Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Więcej o klub-srebrnego-klucza

Wigiliusz Randoński - Cały ogień na Laleczkę

Autorem jest Tadeusz Kwiatkowskim, człowiek wielu pseudonimów - wydanie poza serią “Klubu Srebrnego Klucza” na okładce miało już nazwisko Noëla Randona.

Całkiem niedawno czytałam kryminał z dokładnie tą samą zaskoczką fabularną - cemrfgęcpn bq yng wrfg j cbyvpwv glyxb cb gb, żrol mrzśpvć fvę an xvzś m cemrfmłbśpv, konretnie "Umrzesz o północy" Moreny.

W Nicei ktoś morduje serią z karabinu maszynowego dwóch na pierwszy rzut oka nie powiązanych ze sobą ludzi (właściciela warzywniaka i impresario artystów), jednocześnie na rynku pojawiają się dolary z serii skradzionej w napadzie w USA kilka lat wcześniej. Inspektor Merlin za pomocą sprytnie znalezionych poszlak trafia do nocnego klubu Cacadou, gdzie próbuje undercover z dwiema policyjnymi maszynistkami rozeznać się w półświatku, ale nic nie zyskuje, a jedynie jest świadkiem morderstwa kolejnego mężczyzny, Amerykanina. Dokooptowuje więc do śledztwa młodego Carpeau, specjalistę od machlojek walutowych i razem wpadają na trop amerykańskiego gangu, którego szef, niejaki Laleczka, uciekł po wpadce do Francji. Carpeau bez wiedzy przełożonego angażuje pannę Rouy, która - wzorem podpatrzonej w kabarecie damy - farbuje sobie włosy na fiołkowo-siwy kolor i proponuje jej wejście do pokoju hotelowego, prawdopodobnie zajmowanego przez Laleczkę, przebranego za kobietę, żeby przestępcę ujawnić. Jako że w hotelu mieszka też amerykański milioner, panna Rouy zgadza się nader chętnie[1] i następuje dramatyczny finał z kolejnym trupem.

To, co jest absolutnie złe, to szowinizm panujący we francuskich służbach w okolicy lat 1950-1960. Inspektor Merlin wybiera najbrzydszą maszynistkę[2] i ją adoruje, podsycając w pozostałych zainteresowanie swoją osobą[3] za pomocą powłóczystych spojrzeń i czekoladek, zabiera też znienacka panie na akcję w nocnym klubie pod pretekstem świętowania urodzin. Niestety, równie kiepskiego zdania o paniach jest autor, który każe się ofiarnej agentce zakochać od pierwszego wejrzenia w podstarzałym Amerykaninie, mimo że ani ona nie mówi po angielsku, ani on po francusku. Komentuje to oczywiście jeden z przestępców:

(...) czekał pan niewinnie na telefon biednej Ninon [Rouy], żeby upewnić się co do przebiegu zdarzeń.
— Tak. Wyjątkowa kretynka.
— Ale odważna.
— Każda jest odważna, kiedy ma na widoku spodnie. Najpierw chciała zaimponować panu, potem wpadł jej w oko Thomson.
— I ona jemu. Pobierają się.
— Szczęść Boże — powiedział z obrzydzeniem Micky.

Się nie ma: urlopu ojcowskiego[4].

Się pije: dżin w bistro (Marly), pernod w barze (Merlin), sok pomarańczowy (Pierri, denat), mazagran (panna Rouy).

Się pali: pall malle, gauloisy, chesterfieldy.

Się nie szanuje Amerykanów (i bagatelizuje przemoc):

Nagle ostry nieartykułowany krzyk kobiecy przedarł się przez narastającą coraz mocniej wrzawę. (...)
— Mówiłam ci, że to spelunka — rzekła panna Camlis do panny Rouy. — Uciekają przez taras, na pewno nie popłacili rachunków.
— Ale co się właściwie stało? — nie mogła zrozumieć panna Rouy.
— Amerykanie gwałcą dziewczęta. Dobrze im tak idiotkom.
— Jak to, na parkiecie? — dziwiła się panna Rouy.
— Nie bądź naiwna. To przecież zwierzęta.
(...)
Panna Camlis siedziała z odrzuconą do tyłu głową, a za jej krzesłem pochylał się Cabs i na ustach towarzyszki inspektora Merlin wyciskał ognisty pocałunek. (...)
— Naprawdę... pan sobie za wiele pozwala — rzekła stłumionym głosem panna Camlis, wydobywając się z objęć Cabsa.
Amerykanin ukazał w cichym uśmiechu zęby i według zwyczaju przytknął palec do skroni.
— Kiedy zbliżył się do mnie po ciemku, pewna byłam, że chce mnie zamordować. Dlatego tylko krzyknęłam — tłumaczyła się panna Camlis. — Bardzo przepraszam…
Inspektor Merlin chcąc nie chcąc postanowił incydent zbagatelizować. W tym celu z godną podziwu naturalnością zaprosił pannę Camlis do baru.

