Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

I don’t feel at home in this world anymore

Ruth, salowa w domu opieki, wraca do domu po ciężkim dniu, żeby odkryć, że ktoś ją okradł - zniknął laptop rodzinne srebra odziedziczone po babci. Policja nie wydaje się tym specjalnie przejmować, co gorsza zrzuca na Ruth odpowiedzialność za słabe zabezpieczenie domu. Rozczarowana kobieta zaczyna własne śledztwo od przejścia się po dzielnicy i ankietowania sąsiadów, czy może coś widzieli (nie, nie widzieli). Tak trafia do domu Tony’ego, z którym jakiś czas wcześniej miała spięcie w kwestii defekacji jego psa na trawniku. Nieporozumienie z psem się wyjaśnia, a Tony okazuje się mieć dla Ruth najwięcej współczucia ze wszystkich. Kiedy w telefonie Ruth pojawia się alert o lokalizacji laptopa, ponownie zignorowana przez policję prosi o wsparcie Tony’ego. Po odzyskaniu laptopa kolejnym tropem jest targowisko ze starociami, gdzie Ruth odnajduje swoje srebra i trafia na złodzieja, dzięki czemu może podać policji dane jego samochodu. A co policja? Oczywiście, ignoruje sprawę, traktując ją coraz mniej poważnie, co - nie dziwmy się coraz bardziej wściekłej i rozczarowanej do świata Ruth - daje kobiecie sumpt do walki o swoje.

Film był dla mnie sporym zaskoczeniem, bo spodziewałam się łagodnej historii o niedostosowaniu łagodnej bohaterki do świata, a dostałam krwisty - choć pełen humoru - thriller w klimacie “Fargo”, z gęsto ścielącymi się trupami. Co wcale nie było wadą, bardzo przyjemna rozrywka na zimowy wieczór.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela stycznia 10, 2021

Link permanentny - Kategoria: Oglądam - Komentarzy: 1


Anthony Doerr - Światło, którego nie widać

Da się w 2015 wydać książkę o II wojnie światowej, która wzrusza i wciąga tak, jak niewiele innych. W konstrukcji (i klimatem) podobna jest do Cryptonomikonu, w dwóch, a potem w trzech wątkach łącząc ze sobą losy kilkorga osób.

Lata 30. Marie-Laure straciła wzrok, kiedy miała 7 lat. Jej ojciec, Daniel, ślusarz w paryskim Muzeum Historii Naturalnej, nie ustaje w wysiłkach, żeby mimo niepełnosprawności mogła funkcjonować - uczy ją alfabetu Braille’a, konstruuje miniaturowy model dzielnicy, żeby nauczyć ją, jak trafić samodzielnie do domu. Werner, sierota z górniczych okolic Essen, ma zaskakujący naturalny talent do elektroniki. Naprawia znalezione na śmietniku radio i skacząc przypadkowo po częstotliwościach trafia na powtarzającą się audycję popularnonaukową, kończącą się dźwiękami “Clair de Lune” Debussy’ego. Jego ciekawość wyszarpywanej ukradkiem nauki owocuje zaproszeniem do Narodowo-Politycznego Zakładu Wychowawczego, choć oznacza to rozstanie z ukochaną siostrą, Juttą. W 1940, gdy Niemcy mają wkroczyć do Paryża, ucieka z córką do Saint-Malo, do brata Etienne’a, który nie opuszczał swojego domu od traumy podczas I wojny światowej. Werner, zaprzęgnięty w szkole do projektu pelengacyjnego, jest już w wojsku, gdzie pomaga w namierzaniu nielegalnych radiostacji partyzanckich. Los kieruje go do Saint-Malo, gdzie działa sprawny ruch oporu, a działająca tam radiostacja przysparza sporych szkód okupantowi. Trzecim wątkiem jest śledztwo sierżanta von Rumpera, przed wojną znanego gemmologa, który usiłuje wyśledzić, gdzie jest cenny klejnot, ewakuowany z paryskiego muzeum tuż po rozpoczęciu wojny.

