Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Teneryfa - Teide

Ja wiem, że Kanary to przede wszystkim plaże i ciepło, ale chociażby tylko dla możliwości spojrzenia z góry na chmury, kłębiące się poniżej wulkanu, warto wjechać na Teide.

Nie opowiem, jak to zrobić, żeby dostać się na sam czubek, bo to opcja wymagająca pozwolenia i/lub nocowania w schronisku, a ja - oczywiste - jestem na to za leniwa, ale mam znajomych, co owszem. Wybrałam opcję wjechania samochodem pod stację kolejki linowej, wjazd kolejką i krótki spacer w górę (w moim przypadku bardzo krótki, o czym za moment). Co warto zrobić, to kupić bilety on-line przed wjazdem - teoretycznie kupuje się je na określoną godzinę, ale w razie czego można je prawie do samego końca przełożyć na później; dodatkowo, system rezerwacyjny informuje mailem o tym, że konkretnego dnia kolejka nie jeździ z powodu kiepskich warunków atmosferycznych i pozwala na zmianę terminu w ramach wolnych miejsc. Bilety - tak jak do Obserwatorium - kupowałam na stronie www.volcanoteide.com; są różne opcje (sam wjazd, przewodnik, wjazd połączony z wizytą w Obserwatorium) oraz warto poszukać kodów (aktualnie działa "wyspy-szczesliwe10" na 10% zniżki).

Po drodze na Teide są dwa parkingi, oba bezpłatne - jeden niżej, mniejszy, na jakieś kilkadziesiąt samochodów, można zaparkować i wejść do stacji kolejki po stromiźnie (co zapewne nie zajmuje kwadransa, ale to już jak kto lubi), drugi większy tuż przy stacji kolejki, oba bywają zatłoczone, ale jest dość płynny ruch i miejsce się znajduje (oczywiście jak się ma bilety i za 5 minut upływa termin, to bywa gorąco). Wszędzie wiszą ostrzeżenia, że na górnej stacji (wjazd z 2356 na 3555 m n.p.m.) temperatura spada drastycznie, a odczuwalna bywa poniżej 0. Czy sprawia to, że ludzie nie wjeżdżają w sandałach lub w odzieży bez rękawów? Ależ. Sam wagonik ma ładowność 44 osoby i zwykle tyle wjeżdża, więc aż do wyjścia ze stacji jest w miarę ciepło, ale potem już zdecydowanie nie. Jak wyżej już przeczytaliście, nie weszłam zbyt wysoko, chociaż ze stacji można iść w górę jakieś kilkaset metrów. Nie ze względu na zimno (chociaż wiało upiornie i grabiały palce podczas robienie zdjęć), ale ze względu na ciśnienie - wysokość odczuwałam głównie w zatokach szczękowych, co dało taki efekt, jakby bolały mnie wszystkie zęby z tyłu szczęki. Nie polecam. Nawet jak o tym teraz piszę, to mnie boli!

Sam wulkan to kupa kamieni, ale jak się patrzy w dół - jest przepięknie. Zbocza są porośnięte zielono i rudo, są kaktusy i krzewinki. I chmury. Wtem świat u stóp i wiadomo, że to bzdura, że chmury są zrobione z pary wodnej, a nie z waty cukrowej.

Tędy pieszo na Teide Krajobraz marsjański / Dojazd przez lasek / Kolorowe przy drodze Można wejść trochę wyżej niż stacja kolejki Wagon w paśniku / Przy podporze się gwałtownie kołysze Parking pod dolną stacją

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa listopada 8, 2017

Link permanentny - Tagi: teneryfa, wyspy-kanaryjskie, hiszpania, teide - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Skomentuj