[1]

— Jestem gotowa na wszystko.
— Czy pani się wyrzeknie dla dobra sprawy trochę własnej godności?
— Nie wiem, co pan przez to chce powiedzieć?
— Da się pani sprowokować, pozwoli się pani im przysiąść do stolika i nie będzie pani miała nic przeciwko zaproszeniu jej do "Tarasconu" na doskonałą kawę. Oczywiście ja będę czuwał i ręczę, że pani włos z głowy nie spadnie.
— Z mężczyznami dam sobie radę, jeśli zażądają świadczeń li tylko kobiecych.
(...)
Uśmiechnęła się do słuchawki. Carpeau nie przypuszczał, że jej kontakt z milionerem może przynieść zupełnie odmienne decyzje. Nie wypadało jednak chwalić się tym przed mężczyzną. Przyjęła więc propozycję Carpeau bez komentarza. Zdziwi się dopiero, gdy oświadczy mu, iż wychodzi za mąż za Thomsona.

[2] Pannie Rouy okazywał szczególne względy, to całując jej dłoń, to zakrywając oczy, gdy udało mu się zaskoczyć ją znienacka nad maszyną, to dmuchnąwszy w jej jasne włosy. Była na pewno najbrzydsza spośród wszystkich, i w dodatku najstarsza [czyli pewnie po 30], lecz inspektor hołdował żelaznej zasadzie: "Skoro znajdziesz się w jaskini lwów, wybierz na przyjaciela najgroźniejszego". A panna Rouy miała przykry charakter połączony z nadczynnością tarczycy, które to elementy w symbiozie czynią z człowieka wieczny huragan, zmiatający wszystko, co na drodze.

[3] Inspektor był rzeczywiście przystojnym mężczyzną w wieku, który skłania dwudziestokilkuletnie kobiety do westchnień i umotywowanych nadziei. Pasemka siwych włosów na skroniach dodawały mu uroku, tak jak dobremu dżinowi dodaje prawdziwego smaku kilka kropel vermouthu. Maszynistki uwielbiały inspektora i niejedna skrycie marzyła o zajęciu niepośledniego miejsca w jego sercu.

[4]

— Coś masz skwaszoną minę, Jakubku?
Oficer połączył się z garażami i wydał polecenie.
— Żona rodzi, a ja tu siedzę na dyżurce.
— Idź do starego i powiedz mu, że wykonałeś wyższe zadanie z punktu widzenia polityki populacyjnej i żądasz nagrody za udany w pełni efekt.
Oficer machnął ręką.
— Stary nie cierpi bachorów. Gotów mi wrzepić jeszcze coś w nocy. Za karę.

Inne tego autora, inne z tego cyklu.

#109

Napisane przez Zuzanka w dniu Wednesday September 22, 2021

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2021, kryminal, panowie, klub-srebrnego-klucza - Skomentuj


