradivariusa. Książka jest dwuwątkowa - przyklejona nieco od czapy historia wielkich rodów, produkujących skrzypce (Stradivari, Amati, Guarneri), przeplata się z przebiegiem śledztwa. Śledczy Tichonow pracuje ze śledczą Ławrową, ewidentnie coś między nimi iskrzy, ale poza grzecznym pocałunkiem w policzek na koniec sprawy, do niczego nie dochodzi (poza okazjonalnymi rozważaniami, czy Ławrowa nie wyjdzie za mąż i przestanie pracować w milicji, bo mąż nie pozwoli). Ton jest raczej ironiczny, jest na przykład trochę szydery z pracoholizmu szefa (“ - My i tak pracujemy wedle pańskiego ulubionego schematu: jak najwcześniej zacząć, jak najpóźniej skończyć, ale za to bez przerwy. Jak długo można?! - Nie wiem. Może jeszcze ze dwie godziny dłużej”), ale chwilę później przechodzi w patos (“a samo tylko niebo, łagodna jesień i cały nieprawdopodobnie piękny świat rozpościerający się dokoła nie mogą dać spokoju, jeśli wokół nas nie ma ludzi i ich ciepła, ich sympatii, choćby odrobiny najzwyklejszej ludzkiej miłości…”). W trakcie śledztwa zostaje aresztowanych kilka osób[1], wychodzi sprawa przestępstwa i szantażu sprzed lat, jedna osoba popełnia samobójstwo, a w powidokach mowa jest o oblężeniu Leningradu i śmierci głodowej w 1943 (i spekulantach, oczywiście). Kluczowym śladem jest puszka marynowanych maślaków. W nagrodę za rozwiązanie sprawy Ławrowa i Tichonow dostaną cenne podarki - malutkie odbiorniczki radiowe za 30 rubli sztuka. Tytułowy Minotaur to przestępca, ukrywający się w głębi labiryntu kłamstw i zatartych tropów.

Się pali: siewiery, “Rygę” z filtrem, tytoń „Kapitański”, „Złote runo”, zieloną machorkę i holenderską czerwoną „Amforę”.

Się pije: wódkę i zakąsza cukierkiem, lokalne wino.

Się je: bulion w filiżance i gorące pierożki, jarskie sznycle z kefirem, jajecznicę, mleko i bułkę, pstrąga w białym sosie i ormiański chleb.

Się nie je: bekonu[2].

Się wykorzystuje: kobiety (“zwabił do siebie do domu i upił. A pijana dziewucha, wiadomo! Zepsuł ją, a potem poniewierał jak psa”).

Się robi wynalazki: “jakieś mądrale tak długo gotowały wodę, aż wyszła im woda zupełnie do wody niepodobna — kleista, ciągliwa, nie zamarzająca i kwaśna w smaku. No i powiedz, na cholerę mi taka woda, co to ani napić się, ani umyć!”.

Się karmi: psa czekoladowymi cukierkami. Nie róbcie tego, czekolada psu szkodzi.

[1] Na przykład fachowiec, który narzeka na system…

— Za darmo? — łypnął ze złością Mielnik. — Jeśliby życie inaczej się ułożyło, byłbym milionerem, własną fabryką bym kierował, a nie w ciupie u ciebie ze złodziejami rozmawiał…
— Dlaczego ci się to twoje życie nie ułożyło?
— Dlatego, że nie pozwalacie po ludzku żyć! Jeśli człowiek potrafi i chce pracować, powinien coś z tego mieć. Ja umiem pracować, a obok mnie udaje robotę darmozjad. Jemu za pracę społeczną, za gadaninę — dyplom, a on, jak każdy głupi, cieszy się z byle czego, a mnie na cholerę ten dyplom? Ja chcę mieć z roboty korzyść, a mnie dają premię, piątkę w zęby i na tablicę honorową! Przodownik!... A ja waszych zaszczytów nie potrzebuję. Ja chcę zarobić. Gdybym dostał tyle, ile uczciwie zarobiłem, to nigdy bym na cudze nawet nie popatrzył.

[2] “Pamiętam, że kiedy wyświetlali „Wyspę skarbów”, jeden z jej bohaterów mówił, że jest człowiekiem prostym, któremu do szczęścia potrzeba tylko bekonu, jajek i rumu, my — głodne dzieci wojny - zaczynaliśmy się śmiać jak szaleni, sądząc, że to tylko taki bezczelny kawał.”

