Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Piper Kerman - Dziewczyny z Danbury

Na fali tęsknoty po obejrzeniu 6. sezonu "Orange is the New Black" sięgnęłam po książkę. Niestety, muszę rozczarować - jeśli liczycie na klimat serialu, to w książce go absolutnie nie ma. "Dziewczyny z Danbury" to dość statyczny, pozbawiony dramy zapis 13 miesięcy, które autorka spędziła w więzieniu po tym, jak prawie 10 lat wcześniej wplątała się w przemyt narkotyków i prania pieniędzy za sprawą dziewczyny, z którą wtedy była w związku. W przeciwieństwie do filmowej Piper, autorka jest osobą znacznie łatwiejszą w kontakcie niż Chapman i mniej skupioną na sobie. Bliżej jej charakterem do serialowej Alex, odcina się od więziennych konfliktów, chociaż oczywiście przyłącza się do jednej z grup, na które więzienie jest podzielone. W przeciwieństwie do serialowego Lichfield, w Danbury nie ma fali, nowa osoba jest witana przez komitet powitalny, pozwalający na orientację w nowym miejscu, zaopatrzenie w podstawowe przedmioty i ostrzegający przed niebezpieczeństwem (np. skutkującym izolatką bądź wpakowaniem się w wojnę). W przeciwieństwie do serialu, Piper ma ogromne wsparcie ze strony ówczesnego narzeczonego (który w serialu zawija się na wieść o tym, że jego dziewczyna jest lesbijką i sypia ze swoją eks) i przyjaciół. Wątek Alex, w książce noszącej imię Nora, jest zupełnie inny - panie spotykają się epizodycznie podczas przygotowań do procesu w kiepskich warunkach placówki przejściowej; nie ma burzliwej sinusoidy i zakazanej miłości pod prysznicami.

Oprócz wątków osobistych książka pokazuje obraz kobiecego więzienia oraz biznesowo-polityczne tło masowego rozwoju systemu penitencjarnego w USA, nastawionego na izolację więźniów bez żadnej opcji na resocjalizację (plus stanowiącego przedsięwzięcie biznesowe, w interesie którego jest wydłużanie wyroków i ciągły napływ więźniów). Socjologicznie interesujące.

#62

Napisane przez Zuzanka w dniu środa sierpnia 29, 2018

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: usa, panie, beletrystyka, 2018 - Skomentuj


Barry

Barry, weteran po rezygnacji ze służby nie umie się odnaleźć w niewojskowej rzeczywistości i wpada w depresję, z której wyciąga go daleki krewny, proponując mu pracę płatnego mordercy. Serial rozpoczyna się w momencie przyjazdu do Los Angeles, gdzie ma zastrzelić trenera/początkującego aktora, który sypia z żoną rosyjskiego mafioza. Śledząc cel, trafia na próbę, gdzie - z braku asertywności - bierze udział w próbie i wbrew zamierzeniom zaczyna mu się to podobać. Kiedy rosyjska mafia samodzielnie zabija trenera, Barry stwierdza, że ma dość pracy jako morderca, bo spodobało mu się bycie aktorem, zakochał się w koleżance, a do tego odkrył, że jego wspólnik go okrada.

To dziwny serial, mam wrażenie, że mocno niezbilansowany. Z jednej strony to komedia, pokazująca kontrast między nieco odrealnionym światem przyszłych aktorów (aktualnie trenerów, kelnerów, sprzedawców) a prozą życia płatnego zabójcy. Z drugiej - wydarzenia eskalują bardzo szybko i jednak w stronę bardzo brutalnego scenariusza i sytuacji, z których nie ma odwrotu. Dużo zabitych, finał pierwszego sezonu też raczej z tych drastycznych (klasa “Breaking Bad”). Niekoniecznie warto.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek sierpnia 27, 2018

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Skomentuj


Kocimiętka

[25.07.2018]

Kocia kawiarnia jest świeżynką w Poznaniu. Ma dwie sale - "kocią" z grupą małych kociąt i "konsumencką", bez zwierząt (chociaż podobno z opcją przyprowadzenia własnego. W sali "kociej" jest 12 (lub 13) kociąt - od 6 tygodni do 4 miesięcy. Do sali konsumenckiej można wejść z ulicy, do sali "kociej" należy się umówić na godzinę[1] z co najmniej dziennym wyprzedzeniem. Z zamówionymi przy barze kawą i słodyczami można wejść do sali, gdzie są kocięta.