Patrick Quentin - Szatański spisek

Iris Duluth, znana aktorka, leci na trzy miesiące do Tokio na występy dla amerykańskiej armii okupacyjnej, Peter - który służy w Marynarce - udaje się do San Diego. Wtem budzi się w zupełnie nieznanym miejscu, wśród nieznanych mu ludzi, którzy twierdzą, że nazywa się Gordon Renton Friend Trzeci, a trzy piękne panie są odpowiednio jego matką, siostrą i żoną. Okazuje się, że uległ wypadkowi i poza złamaniem ręki i nogi cierpi na amnezję, nie pamięta więc śmierci ojca, po którym dziedziczy cały majątek. Niestety, nie rozpoznaje żadnej z osób ani domu, a opowiedziana mu historia o tym, jakoby był alkoholikiem i że wszyscy mają nadzieję, że wypadek go z tego uleczy, niespecjalnie mu się klei. Czytelnik oczywiście wie, że w łóżku leży Peter Duluth, wątpliwości bohatera są więc dość oczywiste, zwłaszcza że reaguje na imię Peter (tak podobno nazywa się Gordy’ego) oraz na stojące w wazonie irysy. Udaje mu się dość nieporadnie uzyskać przyznanie się rodziny Friendów do oszustwa - wcale nie jego Gordym, tylko nieznaną ofiarą wypadku bez dokumentów, ale jest niezbędny w roli zaginionego członka rodziny do czasu uprawomocnienia testamentu Frienda seniora, inaczej cały majątek przejdzie na dobro purytańskiej Ligi Czystości “Aurora”. Zanim do tego dojdzie, Peterowi udaje się przespać ze swoją “żoną”, a po uzyskaniu informacji, że nie należy do rodziny Friendów, nader chętnie wtula się biust swojej siostry (a jakby nadarzyła się okazja, to i mamy Friend by nie wyrzucił z łóżka). Już po odbyciu spotkania z Ligą i podpisania wymaganego przez testament świadectwa trzeźwości, do Dulutha dociera, że to tylko część prawdy - śmierć Frienda Drugiego wcale nie była naturalna i jest on wystawiony do roli kozła ofiarnego, odpowiedzialnego za śmierć patriarchy rodu. Musi tylko się domyślić, kto stoi za całą intrygą - śliczna jak obrazek żona, niewinna siostra czy ciepła i troskliwa matka.

Jakie to naiwne i pretensjonalne! Absolutnie niewiarygodna jest trwała utrata pamięci (która cudownie ustępuje, kiedy bohater - już po zakończeniu całej intrygi przegląda gazetę i widzi swoje zdjęcie) u przypadkowej osoby, przywiezionej do Friendów przez znajomego lekarza. Friendowie w ogóle zabierają się do wielkiego oszustwa tak nieporadnie, że tylko na karb otumanienia środkami farmakologicznymi można zwalić to, że Duluth im choć przez chwilę wierzy (babcia z demencją pojawiająca się w środku nocy, zdjęcie syna usunięte z rodzinnej galerii, zwolnienie całej służby). Dodatkowo, znak czasów, bohater skupia się na fizyczności pań - podziwia ich zmysłowość, miękkość ust, atłasowość piersi, zwłaszcza kiedy się do niego chętnie przytulają i go całują. Oczywiście, w finale, jest to coś, co raczej zatai przed ukochaną Iris.

Inne tego autora, inne z tego cyklu.

#108

Napisane przez Zuzanka w dniu Sunday September 19, 2021

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2021, klub-srebrnego-klucza, kryminal, panie, panowie - Skomentuj


Barbara Krzysztoń - Karolino, nie przeszkadzaj

Upalny początek czerwca. Ewa Karska, studentka II roku Wydziału Malarstwa ASP w Krakowie, zaliczyła rok doskonale, brakuje jej tylko wpisu od profesora Janoty, żeby oddać indeks i ruszyć z przyjaciółmi w góry. Udaje się więc do domu profesora, gdzie niestety jest świadkiem jego kłótni z Arturem, studentem i podopiecznym Janoty, a do tego strasznym palantem i bucem. Tuż przed wyjazdem orientuje się, że podczas szamotaniny z Arturem (palant i buc, wspominałam) upadła jej torba w pracowni profesora i prawdopodobnie zgubiła tam dowód osobisty. Na miejscu znajduje znowu Artura, który nie waha się wejść przez okno, tyle że oprócz dowodu Ewy para znajduje też zwłoki profesora. Sprawę prowadzą kapitan Derko i podporucznik Zieja, przy czym niebagatelną rolę odgrywa tutaj babcia Ziei, pani Karolina, z którą wnuk nieregulaminowo dzieli się detalami śledztwa. Obrotna starsza pani w przerwach od szydełkowych “dziergotek” (brr, obrzydliwe słowo) udaje członkinię komitetu rodzicielskiego u sąsiadów zamordowanego, agituje w imieniu Koła Kynologicznego, odpytując przy okazji pół dzielnicy o różne podejrzane aktywności, wreszcie przygarnia do siebie Ewę ewidentnie w celu połączenia ją w związek z wnukiem (happy end!). W trakcie śledztwa pojawia się kilka wątków - handel psychotropami ze szczególnym uwzględnieniem presji, jaka ciąży na studentach ASP, którym wmawia się, że będą geniuszami; przemyt dzieł sztuki; szantaż; zdrada; stary zapracowany mąż z dzieckiem z poprzedniego związku i młoda, rozbrykana żona; wypadek podczas kłótni z dramatycznymi konsekwencjami.