Króciutkie, przeplatające się rozdziały, pokazujące przed- i wojenną rzeczywistość Francji i Niemiec; przypadek, zbiegi okoliczności i celowe działania są zgrabnie zebrane w opowieść o rodzinnej miłości, uporze, cierpliwości i smutku. Ciekawe postaci drugoplanowe - łagodny Frederick, którego interesowały tylko ptaki; madame Manec, zwykła gospodyni, która zorganizowała ruch oporu; ogromny, milczący Volkheimer, który wspierał Wernera - są świetnym tłem, podobnie jak miasta: Paryż i Saint-Malo, które zapisuję na listę podróżniczych marzeń.

#3

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota stycznia 9, 2021

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2021, beletrystyka, panowie - Komentarzy: 6


O tym, że wreszcie spotkałam wiewiórki

[15.09.2020]

Bo skarżyłam się, że nie ma wiewiórek na Cytadeli, nieprawdaż? W lipcu podjęłam nieudaną próbę, kiedy to tuż po wejściu na Cytadelę przepłoszył mnie rzęsisty (i jak mam na myśli rzęsisty, to taki, że wszystko płynęło, mokra byłam do majtek) letni deszcz. Za to pewnego jesiennego popołudnia, kiedy od późnych róż przeszliśmy do Ogrodu Kwiatów, znienacka, w złotej godzinie, wyskoczyło na mnie stado wiewiórek. Bardzo szczęśliwym człowiekiem byłam tamtego popołudnia.

GALERIA ZDJĘĆ (również z wiosny).

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek stycznia 7, 2021

Link permanentny - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - Skomentuj


Witajcie w rodzinie / Benvinguts a la família

Angela, opuszczona 10 lat temu przez męża matka trójki dzieci[1], której w wychowaniu pomaga szwagier, dowiaduje się nagle od komornika, że jej mąż obciążył długami mieszkanie i mają się natychmiast wyprowadzić. Jedyną szansą na pożyczkę są jej rodzice, ale - jak się okazuje - wyrzucili ją 25 lat temu z domu, kiedy zaszła w pierwszą ciążę. W domu rodzinnym nieco się pozmieniało - matka z demencją jest w domu opieki, jej miejsce zajęła nowa partnerka ojca, przebrzmiała aktorka, a ojciec - nie, on się nie zmienił. Ponownie wyrzuca niewdzięczne dorosłe dziecko z domu, tyle że przerywa mu w tym atak serca. Już dzwonią na pogotowie, ale Angela wpada na pomysł, żeby znaleźć testament przed zgłoszeniem zgonu. I to jest powodem, że senior Navarro ląduje w zardzewiałej zamrażarce, skradzionej ze stacji benzynowej; testament nie obejmuje ani córki, ani drugiej żony, a wszystkie walory przypadają bratu Angeli.

To taki serial, że trzeba zaakceptować konwencję purnonsensu - absurdalne zwroty akcji, wprowadzenie kolejnych odjechanych bohaterów - wścibskiej sąsiadki-tenisistki, zakochanej w denacie, adwokata-cwaniaka, zakochanego w Angeli kolegi z liceum, który okazuje się być policjantem, byłej dziewczyny Nando - kłamczuchy czy wreszcie aktora, który za bardzo wciela się w swoją rolę. Niektóre sceny są slapstickowe, niektóre wzruszają, całość przypomina skrzyżowanie ”Lepszego życia” z wczesnym Almodovarem. Ja konwencję niespecjalnie lubię, więc konsekwentnie narzekałam podczas oglądania, TŻ-owi się bardziej podobało.

[1] Przyznam, że nie do końca zrozumiałam kwestię ojcostwa, jako że trójka dzieci do siebie zupełnie nie podobna, a młodszy syn - w przeciwieństwie do reszty - ma czarną skórę. Na swoje usprawiedliwienie mam, że serial jest kataloński i nie rozumiem prawie nic.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa stycznia 6, 2021

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Skomentuj


Karl Ove Knausgård - Moja walka (tom IV)

Zmęczyłam się bardzo, czytając o 18-letnim Karlu Ove, który po zakończeniu liceum pojechał zarobić pieniądze, pracując przez rok jako nauczyciel w małej wiosce na północy Norwegii. Zmęczyłam, bo ten tom festiwal przykrych opisów pijaństwa do nieprzytomności i nieudanego startowania do poznawanych dziewczyn i eiaculatio praecox, które utrudniało skonsumowanie znajomości. Narracja skacze między końcem liceum, kiedy nastoletni Karl Ove zaczyna nadużywać alkoholu przy milczącej aprobacie matki[1], a czasem po śmierci ojca, gdy bracia znaleźli jego zapiski, pokazujące stopniowe wpadanie w alkoholizm. Ojciec mimo nowego związku pozostaje toksyczny, choć już nie krzywdzi synów fizycznie, Karl Ove - mimo licznych wyrazów niechęci ze strony ojca i dziadków[2] - mimo to próbuje odgrywać rolę syna wedle warunków ojca.