Idąc do kociej kawiarni, miałam mieszane uczucia i po wizycie tam dalej nie mam jednoznacznej opinii. Owszem, miło jest wypić kawę, siedząc na jednym krześle z rozkosznie posapującym kociątkiem, które śpi i jest w ten sen bardzo zaangażowane, podobnie jak miło jest pobawić się z maluchami, które wskrobują się do torby, gonią ogonki i wykonują desant na stół z parapetu. Niestety, na tym kończą się zalety. W moim domu koty mają zakaz przebywania na stole czy kuchennym blacie[2], w kawiarni obsługa rozdaje plastikowe pudełka, żeby przykryć deser przed łakomym kociątkiem, które nie zważa na zdejmowanie ze stołu czy próby odizolowania od jedzenia. Martwi mnie, że kilkanaście kotów przebywa w jednym pomieszczeniu, z którego wyjść mogą tylko do zabudowanego kącika z kuwetami. Kocia kawiarnia, w której byłam na Tajwanie, była częścią domu właścicielki, koty przemieszczały się swobodnie między publiczną salą kawiarni, a mieszkaniem, do którego goście nie mieli wstępu. W "Kocimiętce" tego brakuje. Czytałam kilka opinii skrajnie negatywnych, w tym behawiorystki, nie mam zdania na temat wyżywienia, zabezpieczeń czy typu żwirku do kuwety, ale widzę, że część kociąt ma chorobę sierocą (są zbyt małe na życie bez matki), zastanawiam się też nad losem kotów, kiedy biznes jednak nie będzie przynosił dochodu. Nie wiem, czy pójdę tam ponownie (chociaż Maj lobbuje, bo kocięta).

[1] Niestety, jest mnóstwo drobnego druczku przy umawianiu, o którym się nie wie podczas rezerwowania, a obsługa nie wspomina o tym, chociażby że dzieci do lat 14 mogą przebywać w kawiarni tylko w godzinach 13-17, a konkretnie 13-14 i 15-17, bo w godzinach 14-15 jest przerwa.

[2] Tak, wiem, tylko wtedy, kiedy patrzę. Ale i tak.

Adres: Ratajczaka 18 (pod kinem Apollo).

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpnia 26, 2018

Link permanentny - Kategorie: Koty, Fotografia+, Moje miasto - Komentarzy: 3


Jerome David Salinger - Buszujący w zbożu

To nie jest tak, że uparłam się, żeby obśmiewać klasykę, samo wychodzi. Na swoje usprawiedliwienie mam, że kilkanaście minut przed końcem lotu skończyła się Allende i chwyciłam pierwszą znaną rzecz, którą miałam na kindlu (a potem prawie godzinę czekałam na walizki).