Się pali: sporty (Artur, podpor. Zieja), klubowe (babcia Karolina), carmeny (pani Monika).

Się wyraża wdzięczność:

Kierowniczka mówi, że jest jej bardzo niemiło, bo ta pani przyniosła wielkie pudło czekoladek i teraz ona czuje się zobowiązana dzwonić do tej paniusi.
— Istotnie, to dziwne.
— No, nie tak bardzo. Ludzie, kupując tapczan, wtykają ekspedientce czekoladki albo usiłują wsunąć sto złotych.

Się nosi: torbę myśliwską (miałam taką w liceum, dostałam od OMC teściowej, matki ówczesnego chłopaka).

Się je: ucztę z pomidorów, sałatki z ogórków, sera edamskiego i kefiru z ciasteczkami orzechowymi na deser, zraziki (domowe), lody (kapitan Derko zaprasza Ewę).

Się pije: dereniówkę (domowej roboty babci Karoliny), zimne mleko (z lodówki).

Się czyta: “Politykę” i opowiadania Kafki (podpor. Zieja).

Się wysyła anonimy: „Stary idioto” — ktoś pracowicie naklei wycięte z gazety litery. — „Ten dziwkarz i pijak Janota znudził się kurwami z ulicy. Zabawia się teraz twoim synem. Wstyd i zgorszenie. Myślisz, że twój Arturek zostanie artystą? Stary idioto! Będzie tylko alfonsem pedałów. Zabierz swojego synalka, póki czas”.

Szowinizm powszechny: Ewa dobrze gra w szachy “jak na dziewczynę”. Niewiele starszy od Ewy podporucznik paternalistycznie ocenia też jej ubiór (chodaki i przykrótka, “jak przerobiona z koszulki niemowlęcej” sukienka, komentując w myśli, “Jak ktoś ma takie chude nogi, powinien stale chodzić w dżinsach (...) Przez te chude nogi wygląda jak nadmiernie wyrośnięty podlotek — pomyślał z sympatią i zapalił papierosa”.

Inne z tej serii.

#107

Napisane przez Zuzanka w dniu Saturday September 18, 2021

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2021, klub-srebrnego-klucza, kryminal, panie, prl - Skomentuj


Kazimierz Kwaśniewski - Gdzie jest trzeci król?

Pan Gomez, pośrednik południowoamerykańskiego milionera, przybywa do Stuttgartu do masterminda zbrodni[1], pana Grubera, żeby zamówić kradzież trzeciego obrazu z tryptyku Ribery (tytułowy “trzeci król”. Kradzież, bo obrazu nie da się kupić za żadne pieniądze, ponieważ znajduje się za żelazną kurtyną, w polskim muzeum. Przedstawiciel pana Grubera dostaje idealnie podrobioną kopię, żeby ją podmienić bez wzbudzania podejrzeń. Na szczęście Interpol czuwa i sprawnie wyciąga wnioski, więc jest w stanie skomunikować się z polskimi władzami. Do Borów, gdzie w dawnej rezydencji magnackiej znajduje się muzeum państwowe, Komenda Główna w osobie kapitana Półtoraka, zwanego z nieznanych bliżej przyczyn “Telewizorem” (bez wpływu na akcję) deleguje dwójkę funkcjonariuszy undercover[2] - kapitana Wieczorka i porucznik Rogalską, udających małżeństwo - poetę i jego muzę. Wprawdzie kustosz w Borach ma wiedzieć o ich prawdziwej roli, ale już bez wiedzy zarządzającego muzeum mają zabezpieczyć oryginalny obraz, podmieniając go - tak - na idealnie zrobioną kopię. Na miejscu wszystko idzie świetnie, nikt nie przeczuwa niczego, przy kolacji opowiadane są historie o śmierci i zwiastujących ją dźwiękach dzwoneczków z obrazu Ribery, po czym - niedługo po podmianie przez milicję obrazu - ktoś zabija kustosza strzałem z kuszy, a tajemnicza osoba wynosi pakunek za bramę. Jako że do pałacu nikt nie wszedł, morderca i złodziej jest wśród obecnych. Zaimprowizowane przez kapitana Wieczorka śledztwo ujawnia kolejne kopie obrazu - w sumie z oryginałem zmienia miejsce pobytu pięć obrazów, a do przyjazdu milicji o poranku sprawa jest wyjaśniona.