Teneryfa - Los Gigantes

Mówi się, że na Teneryfie jest jednocześnie kilka stref klimatycznych; od zimy w górach, wiosny w lasach do lata w zachodnich zatokach. Okolice Acantilados de los Gigantes, klifów na zachodnim wybrzeżu, to miejsce bardzo ciepłe, z temperaturą dochodzącą do 30 stopni (kiedy na północy jest raczej koło 23-25). Oczywiście nie tylko dla temperatury warto na klify, ale dla widoków. Nie darmo klify zwane są Los Gigantes - olbrzymie masywy skalne mają wysokość do 600 m n.p.m. Jedzie się oczywiście przez kręte górskie drogi i - jak zawsze - jest kilka sposobów, żeby dotrzeć. Najbardziej wytrzymali podróżnicy mogą dojechać do wioski Masca najbardziej stromymi drogami na wyspie (a znam takich, co jeżdżą tam rowerami i to jest dopiero konkretny hardcore), przejść kilka kilometrów wąwozem do plaży Masca, na którą zawija raz na jakiś statek i zabrać się na wycieczkę w celu podziwiania klifów i delfinów (przy czym klify są zawsze, a delfiny - niekoniecznie). Można oczywiście wersję bardziej leniwą i dojechać bezpośrednio do miasteczka Acantilados de los Gigantes, gdzie da się zjeść bardzo przyzwoity obiad (i już po tym, jak się wysilało swoją kulawą hiszpańszczyznę przez pół godziny, dowiedzieć się, że obsługiwał kelner-Polak, pozdrawiam). Wszystkie drogi prowadzą do portu (albo na pobliską czarną, malutką plażę Los Guios, poza sezonem niespecjalnie tłoczną, w sezonie pewnie i owszem). W porcie pełna oferta z różnymi opcjami - wycieczka w morze od godziny do kilku (z posiłkiem) czy podwózka wspomnianą na plażę Masca i trekking wąwozem. Nie kosztuje to jakichś dramatycznych pieniędzy - najtańsze rejsy łodzią motorową kosztują koło 10 euro.

Widok na klify z wody, zwłaszcza w świetle zachodzącego słońca, jest wart wszystkich pieniędzy. Na północy przy dobrej widoczności widać La Gomerę i półwysep Teno. Szybka łódka też dostarcza dodatkowych atrakcji, zwłaszcza kawalersko prowadzona z rozpryskiem. Niestety, Maj doznał srogiego rozczarowania, bo klify klifami, ale ani delfinów, ani waleni nie było. Następnym razem.

GALERIA ZDJĘĆ.
Restauracja: Paraiso Del Sol, Av. Jose Gonzalez Forte 4.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek listopada 7, 2017

Link permanentny - Kategorie: Listy spod róży, Maja, Fotografia+ - Tagi: hiszpania, teneryfa, wyspy-kanaryjskie, los-gigantes - Skomentuj


Teneryfa - Obserwatorium Astronomiczne

Przy okazji teneryfskiego must-have (czyli wulkanu Teide, o czym niebawem) warto spędzić trochę czasu na zwiedzaniu jednego z trzech najlepszych na świecie Obserwatorium Astrofizycznego, które - ze względu na dobre warunki pogodowe - znajduje się właśnie na zboczu Teide, w obszarze Izaña.

Proza - bilety do Obserwatorium (i nie tylko, bo również na kolejkę na Teide i różne inne aktywności) warto wyklikać na stronie Volcano Teide Experience. Warto, bo limit odwiedzających jest niewielki w ramach grupy językowej (do wyboru angielski, niemiecki i hiszpański), zwłaszcza poza sezonem i restrykcyjnie należy przybyć na określoną godzinę. W różnych serwisach podróżniczych można znaleźć działające kody zniżkowe (np. skorzystałam z 10% kodu wyspy-szczesliwe10). Ponieważ Obserwatorium jest zlokalizowane na wysokości 2390 m n.p.m., bez względu na pogodę “na dole” na wybrzeżu, trzeba się zaopatrzyć w coś cieplejszego i nieprzewiewnego, bo może w słoneczny dzień nie jest aż tak zimno jak na samym Teide, ale tak samo wieje. Oraz w okulary przeciwsłoneczne i krem, bo tak jak na Teide, słońce operuje bez ostrzeżenia.

Dalej to już wzrokowa poezja - sama droga do Obserwatorium jest przepiękna - kręta, wznosząca się ostrymi zakosami przez chmury, czasem tuż przy krawędzi stromo opadającego zbocza. Są dwie możliwości - albo są chmury i nie widać nic, bo jedzie się w chmurach, albo są chmury i zza nich widać coś i to coś jest obłędne. Są pobocza, są punkty widokowe (niestety na niektórych drzewa na tyle pozarastały, że nawet jak chmury pozwalały coś zobaczyć, to drzewa już niekoniecznie); autokary jadące na i z Teide ostrzegawczo trąbią. Ponieważ jestem z natury Filifionką, martwiłam się, że się spóźnimy i pewnie po części z tego powodu, a po części z powodu ostrych zakrętów i raptownych zmian wysokości po drodze w górę rozbolał mnie brzuch. Nie spóźniliśmy się, z powrotem już się tak nie stresowałam.