16-letni Holden Caufield został właśnie wyrzucony z kolejnej szkoły. Przyjął ten fakt z ulgą, bo doprowadził do tej sytuacji z rozmysłem- nienawidził szkoły, nauczycieli (poza jednym) i w zasadzie wszystkich kolegów. Po burzliwym wieczorze w internacie, zakończonym bójką ze współlokatorem, który umówił się z jego dawną znajomą (i zasugerował, że się z nią przespał), Holden ucieka do nowego Jorku, żeby na kilka dni “poczuć życie”, zanim wróci z podkulonym ogonem do domu i zbierze od rodziców należną awanturę. W Nowym Jorku młodzieniec między innymi marznie (bo w internacie okradziono go z ciepłego palta i rękawiczek), upija się, próbuje skorzystać z usług prostytutki, ale w ostatniej chwili rezygnuje, po czym zostaje okradziony i pobity, umawia się z dziewczyną, która jednak go zaczyna irytować, więc spotkanie kończy się awanturą. Odwiedza jedynego, sensownego nauczyciela z jednej z poprzednich szkół, niestety mężczyzna robi wrażenie zainteresowanego nim fizycznie, co Holdena obrzydza. Zmęczony, zziębnięty i bez pieniędzy wraca do domu, spotkać się z młodszą ukochaną siostrą Phoebe i podzielić się z nią planami Wielkiej Ucieczki do prostego świata, gdzie nie ma hipokryzji, pozerstwa i żenady świata dorosłych. Phoebe celnie punktuje brata, że za jego problemy nie jest odpowiedzialne otoczenie, co powoduje, że nastolatek jednak nie wsiada w autobus i zostaje drwalem na prerii, tylko po przemyśleniu widzi jasne strony szkoły, z której uciekł.

Niestety jest to jedna z tych książek, gdzie bohatera się nawet jeśli nie nienawidzi, to przynajmniej z poczuciem zażenowania obserwuje się jego zachowanie. Caufield nie szczędzi czytelnikowi swoich przemyśleń na temat obserwowanego z perspektywy nastolatka świata dorosłych, którego to obrzydza i uważa, że on będzie inny. Gloryfikuje dziecinną “uczciwość” wspominając wielokrotnie swojego zmarłego brata Alika i opisując radosną żywiołowość siostry Phoebe (żyjącej). Podobną irytację czułam, czytając “BwZ” w czasach licealnych, więc to nie do końca jest kwestia tego, że #jestemstaraimamzazłe. Tyle że jest wiele książek pokazujących w bardziej strawny sposób postrzeganie świata dorosłych przez dzieci, bez nadęcia, egzaltacji i pogardy wynikającej z niezrozumienia.

#61

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek sierpnia 24, 2018

Link permanentny - Tagi: usa, panowie, beletrystyka, 2018 - Kategoria: Czytam - Skomentuj


Lorrie Moore - Kora. Opowiadania

Zachwalana jako jedna z najlepszych książek 2014, wzbudziła we mnie podobne odczucia kolejne zbiorki opowiadań noblistki Munro (opowiadania Moore określane są nawet jako Munro z poczuciem humoru Monty Pythona[1]) - zabraklo dla 8 opowiadań wspólnego mianownika, a każde z nich zakończyło się, zanim poczułam jakąś emocję.

Rozwiedziony Żyd rozpoczyna nowy związek, bo nie chce zaakceptować faktu, że z pierwszą żona i dzieckiem wyczerpał już limit szczęścia w życiu. Jego wybranka, jakkolwiek bardzo atrakcyjna i chętna na łóżko, ma nastoletniego syna; problemem jest ewidentnie niezdrowy, bardzo fizyczny stosunek matki do nastolatka oraz to, że kobieta jest, oględnie mówiąc, niezrównoważona.

Kobieta planuje odwiedziny ciężko chorej koleżanki, Robin, w szpitalu, ale stwierdza, że tego dnia jest za późno. Następnego dnia dowiaduje się o śmierci Robin, jest jej smutno, ale wtedy koleżanki zabierają ją na pożegnalny sabat do domu zmarłej, podczas którego pojawia się duch Robin.

Żona z pozwu rozwodowego dowiaduje się, że mąż jej nie kocha. Decyduje się jednak pojechać z nim i z dziećmi na opłaconą wcześniej wycieczkę na Karaiby, mimo że niedługo-eks-mąż planował zabrać swoją nową flamę. Wyjątkowo, jest tu nawet jakaś anegdotyczna pointa.

Pisarz z żoną na wydawanym przez czasopismo bankiecie rozmawia ze sponsorką, ale rozmowa - o literaturze i polityce - się nie klei.