Się je: bułeczki, dżem, masło (w samolocie).

Się pije: kawę i koniak (również w samolocie), czerwone wino (w gabinecie kapitana MO).

Się przesiada: z Brazylii do Stuttgartu w Paryżu, wystarczy 15 minut, bo tranzytem.

Się usprawiedliwia: kradzież obrazów jest moralnie neutralna, bo… “Czy prawie wszystkie wielkie kolekcje na kuli ziemskiej nie powstały częściowo z rozboju? Czy Anglicy mają jakiekolwiek prawo do swoich greckich zbiorów w British Museum? A Francuzi — czy kupili chociaz polowe tego, co zdobi ściany Luwru? Nie, moi drodzy panowie!”.

Się nosi: pyjamę!

Się pali: wawele.

[1] Ponownie, zbrodni, ale etycznej:

Nigdy nie przelewać krwi ludzkiej i nie splamić się zbrodnia, gdyż jak wiadomo kodeksy karne całego świata mają zupełnie inny stosunek do przestępstw popełnianych przez osoby bezbronne, nie dokonujące gwałtu, a działające wyłącznie przy pomocy intelektu. Poza tym uważamy zabójstwo za rzecz absolutnie niedopuszczalną. Nie wolno jest jednemu człowiekowi odbierać życia innemu człowiekowi. Jest to niezgodne z etyką chrześcijańską. Wyjątek stanowią oczywiście zdrajcy. Ale nie będziemy ich wspominali w naszym gronie. (…) I właśnie dlatego chciałbym zapytać: czemu, jeśli nikt, kto nie posiada obu tych obrazów równocześnie, nie mógłby stwierdzić fałszerstwa, nie pośle pan naszej kopii temu kolekcjonerowi z Ameryki Południowej, który — jak wszyscy prywatni kolekcjonerzy — nie ma zapewne wielkiego pojęcia o sztuce i nigdy nie miałby nawet cienia wątpliwości, że to, co otrzymał, jest autentycznym Trzecim Królem? Zamiast wykonać to zadanie, wystarczyłoby po prostu dać do zrozumienia, że zostało ono wykonane. Ryzyko zmniejszyłoby się wówczas oczywiście do zera, a zysk byłby ten sam, prawda?
— Jak to, doktorze?! — Pan Gruber potrząsnął głową z wyraźnym niezadowoleniem. — Odpowiedz na pytanie pana jest bardzo prosta: To byłoby nieuczciwe. (…) Zapamiętajcie sobie panowie jedno: nikt nie musi być tak uczciwy jak człowiek żyjący poza prawem. Ale dość już o tym. Powróćmy do naszego zadania.

[2] Dacie im dwie złote obrączki… na miarę.. Co?… A czy nie ma czegoś na przechowaniu… Co?… A cóż to za różnica? Niech będzie z topielicy… Co?… Nieznany samobójca przejechany przez pociąg?… A obrączka cala?… No, to i dobrze! Tak… za rewersem… Sami zwrócą…

Inne tego autora, inne z tej serii.