Wycieczka po obiektach Obserwatorium zajmuje ok. 2 godzin (łącznie z oczekiwaniem na wjazd). Marsjański krajobraz (jeśli Mars byłby porośnięty porostami i krzakami, oczywiście), konsekwentnie białe budynki (w celu odbicia promieni słonecznych i nie nagrzewania powierzchni) i bardzo sympatyczny przewodnik. Trochę historii przedsięwzięcia, trochę logistyki i wielkich liczb, bardzo ciekawa prezentacja o specyfice i narzędziach pracy astronoma (dla dzieciaków hitem była prezentacja kamery termowizyjnej), można popatrzeć przez mocny filtr na słońce (chociaż mieliśmy dość kapryśną pogodę i mimo że zwykle Obserwatorium jest nad pasem chmur, tego dnia czasem nie było wiele widać). Można fotografować wszędzie tam, gdzie można wejść.

Wszystko za mgłą / Rzut oka w niskie zarośla / Nie ma mgły IAC / Zawiało, znowu mgła Oryginalna wielkość luster Gran Telescopio Canarias (GTC) / Schemat Teleskop automatyczny Kopuła teleskopu / Ziemia, taka malutka Teide w chmurach Zasłania i mgła, i drzewa / Nic nie zasłania Teide / Urwisko Jeden z zakrętów

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek listopada 6, 2017

Link permanentny - Tagi: teneryfa, teide, hiszpania, wyspy-kanaryjskie - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Skomentuj


Teneryfa - La Orotava / Icod de los Vinos

[4/6.11.2017]

Na Zachód od Puerto de la Cruz jest kilka urokliwych miasteczek - zdecydowanie warto przejechać się wzdłuż wybrzeża, żeby je po kolei odwiedzić. Tydzień to zdecydowanie za mało, więc dziś zdjęcia z dwóch - La Orotavy i Icod de Los Vinos, chociaż w planie były jeszcze Garachico i najbardziej wysunięte na zachód Punta de Teno (nie wspominając o punktach widokowych, których po drodze jest kilka - Mirador de San Pedro czy Mirador de la Corona). Do Garachico nawet wjechaliśmy, ale ze względu na makabrycznie zastawiony parking (a na parkingu warto parkować, bo miasteczko jest na skale, więc uliczki są nie dość, że wąskie, to jeszcze jednokierunkowe i nieco wbrew logice ciągle pod górę) i jęczącą młodzież, która domagała się plaży, odpuściliśmy na korzyść wcześniejszego powrotu i namoczenia się w wodzie.

La Orotava jest prześliczna - pełna filigranowych domów zdobionych drewnianymi koronkami, z drewnianymi okiennicami i charakterystyczną stolarką zdobioną rombami, z kilkoma ogrodami botanicznymi (niestety, w listopadzie nie był czynny największy - Jardínes del Marquesado de la Quinta Roja, przeszliśmy przez mniejszy La Hijuela del Botanico). Miasteczko wymaga mocnych nóg ze względu na kąt nachylenia większości ulic, ale przezornie w wielu miejscach są ławki. Parking (darmowy) można znaleźć przy jednej z bardziej znanych atrakcji - Casa de los Balcones, lokalnym muzeum etnograficznym i sklepie z pamiątkami.

Restauracje: Cafeteria Venezia - małe bistro z tapasami (i mała kawiarenka, gdzie mieli dobre frytki, ale zapomniałam adresu).

Widoki za milion euro Wulkaniczny piasek do wysypywania piaskowych dywanów / Alfombrista Casa de los Balcones (Dom z Balkonami) Liść bananowca / Z La Orotavy wszędzie daleko Ogródek - La Hijuela del Botanico Kolorowe / Ściana cmentarza Kołatka / Sklepik z pamiątkami / Kafelki Ogród botaniczny, ten zamknięty

Tuż przy Casa de los Balcones jest cmentarz - zupełnie nietypowy, z płytami nagrobnymi wmontowanymi w ściany. Schodzi się, oczywiście, z górki (to chyba ten jeden raz, kiedy zmarłym jest łatwiej, bo nie muszą wracać pod sporym kątem).

W dolinie Icod uprawia się winorośl i - jak widać - bananowce.