Podstarzała wokalistka rockowa, która nie odniosła sukcesu i żyje w niesatysfakcjonującym związku, zaprzyjaźnia się ze staruszkiem, mieszkającym opodal.

Rozwiedziona para odwiedza chorego psychicznie nastoletniego syna w szpitalu, ale mąż nie chce z nią zostać, tylko wraca do nowej rodziny.

Kobieta spotyka się na szybkim lanczu ze znajomym, który jest szpiegiem. Znajomy wpada jak po ogień, jest zbyt roztrzęsiony, żeby coś zjeść, po czym wsiada do taksówki i odjeżdża. Dodatkowo krótka retrospekcja jednego z ich spotkań.

Po śmierci Michaela Jacksona, dorosła kobieta z swoją córką jedzie na ślub dawnej niani córki w plener. Na ślubie muzyką zajmuje się były mąż panny młodej (gra piosenki MJ). W trakcie imprezy wjeżdża grupa motocyklistów raczej z wrogimi zamiarami, ale okazuje się, że pomylili adres.

#60

[1] Ja tego poczucia humoru nie znalazłam. Owszem, bohaterowie bywają gorzko-ironiczni jak intelektualiści u Allena czy Rotha, natomiast nie jest to książka humorystyczna.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa sierpnia 22, 2018

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: usa, panie, beletrystyka, 2018 - Skomentuj


O locie na Maderę i o Funchal

[7-9.08.2018]

Wiele lotnisk, zwłaszcza wyspiarskich, szczyci się tym, że są trudne, kłopotliwe i wymagające w kwestii warunków pogodowych - tak samo jest z lotniskiem na Maderze[1] (co potwierdza tragiczny wypadek z 1977, kiedy to pilot nie zdążył zatrzymać samolotu i ten spadł na plażę poniżej lotniska). Mimo że od tego czasu pas do startu i lądowania został wydłużony, przy gorszej pogodzie samoloty na lotnisku… nie lądują. Tuż przed zakładanym czasem lądowania pilot uprzejmie poinformował, że dla odmiany wylądujemy na Gran Canarii, gdzie poczekamy, aż się pogoda ustabilizuje. Gratis dostałam więc godzinę przelotu na GC, prawie godzinny postój tamże i lot powrotny, który już zakończył się lądowaniem w Santa Clara na Maderze. I to w zasadzie była jedyna niezapowiedziana atrakcja podczas całych wakacji.

Funchal, leżące jakieś 20 km od lotniska, zbudowane jest składa się z trzech części. Lido to część hotelowa, gdzie wzdłuż wybrzeża mieszczą się większe hotele (również mój[2]), nowe miasto z mariną i nabrzeżem promowym oraz starówki (Zona Velha). Do tej ostatniej najlepiej dojechać do stacji kolejki gondolowej (Teleferico), skąd można wejść w uroczą plątaninę wąskich uliczek, pełną restauracji i sklepów; tutaj typowym turystycznym must-have jest uliczka Santa Maria, gdzie drzwi i bramy są bogato ozdobione przez lokalnych artystów. Jak kto lubi kościoły, to są piękne kościoły - zwłaszcza Katedra Sé, ozdobiona błękitnymi kaflami i sporą ilością złota, są muzea (na przykład Elektryczności lub Koronek czy wspomniane poniżej Muzeum Ronaldo), są też przepiękne ogrody, ale o tym w następnym odcinku. Mekką dla turystów jest mieszczący się w środku Zona Velha bazar rolniczy, Mercado dos Lavradores. Dwupiętrowa hala, ozdobiona roślinnością i typowymi portugalskimi azulejos, wypełniona jest straganami ze wszystkim, co rośnie i żyje na i wokół Madery. W części rybno-mięsnej zaopatrują się głównie restauracje, warto przyjść tam rano, bo już koło południa ta sala się przerzedza do całkowitego opróżnienia w okolicy 15. Do późna za to można oglądać i kupować kwiaty i owoce, przy czym w przypadku owoców warto zwracać uwagę na cenę. Uczynni sprzedający łapią przechodzących i chętnie częstują nakładanymi na wierzch dłoni dojrzałym miąższem owoców, zwłaszcza niespotykanych gdzie indziej - krzyżówek marakui z pomidorem, bananem czy pomarańczą bądź krzyżówki ananasa i banana. Te egzotyki kosztują ponad 20 euro za kilogram, więc nawet niewielkie zakupy mogą kosztować sporo. Warto też potrenować asertywność, bo wprawdzie sprzedający sami rzucają się, żeby rozdać próbki, ale potem próbują działać na poczuciu winy (you ate, but no pay?!).