#104

Napisane przez Zuzanka w dniu Monday September 13, 2021

Link permanentny - Tagi: 2021, kryminal, panowie, prl, klub-srebrnego-klucza - Kategoria: Czytam - Komentarzy: 2


Jerzy Siewierski - Panią naszą upiory udusiły

Jeśli myślicie, że tylko tytuł kryminału jest stylizowany na staropolszczyznę, to niestety muszę Was rozczarować, ponieważ cała historia dzieje się - jak to “bada” w posłowiu autor - w XVIII wieku i jest urywkami z rękopisu odnalezionego w latach 80. XX wieku w ruinie domu w Płocku. Urywki (“chłopiec zużył bezpowrotnie część kart manuskryptu na produkcję papierowych strzał i gołębi”) wyjaśniają pewne braki fabularne i urwane dialogi. W efekcie powstało coś niespecjalnie strawnego - śledztwo prowadzone przez amatora, osadzone w przeszłości, niestety przestylizowane i miejscami dość przaśne. Co ciekawe, ja już to kiedyś czytałam i pozostały mi pełne zachwytu erudycją autora wspomnienia, a Siewierskiego trzymałam w głowie w kategorii “mistrz suspensu”. Dlaczego, nie wiem. W każdym razie przeczytałam, Wy już nie musicie.

Narrator, anonimowy młodzian, kadet Akademii Szlacheckiego Korpusu Kadetów JKM, wraca do posiadłości swojego stryja, żeby pochwalić się dyplomem i poznać nową stryjenkę, co to jego opiekun niedługo wcześniej pojął za żonę. Na miejscu nie zastaje stryja, tylko mnóstwo lamentu, bo - patrz tytuł - w zamkniętym pokoju stryjenki pełno krwi, a ona sama zniknęła, niechybnie przez upiory uduszona. Stryja zaś nie ma, wyjechał w nieznanym kierunku i nawet nie można go powiadomić o tragedii. Kadet nie wierzy w teorię z upiorami, znajduje panią stryjenkę w studni, zaiste uduszoną, zaczyna więc rozpytywać domowników, zaczynając oczywiście od urokliwej Marcysi, którą swego czasu obracał w sianie i teraz też chce połączyć przyjemne z pożytecznym (nie szczędząc detali). Problem w tym, że Marcysię ktoś dusi, a i na kadeta życie kilkukrotnie nastaje, strzelając do niego z daleka, zatruwając mleko (ofiarą pada kot) czy wreszcie podpalając stodołę. Do zamieszania włączają się bracia nieboszczki, którzy uważają, że zamordował ją jej mąż i chcą pomsty. Młodzian trochę się z nimi bije, po czym elokwentnie przekonuje, żeby połączyli siły w celu znalezienia winnych.

Inne tego autora, inne z tego cyklu.

#101

Napisane przez Zuzanka w dniu Wednesday September 8, 2021

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2021, klub-srebrnego-klucza, kryminal, panowie - Skomentuj


Jerzy Edigey - Alfabetyczny morderca

Bardzo chciałam skwitować tę książkę zdaniem “Edigey skopiował intrygę i rozwiązanie z Agathy Christie”, ale absurdalnie to za mało. Owszem, jest seria morderstw, których ofiary mają nazwiska zaczynające się na kolejne litery alfabetu i nic ich ze sobą nie łączy - 30-letni Adamiak (lokalny chuligan), 70-letnia Borzęcka (wdowa doraźnie handlująca wódką), 62-letni Czerwonomiejski (zamożny badylarz), wreszcie 50-letni Delkot (kolejarz pracujący na górce rozrządowej pod miastem). Jako że Polska jeszcze pamięta sprawę Wampira z Zagłębia, idea seryjnego mordercy jest bardzo nośna i lokalna milicja w ogóle nie bierze pod uwagę innej opcji. Oczywiście dopóki nie przyjeżdża “z nadania” porucznik Barbara Śliwińska, która świeżym okiem przegląda akta i rozwiązuje tajemnicę (nanybtvpmavr wnx h Puevfgvr, jłnśpvją bsvneą olł pmłbjvrx b anmjvfxh an yvgreę P, erfmgn zvnłn hxelć cenjqmvjl zbglj). Na tym podobieństwa się kończą, bo powieść porusza trzy mocne tematy, rzadko obecne w PRL-owskich kryminałach.