Inne z tej serii.

#100

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek września 13, 2022

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2022, kryminal, panowie, z-jamnikiem - Skomentuj


Terry Pratchett - Ruchome obrazki

Umiera ostatni strażnik Świętego Gaju, dawniej zwanego Holy Wood. Ponieważ braknie tajemniczych rytuałów, z pogrzebanego w piaskach pustyni miasta zaczyna przesączać się do świata Idea, trafia do Ankh Morpork i powoduje szereg wydarzeń, w wyniku których w Gildii Alchemików zostaje wynaleziona celuloidowa taśma. Trzeba uważać, bo łatwo się zapala, ale jak się nie zapali, to można zarejestrować na niej film, co daje początek kina w Świecie Dysku (powiedzmy, że początek, bo ze strażnika i rytuałów można wnioskować, że coś już się kiedyś takiego działo). Do Świętego Gaju zaczynają ciągnąć różne osoby - nieudany mag Victor, Ginger, która marzy o sławie, Gardło Sobie Podrzynam Dibbler, trolle, krasnoludy i mówiący pies Gaspode. Oraz tysiąc słoni.

Cokolwiek nie rozumiem, czemu ten tom nie trafił do cyklu o Magach; powód, że jakoby brakuje tam Rincewinda, odrzucam jako niezorganizowaną. Mnóstwo nawiązań do filmu - “Przeminęło z wiatrem”, “King Konga” (z gościnnym udziałem Bibliotekarza), “Czarnoksiężnika z Krainy Oz”, “Deszczowej piosenki” i innych klasyków, oczywiście w dyskowym sztafażu. Magowie może nie grają pierwszych skrzypiec, ale z dużym udziałem Windle Poonsa pomagają przywrócić bazowy poziom rzeczywistości.

Inne tego autora.

#99

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek września 12, 2022

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2022, panowie, sf-f - Komentarzy: 3


O tym, co jeszcze się nie rozsypało

[20.08.2022]

(Nie, nie będzie o mojej wyremontowanej łazience, no chyba że chcecie).

Kiedyś można było w niektóre soboty na Targ Staroci, dziś Starą Rzeźnię można oglądać przy wyjątkowych okazjach, a i to nie wiadomo, jak długo, zanim się nie rozpadnie. Tym razem wyjątkową okazją była akcja pt. Zabytek Otwarty, więc - z K. i M. oraz niestety również z tłumem ludzi - poszłam obejrzeć, co z zabytku zostało. Nie wszędzie można było wejść, przewodnika mimo nagłośnienia niestety nie było słychać, upał oraz wspominałam, że tłumy ludzi? W połowie zwiedzania więc poddałam się i poszłam z dziewczynami na (bezalkoholowego) drinka do Orzo. Kilka zdjęć jest z pobliskiej równie zabytkowej uliczki o nietypowej nazwie Grochowe Łąki.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela września 11, 2022

Link permanentny - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - Tag: photowalk - Skomentuj


Sandman

Z jednej strony mój stosunek do Gaimana jest, oględnie mówiąc, skomplikowany. Czytam, często z przyjemnością, bo umie chłopak pisać, jest niespodziewanie, eklektycznie, nikt tak nie umie w łączenie rzeczy, których wcześniej inni ze sobą nie łączyli. Jednocześnie po lekturze nie zostaje mi zwykle albo nic, albo takie smętne “meh”, żadnych emocji. Z drugiej strony równie skomplikowany stosunek mam do samego “Sandmana”: od lat wszystkie chyba wydane w Polsce tomy oczekują na półce, bo przeczytałam jeden czy dwa, potem - zmęczona oczekiwaniem na wydanie kolejnych - odłożyłam sprawę, jak wyszedł kolejny, zapomniałam, co czytałam, w efekcie nigdy nie przeczytałam w całości. Teraz, skoro serial, mam przynajmniej pretekst, żeby wreszcie kultowy komiks nadrobić, a żeby się nie przepracować, to wybrałam sobie opcję czytania w tempie oglądania, dla mnie i mojej coraz krótszej pamięci optymalną.