Widok na Praia Formosa i Cabo Girao, mgliście Polonica / Typowa mozaika chodnikowa (calcateros) Deptak Dr. António José de Almeida Marina / Azulejo z katedry Sé Marina Drzwi z ulicy Santa Maria Avenida del Mar, memoriał Nelsona Mandeli Drzwi z ulicy Santa Maria Mercado dos Lavradores

Restauracje:

  • O Regional - Rua Dom Carlos I 54, bezpretensjonalna restauracja lanczowo-obiadowa, bez pytania wjeżdża przystawka (pyszna pasta rybna, krążek sera o konsystencji mozarelli, masło oraz lokalny chlebek, bolo de caca)
  • Dona Joana Rabo-de-Peixe - Rua de Santa Maria 77, kawiarnio-restauracja, znęcona informacją o menu lanczowym, dostałam za nieduże pieniądze kanapkę wielkości talerza.
  • El Mexicano - Ponta Da Cruz 20-22, podobnie - ogromne porcje, potrawy raczej meksykańskie niż tex-mex. Dodatkowo widok na zachód słońca z Cabo Girao w tle.
  • Restaurante Marisqueira O Barqueiro - Ponta Da Cruz 20-22, restauracja rybna, można klasyk maderski - Espada à Madeira (ze smażonymi bananami).
  • Prato, Prego & Cia - Estrada Monumental 390 - lokalna restauracja w centrum handlowym Forum, bardzo przyzwoite dania mięsne i rybne.
[Rząd 1: smażona espada; pół małej kanapeczki z szynką, pieczenią, serem i jajkiem + wszechobecne frytki (Dona Joana Rabo-de-Peixe); espada przed smażeniem; wystawka świeżych ryb (wszystko poza kanapką w Marisqueira O Barqueiro) .
Rząd 2: Przystawka - bolo de caca, pasta rybna, masło, ser (O Regional); wystawka świeżych ryb (Marisqueira O Barqueiro); sałatka z tuńczykiem (O Regional); świeże skorupiaki (Marisqueira O Barqueiro)]

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Lotnisko nosi imię największego Maderczyka i bynajmniej nie jest to Krzysztof Kolumb, tylko Cristiano Ronaldo. Na Maderze jest też muzeum CR, a w każdym sklepie z pamiątkami oprócz maderskich paseczków, madery i rzeczy z korka, można kupić dowolną rzecz z wizerunkiem albo chociaż nazwiskiem CR.

[2] Golden Residence jest ulokowany na klifie, z widokiem na Praia Formosa i Cabo Girao (oraz setkami jaszczurek). Jak większość hoteli mieści się przy Estrada Monumental, gdzie zasadniczo poza centrum handlowym i restauracjami nie ma za wiele, na szczęście na starówkę jeżdżą żółte autobusy oraz taksówki (8-10 euro). Jest o tyle zabawny, że mieści się w trzech budynkach na zboczu góry, na początku trzeba zapamiętać nawigację: basen i restauracja w budynku C na poziomie -1, recepcja w budynku B na poziomie 0 (trzeba przejść przez ulicę z budynku C), skąd tunelem idzie się na poziom -2 w budynku A. Z 5 piętra budynku da się wyjśćna kolejką ulicę. Na stanie hotelu jest biało-rudy kot, Horacio.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpnia 19, 2018