Na wstępie pojawia się enigmatyczna dedykacja:

Ale w szeregach Milicji Obywatelskiej pracuje setki kobiet wypełniających codziennie swe ciężkie i nieraz niebezpieczne obowiązki. Jeśli któraś z nich czytając tę powieść choć raz uśmiechnie się, będzie to największą nagrodą dla autora.
Szybko okazuje się, skąd miałby się wziąć ten uśmiech. Autor objaśnia:
Wbrew wszystkim normom konstytucyjnym i wszelkim frazesom o równouprawnieniu kobiet mają one jednak dużo mniejsze szanse wybicia się i awansu. Wszędzie, także i w milicji.
Porucznik Barbara traktowana jest jako dopust, major Zajączkowski jest nastawiony do niej negatywnie jeszcze zanim ją spotkał; wszak “- Na diabła mi tutaj baba? Ja potrzebuję ludzi do roboty, a nie takich, co cały dzień patrzą w lusterko i albo malują usta, albo pudrują nos”. Major “tolerował je najwyżej w służbie ruchu i w gospodarczym. Żadna komenda w całym województwie nie miała tak małej żeńskiej obsady jak Zabiegowo. W ogóle Zajączkowski był typowym starym kawalerem z wszystkimi uprzedzeniami do płci pięknej. Jaki był powód owej niechęci, nikt z podwładnych nie ośmielił się nigdy o to „Starego" zagadnąć. “(…) Tak jej życie obrzydzę, że sama będzie prosić o powrót do Częstochowy. A co do śledztwa, nie obawiaj się. Dam jej sprawę, ale sam przypilnuję, żeby dziewczyna nie popełniła jakichś głupstw, i będę robił, co uznam w tym wypadku za stosowne”. Dodatkowo porucznik jest na straconej pozycji, bo jeśli będzie ładna, to “będzie przewracała oczyma i mizdrzyła się do moich chłopaków”, jeśli brzydka (zezowata, kulawa i garbata), to “Jeszcze gorzej - Zajączkowski przestraszył się nie na żarty. - Wolę ładną niż potwora”. Na szczęście dla wymagających oczu majora Baśka jest ładna, mini ujawnia zgrabne nogi, a do tego całkiem poważnie traktuję pracę i ma efekty, chociaż podczas śledztwa zmuszona jest odrzucać niedwuznaczne propozycje erotyczne również od żonatych kolegów. Na szczęście koledzy są wyrozumiali i nie robią jej z tego powodu trudności (sic!). W finale sam major chce panią porucznik zatrzymać w mieście, oczywiście z nutką sugerującą, że również z powodu dojrzewającego, choć niezgodnego z regulaminem, uczucia.

Drugim trudnym wątkiem jest niejako dobroczynna działalność mordercy, który wyręcza milicję w ukaraniu przestępców. Zamordowani okazują się wielokrotnym gwałcicielem (o tym tropie za moment), trudnią się lichwą, mają na sumieniu między innymi brutalne morderstwo i zdradę, wreszcie rozkradają mienie państwowe. W żadnym z przypadków milicja nie podjęła śledztwa, czasem z niewiedzy (pozornej!) lub z powodu przedawnienia. Oczywiście po aresztowaniu podejrzanego milicja wyjaśnia mu niestosowność jego postępowania, a winę zwala na brak zaufania społecznego do milicji:

Bo sprawiedliwość to także umiejętność przebaczenia. Tym się różni od zemsty. Wspominał pan o konieczności rzucenia pracy, o stale towarzyszącym przezwisku „bandyta”. To na pewno było nie do zniesienia. Ale czy szukał pan pomocy i opieki?
- Gdzie jej miałem szukać?
- W radzie zakładowej, w partii czy choćby u nas, w milicji. Na pewno podano by panu życzliwą dłoń, tak jak ją podajemy tysiącom ludzi, którzy wychodząc z więzienia i chcąc dalej żyć uczciwie, znajdują się w takim samym położeniu. Nawet zmianę nazwiska mógł pan przeprowadzić legalnie, a nie za pomocą tuszu i żyletki. Ale pan nie chciał widzieć tej drogi.