Najpierw komiks - dla porządku zanotuję, że przeczytałam 4 i ½ tomu - “Sen Sprawiedliwych”, “Nadzieję w piekle”, dwa tomy “Domu Lalki” i pół “Krainy snów”[1]. Wspomniałam, że kultowy? Więc niestety, jak to u Gaimana, wyszłam z lektury raczej z poczuciem, że o co ten cały hałas. To jest przyzwoita, ciekawa historia, należycie wielowątkowa, problem w tym, że… miałka. Zabawa mitami, element nadnaturalny zestawiony z ludzkim życiem, nikt się niczemu nie dziwi, niby te dwa światy są ze sobą połączone, ale nikt nie wnika, czemu coś się stało. Dodatkowo niektóre wątki w komiksie mocno się zestarzały, są niektóre dialogi, od których wiało krindżem. Możliwe, że zweryfikuję moją opinię po przeczytaniu kolejnych tomów, ale to trochę potrwa.

Dlatego nie ukrywam, że jestem zachwycona, jak kreatywnie serial podszedł do otrzymanego materiału. Wygładził krindż, dopisał fabułę tam, gdzie jej zabrakło, czasem zwyczajnie nieestetyczne rysunki zastąpił świetnymi aktorami. Niestety, najsłabsza jest postać głównego protagonisty - Króla Snu, Morfeusza - jeśli go nie ma, są emocje, wzrasta moje zainteresowanie tym, co się dzieje, kiedy wchodzi Morfeusz, zaczynam tracić zainteresowanie. I tak, za najlepszy epizod uznaję ostatni, składający się z przepięknie animowanego, przejmującego “Snu tysiąca kotów” i mrocznej “Kalliope”. Fabuła pierwszego sezonu to trzy powiązane ze sobą historie - przypadkowe uwięzienie Morfeusza przez ezoteryka Burgessa i w efekcie uśpienie na 70/100 lat grupy ludzi, w tym Unity Kincaid; poszukiwanie przez Króla Snu skradzionych mu artefaktów; wreszcie, próba przywrócenia świetności Królestwa i walka z Wirem Snów, a przy okazji przywrócenie do świata snu zbiegłych pod nieobecność władcy marzeń i koszmarów sennych.

PS Oczywiście nie przeszkadza mi, że postacie białe w komiksie grają czarni aktorzy czy że zamiast Johna Constantine’a jest Johanna, a Gwiazda Zaranna czy Lucienne grane są przez kobiety. Niestety, moja przyjaciółka H. zepsuła mnie bezpowrotnie, mówiąc, że rolę Pożądania (Desire) gra Agata Kornhauser-Duda i niestety to mi przysłaniało wszystko podczas oglądania, więc nie umiem docenić uroku tej osoby, której nie umiem prawidłowo zdeklinować (Mason Alexander Park).

[1] Czemu pół, zapytacie. Albowiem, zanim wyjdzie kolejny sezon, zapomnę, co przeczytałam i będę czytać ponownie, a trochę szkoda mi czasu.

#98

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota września 10, 2022

Link permanentny - Kategorie: Czytam, Oglądam, Seriale - Tagi: 2022, komiks, panowie - Komentarzy: 2


O wspinaniu się

[19.08.2022]

Jeśli widziałyście 3 zdjęcia z Berlina, to jest duża szansa, że jedno z nich przedstawiało właśnie złotą figurę kobiety w zwiewnej szacie (pozostałe to Brama Brandenburska i Wieża Telewizyjna). Jeśli byłyście w Berlinie, to jest równie duża szansa, że wjechałyście na rondo na środku Tiergarten i wspomnianą złotą damę zobaczyłyście z jednej z gwiaździście układających się dróg dojazdowych. To właśnie jest Siegessäule, Nike/Wiktoria na szczycie 60-metrowego postumentu, postawiona w drugiej połowie XIX wieku w celu upamiętnienia zwycięstwa nad Danią, które zaowocowało przyłączeniem do Prus Szlezwiku-Holsztyna. Tyle historii. Wspominałam parokrotnie, że zasadzałam się na wspinaczkę na Statuę Zwycięstwa od dawna, ale zawsze coś stawało na drodze - a to zima i ciężka przyodziewa, a to covid, a to protesty Q-Anon. Tym razem się udało, na środek ronda wbija się tunelem, w środku nabywa niedrogi bilet i drogą butelkę wody (przydaje się, można wziąć własną) i się wspina 285 stopni do góry. Wbrew przypuszczeniom, rodzina nie narzekała mocno, wspina się dość wygodnie, klatka schodowa malowniczo skręcona w różnego typu ślimaczki, można sobie przysiąść po drodze i zrobić postój na platformie, gdzie ściany wyłożone są mozaiką z kafelków Villeroya-Boscha. Na samej górze obowiązkowo wieje, miejsca jest mniej, ale za to widoki przepiękne - można obejrzeć panoramę 360 Berlina przez skromne złote barierki albo zajrzeć Nike pod szatę. Bardzo przyjemne doświadczenie, polecam.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek września 6, 2022