Link permanentny - Tagi: madera, funchal, portugalia - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Skomentuj


Isabel Allende - Córka fortuny / Portret w sepii / Dom duchów

Znęcona faktem, że ostatni tom trylogii pojawił się na liście powieści z zaskakującą fabułą, przejechałam przez cały cykl. Żeby nie trzymać Was w niepewności, fabuła bynajmniej nie jest zaskakująca, chyba że zaskakujące jest, że w XIX i XX wieku w Chile ludzie bardzo ukrywali fakt płodzenia nieślubnych dzieci. Gatunkowo cyklowi bardzo blisko do tetralogii Ferrante, to wielopokoleniowa saga rodziny Sommersów i De Valle, którzy od 1840 krążyli między Chile a San Fracisco. Świetnie się całość czytało, mimo pojawiających się ciężkich tematów (przemoc, gwałt, tortury, stręczenie dzieci, wojna i krwawa rewolucja w Chile), nawet realizm magiczny nie bardzo przeszkadzał, bo ograniczył się do snów jednej z bohaterek i umiejętności grania na zamkniętym pianinie.

Tytułowa "Córka fortuny" to Eliza, adoptowany przez rodzeństwo Sommersów - starą pannę Rose i dwóch braci - bankiera i kapitana statku. 16-letnia Eliza zakochuje się w biednym Joaquinie, zachodzi w ciążę, a kiedy ukochany rusza do Kalifornii, żeby zdobyć bogactwo w kopalni złota, dziewczyna decyduje się na wyjazd za nim. Za pomocą chińskiego kucharza, Tao Chi'ena, porwanego z Hong Kongu przez jej wuja, trafia do San Francisco, o mało nie umierając podczas podróży z powodu poronienia. W przebraniu męskim pomaga Tao, który w zasadzie jest lekarzem, a nie kucharzem, i angażuje się w ratowanie dziecięcych chińskich prostytutek, a kiedy odzyskuje siły, rusza na poszukiwania z podróżnym burdelem. W pewnym momencie odkrywa jednak, że nie tęskni za młodzieńczą miłością, a za Tao.

W "Portrecie w sepii" narratorką jest Aurora, wnuczka Elizy i Tao. Jej matka, Lynn, umarła przy porodzie, a ojciec - syn znanej z poprzedniego tomu Pauliny de Valle - wyparł się dziecka, a honor dziewczyny uratował jego kuzyn, Severo, żeniąc się z Lynn. W rozpaczy po śmierci żony pojechał na wojnę (na której stracił nogę), więc do śmierci Tao zajmowali się nią dziadkowie ze strony matki. W dramatycznych okolicznościach przerażone dziecko trafia do babki ze strony ojca, która mimo decyzji, że nie będzie się angażować, traktuje małą jak córkę. Wracają do Chile, gdzie zamieszkują opodal Severo i jego żony Nivei, feministki, której 15 (piętnaście!) ciąż nie przeszkadza w głoszeniu rewolucyjnych tez, że kobiety mają rozum i powinny mieć takie same prawa jak mężczyźni. Aurora zostaje fotografem (bardzo ładnie opisany jest proces jej rozwoju twórczego), po czym wychodzi za mąż za Diega, który niespecjalnie ją kocha. Przemycana w trakcie narracji aluzja o tajemnym związku i nieokreślonym statusie małżeńskim Aurory wyjaśnia się na końcu książki, podobnie jak tajemnica śmierci jej dziadka.