Wreszcie trzecia, najsmutniejsza sprawa. Jak wspomniałam, jeden z zamordowanych miał na sumieniu wielokrotne gwałty, wprawdzie całe miasteczko, w tym milicja, wiedziało, kogo i gdzie “przekręcił” (sic!), ale ponieważ dziewczyny tego nie zgłaszały, sprawy nie było. Pytacie, czemu nie zgłaszały? Bo małe miasto, a zgłaszająca dziewczyna jest w miasteczku “spalona”, bo “Każdy będzie się z niej śmiał. Żaden chłopak z nią nie tylko się nie ożeni, ale nawet nie pokaże na ulicy. (…) Stary Niziołek [ojciec] , jak się o tym wreszcie dowiedział, sprał córkę, że przez cztery dni nie mogła się ruszyć. Zapowiedział, że jeśli jej noga jeszcze raz postanie w Zabiegowie, to ją zabije.. Pada oczywiście znana fraza “Żeby sama nie chciała, to do tego by nie doszło”, tutaj - skoro dziewczyna się zgodziła, żeby czterech znanych jej chłopaków[1] - odprowadziło ja do domu, wyraziła zgodę na bycie zgwałconą, wszak “cnota nie mydło”, a “Kopyt podzielał opinię całej wsi - to już Reymont pisał, że “jak suczka nie chce, piesek nie weźmie”. Kiedy dziewczyna szła z chłopakami do lasu, nie wiedziała co robi?”… Okazuje się, że cała ta “sprawa z gwałtem” ma zalety - dziewczyna nie kręci już nosem na niezamożnego kawalera (“Czy ona ma jakiś wybór? Tu się z niej będą dalej śmieli”), a ojciec wreszcie wybił jej z głowy pomysły pt. praca w mieście, zamiast ożenku i zajmowania się przychówkiem. Porucznik Śliwińska jeszcze się dziwi:

- A więc według was, sołtysie, wszystko jest w porządku? - Barbara nie mogła się pogodzić z tą swoistą filozofią.
- Ano, tak by wynikało, że w porządku. Pewnie, że dziewczyna dużo przeszła, ale trzeba było uważać.
… ale kiedy widzi niezbyt urodziwą dziewczynę, stwierdza, że “rzeczywiście (…) dobrze mówił Kopyt, że dziewczyna nie ma zbytniego wyboru. Ale na co ci chłopcy polecieli?”. Tak, furia we mnie narastała, kiedy czytałam o społecznej akceptacji dla gwałtu (wielokrotnego! zbiorowego!), eufemizmów na przestępstwo, boys will be boys, niskiej szkodliwości czynu, zdziwieniu, że ktoś nawet taką nieładną dziewczynę chce zgwałcić (bo przecież nie chodzi o przemoc i dominację, tylko żeby się sobie podobać, oczywiście), bo - owszem - to jest fikcja, ale do dzisiaj nie jesteśmy społecznie wiele dalej.

Się pije: wino owocowe “Czar Pegeeru”, “likier strażacki”, wódkę klubową (bo “nic bowiem w Polsce tak nie imponuje ludziom, jak umiejętność picia”), bułgarską kawę, soplicę i egri bikaver.

Się je: kiełbasę na zagrychę, śledź, ogórek, sznycelki ze świeżutkiej cielęciny.

Się kupuje( jak rzucą): czekoladki „Wedla” czy „Goplany", sok grapefruitowy w puszce, świeżutką szyneczkę, kiełbasę „śniadaniową" (chociaż ta nie cieszyła się zbyt wielkim wzięciem na Śląsku), przerastały boczek i świńskie ryje (…) Krupniok i kaszankę już sprzedano, bułgarskie winogrona i banany, ale i kalafior, kapustę czy kwaszone ogórki.

Bawiąc-uczyć: jak działa górka rozrządowa.

Problemy kadrowe w milicji: zastępca komendanta uległ poważnemu wypadkowi motocyklowemu, jeden z oficerów szkolił się na kursie specjalistycznym z dziedziny kryminalistyki, drugi ciężko zachorował i musiał wyjechać do sanatorium na dłuższą kurację.

[1] Ach, ten ograny motyw “obcego w mroku”…

- Ale proszę mi, panno Hanko, wytłumaczyć, jak do tego doszło, że zgodziła się pani iść z tymi chłopcami wieczorem przez las?
- Z jednym bym nie poszła. Bałabym się. Ale ich było czterech. Wszystkich przecież dobrze znałam. Z jednym razem pracowałam. A z Wickiem biegałam do szkoły. Teraz wiem, że byłam głupia.

Inne tego autora, inne z tego cyklu.

#100

Napisane przez Zuzanka w dniu Tuesday September 7, 2021

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2021, kryminal, panowie, prl, klub-srebrnego-klucza - Skomentuj