Plantacja bananów na wybrzeżu Zatoczka przy Garachico

Icod de los Vinos zaskoczyło mnie ulewnym deszczem - takim, że ulicami płynęła woda, a pod daszkiem kawiarni, pod którym się skryłam z resztą rodziny i przypadkowymi przechodniami, główną aktywnością właściciela było strącanie szczotką wody. Nie żeby to przeszkadzało radosnej atmosferze - ciepło, a jak pada, to przestanie, a buty wyschną. I tak sobie staliśmy aż się przejaśniło, żeby zobaczyć najstarszą na Teneryfie dracenę, El Drago (Drago Milenario) - Smocze Drzewo. Można bezpłatnie popatrzeć z tarasu obok Casa el Drago, można wejść do parku poniżej (wstęp kosztuje kilka euro). Nie weszliśmy do motylarni (Mariposario del Drago), bo nieco zmokliśmy i wszyscy domagali się kawy i/albo ciasteczka, co pozyskaliśmy w pobliskiej kawiarni, której - oczywiście - aktualnie nie mogę zlokalizować.

Drago millenialis Padało

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek listopada 6, 2017

Link permanentny - Tagi: teneryfa, wyspy-kanaryjskie, icod-de-los-vinos, la-orotava, hiszpania - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Skomentuj


Teneryfa - Anaga

Jak obiecałam, z Las Teresitas można pojechać w te zachęcające górki drogą TF-12. Jak to na Kanarach, drogi są bardziej niż przyzwoite, z licznymi zatoczkami i punktami widokowymi, oddzielone betonowymi bloczkami od przepaści (co oczywiście nie oznacza, że nie mam wizji malowniczego upadku ze zbocza, znacie mnie). Ponieważ serpetynkami wjeżdża się całkiem wysoko, mgła ściele się po asfalcie, a widoczność bywa ograniczona; jeśli nie ma mgły, widoki są zjawiskowe.

Góry Anaga to trzeciorzędowy, unikalny w skali światowej (inne zachowały się na La Gomerze i El Hierro) las laurowy, zupełnie inny od europejskich lasów. Pachnący, wilgotny, ciemnozielony. Z punktu informacyjnego przy Cruz Del Carmen prowadzą w głąb lasu trzy trasy, zwane Sendero de Sentidos (Szlak Zmysłów) o różnym stopniu trudności: pierwszy ma długość 340 m i wyłożony jest drewnem, po którym można jechać wózkiem; drugi - nieco dłuższy (544 m) to przejście leśnymi drogami, z których kiedyś korzystali mieszkańcy); trzeci (1270 m) ma około 100 m różnicy wysokości (i to czuć, zwłaszcza że całość szlaku jest na sporej wysokości) prowadzi do punktu widokowego Mirador del Llano de Los Loros, z którego jednak niespecjalnie coś widać, bo jest zarośnięty oraz chmury. Na trasie są ustawione instrukcje, sugerujące, którym zmysłem (zapach, wzrok, słuch, dotyk) najlepiej las odbierać. Teoretycznie w punkcie informacyjnym są darmowe mapy, niestety poza sezonem punkt czynny jest do 16 (co oznacza też brak dostępu do toalety, na szczęście opodal jest mała restauracja).

Zdecydowanie warto na spokojny spacer z dzieckiem, zwłaszcza w upalny dzień - w lesie zwykle jest chłodno. Może nie był to najciekawszy punkt na Teneryfie, ale w połączeniu z Las Teresitas - jeden z przyjemniejszych dni.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopada 5, 2017

Link permanentny - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: teneryfa, wyspy-kanaryjskie, anaga, hiszpania - Skomentuj


Teneryfa - Las Teresitas

Na Teneryfie przeważają czarne plaże wulkaniczne. Piasek nie brudzi (oraz, jak się okazało post factum, reaguje na magnes), ale mimo wszystko jest takie wzrokowe poczucie, że plaża jest "brudna". Więc jeśli nie chcecie na taką plażę, bo Was boli w estetykę, to warto pojechać na plażę Las Teresitas w miejscowości San Andrés (jakieś 7 km od centrum Santa Cruz). Plaża wprawdzie jest sztuczna, zasilona piaskiem przywiezionym w latach 70. z Sahary, ale nie bez powodu uważana jest za najładniejszą piaszczystą plażę Teneryfy. Pewnie w sezonie jest ciasno, w listopadzie - bardzo przyzwoicie, może ludzi odstraszały okazjonalne chmury, z których okazjonalnie kropił ciepły deszcz, mnie bynajmniej nie. I jakby to była sama plaża, to można by wzruszyć ramionami i pójść dalej, ale. Patrzysz w jedną stronę - turkusowa woda z pianką, a kawałek dalej platformy wiertnicze, wielce urokliwe (następnym razem poszukam biletów na platformę). Patrzysz w drugą stronę - najpierw palmy, chwilę dalej klify, na które się wjeżdża (o czym za moment). W trzecią stronę - marina z łódeczkami, tęczowy mostek i kolorowe miasteczko na skale.