Link permanentny - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: berlin, niemcy - Skomentuj


O niemieckim kąpielisku

[17.08.2022]

Od zawsze marzyłam, żeby pojechać do kurortu - plaża, kosze plażowe, pomost, przebieralnie, elegancki podwieczorek z obrusem i porcelaną. Absurdalnie najbliżej tego byłam ostatnio podczas majówki na Uznamie, kontynuując więc tradycję nietypowych niemieckich zakątków, przy okazji wyjazdu do Berlina, pojechałam sobie na plażę. Wannsee wygląda jak taka lepsza miejscowość nadmorska - sosny, domy wczasowe, ludzie w słomkowych kapeluszach obwieszeni kółkami do pływania, bogato wyglądające domy letniskowe, tylko zamiast morza jest jezioro, a nawet dwa - Wielkie Wannsee i Małe Wannsee. Strandbad Wannsee, kąpielisko z początku XX wieku, jest płatne, ale niedramatycznie (bilet rodzinny 9 euro), w środku piękna, szeroka plaża ze złotym piaskiem, zapewne nie zdziwi Was, że przywiezionym znad Bałtyku, koszami, parasolami i tłumem ludzi, mimo że było to popołudnie w środku tygodnia. Płycizna ciągnie się wiele metrów, można też zbierać muszelki. Bardzo przyjemne miejsce na upały. Na późny obiad trafiłam do uroczej meksykańskiej restauracji w leżącej nieopodal miejscowości Kleinmachow.

Adresy:

  • Kąpielisko - Wannseebadweg 25, Berlin
  • El Tampico - restauracja meksykańska, Karl-Marx-Straße 20, Kleinmachnow

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela września 4, 2022

Link permanentny - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: berlin, niemcy, wannsee - Skomentuj


Siri Hustvedt - Wspomnienia przyszłości

Przyznam się do nieogaru, ponieważ rzuciłam się na ebooka na promocji jak wilk na owieczkę, myśląc, że to odpowiedź żony Knausgårda na “Moją walkę”, ale do myślenia dało mi, że 63-letnia autorka opisuje kilka miesięcy z roku 1979. Więc owszem, żona, ale Paula Austera. Żona Karla Ove to znacznie młodsza Linda Boström (Knausgård).

Przewrotnie zaczęłam od nuty przypisania, bo książka jest zaprzeczeniem tezy, że jedyna wartość kobiety to bycie “przy mężu”, nawet tak znanym jak Auster. Siri, zwana ze względu na miejsce pochodzenia Minnesotą, ma 20 lat i w Nowym Jorku rozpoczyna studia i pisarską karierę. Mieszka w malutkim mieszkanku po sąsiedzku z ekscentryczną Lucy, którą podsłuchuje przez ścianę. Poznaje przyjaciół na całe życie, z którymi prowadzi wielogodzinne rozmowy, gdzieś przewija się przyszły mąż Walter, znany fizyk (co pozwala podejrzewać, że jednak bohaterka nie do końca jest tożsama z autorką), doznaje traumy, wreszcie fascynuje się postacią ekscentrycznej dadaistki, baronowej Elsy von Freytag-Loringhoven. A wszystko to odtwarza na bazie pamiętnika, który znalazła przy porządkowaniu domu 90-letniej matki, dzięki czemu może z perspektywy 40 lat skonfrontować swoje wspomnienia ze świeżymi notatkami ze wspomnianego okresu. Dużo przeskoków między wtedy i teraz, wprowadzania fikcyjnych obserwatorów, dygresji i rozważań nad feminizmem, rolą kobiety w literaturze i nieco sarkastycznych obserwacji o seksualności.

Nie rzuciło mnie na kolana, za dużo zabawy formą i analiz literackich z pozycji erudycyjnej, ale te fragmenty o życiu Minessoty w 1979, z szaloną sąsiadką-wiccanką, przyjaciółkami poetką i striptizerką, były ciekawe.

#97

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota września 3, 2022

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2022, biografia, panie - Skomentuj