"Dom duchów", najbardziej znana część cyklu (za sprawą ekranizacji), to historia Clary (Meryl Streep) jasnowidzącej, córki Severo i Nivei de Valle. Po nagłej śmierci jej starszej siostry Rose, najpiękniejszej, Clara przestaje mówić na kilka lat. Kiedy wreszcie się odzywa, informuje rodzinę, że ożeni się z Estebanem Truebą (Jeremy Irons), narzeczonym zmarłej siostry. Rodzi mu trójkę dzieci - córkę Blankę i bliźniaki, Jaime i Nicolasa. Esteban kocha żonę nad życie (choć wcześniej znany był na swojej hacjendzie z burzliwego temperamentu, czytaj: rzucania się na wieśniaczki i gwałcenia ich), ale eteryczna Clara nie odwzajemnia uczucia wystarczająco, a dodatkowo żona Estebana, stara panna Ferula (Glenn Close) uwielbia swoją szwagierkę, co w pewnym momencie prowadzi do tego, że Esteban wyrzuca siostrę z domu, a żonie wybija zęby(!); Clara do końca życia już się do niego nie odzywa. Blanka (Winona Ryder) zakochuje się w wieśniaku z hancjendy Estebana, Pedrze Trzecim Garcii (Antonio Banderas), który głosi socjalistyczne hasła. Esteban, prawicowy senator, nienawidzi chłopaka, kiedy więc dowiaduje się, że Blanka jest w ciąży, rzuca się na Pedra z siekierą i obcina mu trzy palce (co nieco utrudnia młodzieńcowi karierę gitarzysty). Dziecko Blanki, Alba, staje się ukochaną wnuczką dziadka-furiata; niestety oboje dopada rewolucja. Esteban traci jednego z synów, Jaimego (Nicolas wcześniej przynosił mu tylko wstyd), a Alba trafia do więzienia, gdzie jest torturowana przez Estebana Garcię, owoc gwałtu, jakiego dziadek dokonał na jednej z wieśniaczek.

Książka jest opowiadana przez dwie osoby - Albę, która oczekując na narodzenie córki, spisuje na podstawie pamiętników babki Clary historię rodu i Estebana, wspominającego wszystkie złe rzeczy, które w życiu zrobił.

#57-59

Napisane przez Zuzanka w dniu środa sierpnia 15, 2018

Link permanentny - Tagi: chile, panie, beletrystyka, 2018 - Kategoria: Czytam - Skomentuj


Top of the Lake

Detektyw Robin Griffin (Elizabeth Moss) przyjeżdża z Sydney na urlop do rodzinnego małego nowozelandzkiego miasteczka LakeTop, odwiedzić umierającą na raka matkę. Ponieważ odkryto, że 12-letnia Tui jest w ciąży, Robin postanawia się włączyć w sprawę (nie tylko dlatego, że ma kwalifikacje, ale kiedy patrzy na zachowanie policjantów przesłuchujących dziecko, zdecydowanie widzi braki kompetencyjne). Dziewczynka jest córką szefa lokalnego półświatka - Mitchama seniora, człowieka niestabilnego emocjonalnie i dość, oględnie mówiąc, ekscentrycznego[1], którego Robin podejrzewa o same złe rzeczy. Dziewczynka niedługo później znika, a Robin zostaje zablokowana w swoich dążeniach do przeszukania domu Mitchama. Wbrew zaleceniom przełożonego[2] rozpoczyna śledztwo najpierw sama, potem we współpracy z "nieudanym" synem Mitchama, Johno (swoim chłopakiem sprzed lat) oraz z paniami, które mieszkają opodal w komunie pod przewodnictwem androgynicznej GJ (Holly Hunter). Miasteczko kryje w sobie wiele tajemnic, niektóre dotyczą samej Robin.

I tu mam trochę poczucie, że obejrzałam ten serial za późno, bo ani nie szokuje, ani nie budzi takiego niepokoju jak np. Broadchurch. Minęło 5 lat od premiery (2013) i to jeden z wielu seriali, mówiący o trudnych tematach, podmiatanych pod dywan (pedofilia, gwałt, morderstwo, narkotyki, kazirodztwo). Bliźniacze wątki pojawiają się np. w "Ostrych przedmiotach", może stąd lekkie zniechęcenie?