Jak już się człowiek namoczy i przekąsi (o czym za kolejny moment), można podjechać pod stroną górkę w stronę miejscowości Igueste de San Andrés do punktu widokowego Mirador de Las Teresitas, skąd można zasilić instagram malowniczymi pocztówkami z podróży albo spojrzeć w drugą stronę na czarną plażę Las Gaviotas. Na górze są resztki budynków (nieudana inwestycja?), bogato ozdobione graffiti (polecam z zewnątrz) i niestety mocno woniejące uryną w środku (czego nie polecam). Dalej tą drogą jedzie się w cudowne doliny, przez które można dojechać w góry Anaga, o czym w kolejnej notce.

Plaża nie dość, że ma bezpłatny parking, toalety i prysznice, ma jakieś małe punkty gastronomiczne oraz bardzo przyjemny bar rybny, prowadzony przez lokalną Spółdzielnię Rybacką (Cofradía de Pescadores de San Andrés). Świeża ryba, pieczone ziemniaki (papas arrugadas) z lokalnymi sosami (mojo rojo, ulubiony TŻ i mojo verde, mój ulubiony), czysta cerata na stołach i - dla mniej wrażliwych - spotkanie ze swoim posiłkiem przed usmażeniem.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopada 5, 2017

Link permanentny - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: hiszpania, teneryfa, las-teresitas, wyspy-kanaryjskie - Skomentuj


Helen Fielding - Dziennik Bridget Jones. Dziecko

Wyłuskałam książkę z hotelowej półki (a trudno było, bo raczej większość w językach skandynawskich, a aż taką poliglotką nie jestem) i jak na leżaczek przy basenie - doskonała. Niestety, to wszystko, co mogę dobrego powiedzieć. Bridget u progu 40-tki ma kryzys, bo chce mieć dziecko, a nie ma z kim. WTEM na chrzcie dziecka znajomej spotyka się z Markiem Darcym, z którym się rozstała, bo tuż po zaręczynach migdaliła się pijana z Danielem Cleaverem. Szybko lądują w łóżku, a jeszcze szybciej Mark przeprasza i ucieka, bo się boi powtórki z rozrywki. Co robi Bridget? Jasne, ląduje w łóżku z Danielem. Ponownie WTEM okazuje się, że jest w ciąży. Niezbyt skomplikowana akcja - o rety, kto jest ojcem dziecka? amniopunkcja? nie! przepychanki między Markiem a Danielem, który z nich głupiej zareaguje i jednak się wycofa - jest bogato nasycona tłuszczem, bo dieta ciężarnej Bridget składa się ziemniaczków zapiekanych z serem i czasem "zdrowotnego" kieliszka wina. Punktem przełomowym jest moment, kiedy Jones uczy się odmawiać, bo zaczyna być matką, a nie marionetką.

Historycznie to tom czwarty, ale sprytnie (zapewne na potrzeby filmu pełnometrażowego) umieszczony przed akcją "W pogoni za facetem"; sprytnie, bo ma postać listu, jaki BJ spisuje dla swojego dziecka, wyjaśniając, skąd się wzięło na świecie.

Inne tej autorki tutaj.

#67

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopada 5, 2017

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2017, beletrystyka, panie - Skomentuj


Wielkopolska w (jesienny) weekend - Łęczyca

[29.10.2017]

Michelle zdradziła mi, że tuż za Luboniem, w miejscowości o dźwięcznej nazwie Łęczyca (ale nie tej od słynnego diabła) można się pod koniec października wytarzać w ogromnej ilości dyń dowolnego kształtu i koloru, niektóre nawet jadalne. Poznań-style pro-tip: 1 zł za kilogram, za ozdobne 2-3 zł. W tym roku się pewnie nie przyda, ale za rok - polecam.