[1] Rozbieranie się od pasa w górę i biczowanie przy grobie matki nie jest dość typowe wśród znanych mi ludzi.

[2] Tu mi trochę logika siada - wszak dziewczyna przyjechała na urlop. Kilkukrotnie miałam wrażenie, że 6-odcinkowa wersja na Netflixie jest pocięta w stosunku do 7-odcinkowego oryginału, bo czasem niektóre sceny nie wynikały z wcześniejszych (np. WTEM Mitcham, który usiłował eksmitować komunę hipisek ze swojego sąsiedztwa, przyjeżdża i umawia się na randkę z jedną z pań).

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpnia 14, 2018

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Komentarzy: 3


Berlin - Altes Museum

[1.07.201]

Bilety do Altes Museum kupiłam z wyprzedzeniem, ale w przeciwieństwie do zimowego doświadczenia z Pergamonem, nie było w ogóle kolejki. Muzeum to piękny, monumentalny budynek tuż obok równie pięknego i monumentalnego budynku Berliner Dom, nie sposób nie trafić. W środku chłód i - jeśli nie myśli się o tym, że wszystkie eksponaty powinny wrócić do krajów pochodzenia - ogromna dawka starożytności. Majutowi najbardziej podobała się biżuteria i wyrywki mitów greckich, serwowane przeze jako komentarz głosowy dla pieczołowicie malowanych tarcz z czarnofigurowymi historiami.

GALERIA ZDJĘĆ.

Garść adresów restauracji:

  • Ach! Nico Ach! - restauracja grecka, Kurfürstendamm 97-98. Błyskawiczna obsługa, porcje powyżej moich możliwości (a greckie mogę w każdych ilościach).
  • Tugra - restauracja turecka, Kurfürstendamm 96. Dłużej się czeka, ale bardzo familijna atmosfera.
  • Vapiano - bistro włoskie, Mittelstraße 51-52. Trochę z przypadku - chcieliśmy coś małego przed podróżą i żeby długo nie czekać; na wejściu dostaje się kartę, którą się zamawia przy stoiskach (pizza, sałatki, kawa, słodycze), a przy wyjściu płaci. Fantastyczne podwórko tuż obok Unter den Linden, ale raczej nie pierwszy wybór, żeby zjeść coś dobrze po włosku.
  • Cafe Bilderbuch - kawiarnia śniadaniowa, Akazienstraße 28. W niedzielę śniadaniowe bufety, w pozostałe dni śniadania z karty (dużo!). Również piękne podwórko.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek sierpnia 6, 2018

Link permanentny - Tagi: niemcy, berlin - Kategorie: Listy spod róży, Maja, Fotografia+ - Skomentuj


Berlin - Funkturm

[31.07.2018]

Rzutem na taśmę[1] udało się wjechać[2] na wieżę widokową Funkturm (na wysokość 125 metrów), absolutnie przypominającą wieżę Eiffela. Na górze są dwa tarasy - jeden oszklony, ale z dość sensownie umieszczonym oknami, pozwalającymi na robienie zdjęć, drugi osiatkowany, przez co zdjęcia można robić dowolnie, ale potrafi rzetelnie wiać (niektórym spódniczka uniosła się jak Marylin Monroe i byli obrażeni, że zła matka się śmieje). W wieży na niższym poziomie jest restauracja, wjazd jest nieco tańszy niż na platformę.

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] ponieważ od 2 lipca jest zamknięta z powodu remontu, warto sprawdzić przed wizytą, czy jest ponownie otwarta. Dodatkowo taras widokowy bywa zamknięty przy silnych wiatrach.

[2] Jako alternatywę miałam w zapasie wspinanie się na 270 (chociaż niektóre źródła podają 285) stopni Kolumny Zwycięstwa, ale przeczołgana przez zoo rodzina odmówiła.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpnia 4, 2018

Link permanentny - Tagi: niemcy, berlin - Kategorie: Listy spod róży, Maja, Fotografia+ - Skomentuj