Adres: Łęczyca, Poznańska 39. Dodatkowo strona na FB.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela października 29, 2017

Link permanentny - Kategorie: Listy spod róży, Wielkopolska w weekend, Fotografia+ - Tagi: polska, leczyca - Skomentuj


Good Fight / Sprawa idealna

Jak Good Wife/Żonę idealną kochałam miłością wielką przez wszystkie sezony (Jason! Alicia! Will! Kalinda! Eli! Elspeth! nie wspominając o sędziach i sprawach sądowych), tak Good Fight jednak... niespecjalnie. Oglądam, bo spin-off i sprawy sądowe ciekawe (doskonały odcinek o moderacji na forum, dodatkowo z JC Mitchellem), ale na litość - jak z całej obsady GW można było wybrać dwie najnudniejsze osoby (Diane, Luca), dołożyć im miągwowatą kuzynkę Diane, odrobinę poprawić Marisą Gold, po czym absolutnie zepsuć niewiarygodnym Krestevą (znieształcony otyłością Matthew Perry)? Nie żeby fabuła sezonu cokolwiek ratowała - Diane ogłasza pójście na emeryturę, odchodzi z pracy w Lockhart/Gardner, planuje zakup willi w Prowansji, gdy WTEM wybucha afera - jej krewny, niejaki Rindell, okazuje się być twórcą piramidy finansowej, która właśnie pogrzebała grube miliony, w tym miliony Diane. Willi nie będzie, L/G już jej nie chce, z emerytury nici, wypłacz mi tako rzekę. Do tego serial pokazuje dramat córki Rindella, Mayi, chrześniaczki Diane, która nagle - zamiast obiecującej kariery prawniczej "po znajomości" - musi chodzić na normalne rozmowy o pracę, całe otoczenie jej nienawidzi i już nie akceptuje tego, że jest homoseksualna. Diane nie bez problemów rozpoczyna praktykę w kolejnej firmie, tym razem afro-amerykańskiej, gdzie pracuje już Luca, oczywiście pomaga i Mayi dostać tu pracę. No nie jest to dream team, niestety.

Oczywiście będę oglądać, bo na razie rozprawy sądowe są ciekawe, sędziowie doskonali, dla przełamania prawdziwych dramatów bohaterek jest sporo elementów komicznych (przy czym ostentacyjne nabijanie się z Trumpa nie jest w tym najzabawniejsze), ale powtórzę - na litość, dlaczego?

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota października 28, 2017

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Skomentuj


Tomasz Jachimek - Handlarze czasem

Wuj Franciszek, pogromca rodziny w coniedzielnych quizach (których był autorem) wjechał pewnego dnia na swym wózku inwalidzkim do salonu i oświadczył, że wynalazł maszynę, dzięki której można zarządzać czasem. Kto nie potrzebuje nadmiarowego czasu (np. oczekiwania na spóźniony pociąg), może sprzedać go potrzebującemu i mieć trochę grosza w kieszeni. Po początkowej fali szydery, bo nawet święty by się nie powstrzymał w takiej sytuacji, a co do dopiero upokarzani po przegranych w quizie Grażyna, siostra Franciszka i Piotr, jej mąż oraz babcia Wiktoria, mistrzyni domina (dla ścisłości dodam, że 6-letnie wtedy bliźnięta Hania i Michaś nie szydziły, bo nie znały tego słowa i były zachwycone wujkiem), wynalazek zmienia cały świat, o czym opowiadają kolejne historie.

Jakże ładnie Jachimek opisuje codzienny świat, z lekką ironią, ale i sympatią, nawet gdy rzecz dotyczy krwawej kadrowej czy przypakowanego dresiarza-zabijaki. Wsadzenie absurdalnego wynalazku wuja w całkiem zwykły, codzienny świat przeciętnych ludzi, których życiowym mottem jest "żeby było normalnie, a jeszcze w dodatku sympatycznie", powoduje oczywiście chaos, co, cytując autora, powoduje, że "wtedy przestawało być sympatycznie, za to z powrotem zaczynało być normalnie".

Książkę dawno temu rekomendowała mi moja H., więc posłusznie informuję, że już po chyba 5 latach przeczytałam.

#66

Napisane przez Zuzanka w dniu środa października 25, 2017

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2017, beletrystyka, panowie - Komentarzy: 2