Jako nauczyciel Karl Ove też się nie spełnia, co nie jest dziwne, bo większość czasu leczy kaca, albo zarywa noc, żeby pisać. Dzieci, niektóre niewiele od niego młodsze, albo go irytują, albo chcą z nim konkurować (chłopcy) lub zachowują się prowokacyjnie (dziewczęta); wraca wątek zakochania w nim 13-latki, według narratora - jednostronny. Czemu więc czytam, zapytacie. Trochę z masochizmu, bo skoro zaczęłam, to skończę. Trochę, bo nawet te nieprzyjemne elementy budują obraz całości, ciekawe jest obserwowanie, jak na bazie takich doświadczeń wyrósł autor.

Bardzo źle mi się zrobiło, czytając o kocie Mefisto i reakcji narratora. Wiem, lata 80. i nieempatyczny nastolatek, ale i tak.

[1] Która to matka pozwala na picie, bo traktuje to jako przeciwwagę dla wcześniejszej przemocy ze strony ojca, ponieważ podobno dopiero po rozwodzie synowie wyjawili jej, co się działo (niespodzianka - była tym zdziwiona, bo nic nie widziała, ale “coś podejrzewała”).

[2] Ojciec każe umawiać mu się na wizyty, czasem zwyczajnie syna nie wpuszcza do domu, bo ma inne plany. Dziadkowie ze strony ojca skarżą się, że wnuk żebrze o pieniądze i ich obżera, co w zamierzeniu ma być przytykiem do niesprawności matki, która nie umie się zająć synem.

Inne tego autora tutaj.

#2

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek stycznia 5, 2021

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2021, beletrystyka, panowie - Skomentuj



Ewa wzywa 07 106-107

Danuta Frey - Hotel „Kormoran” #106

Spis osób:

  • Zdzisław Piotrowski - taksówkarz, krępy o ciemnych, kręconych włosach i śniadych, muskularnych rękach
  • Jan Gadkowski - właściciel cukierni-lodziarni , obrzękła, obwisła twarz, worki pod oczami, alkoholik
  • Jerzy Skoczek - recepcjonista, młody, trochę kudłaty, z brodą i w okularach
  • Wiesław Dworak - dyrektor hotelu, tęgawy, niewysoki, z paskiem wrzynającym się w brzuch
  • Pani Jadzia - księgowa, wyblakła, anemiczna,niemodnie ubrana, nieumalowana, siwe odrosty spod źle ufarbowanych włosów
  • Basia - recepcjonistka, odrobinę przesadnie umalowana, modne dżinsy i bluzka z kwadratowym dekoltem, świeża cera
  • Heniek Gadkowski - syn cukiernika, niewysoki blondyn o dziecinnym, trochę naiwnym wyrazie twarzy, mięsiste czerwone wilgotne usta i grube uda
  • porucznik Andrzej Hołubiec - ciemnoblond, przylizane włosy, wąsik, jasne, niemal bezbarwne brwi i wystająca grdyka
  • Ewa Romanowicz - drobna blondynka, leczona w szpitalu neuropsychiatrycznym w Garwolinie
  • Edyta Zaręba - bufetowa, ruda, wysoka, młoda, płaska, za bardzo upudrowana twarz z brudami wokół uszminkowanych ust
  • Gadkowska - żona cukiernika, siedzi na kasie w cukierni, żółte światło nadaje jej cerze chorobliwy wygląd
  • Teresa Dworak - żona Dworaka, odgrzewa mężowi obiad, bo sam tego nie lubi robić
  • sierżant Sadowski

(Fikcyjne) Ujsołty nad jeziorem Bokwałd. Seria dziwnych zdarzeń zaczyna się w hotelu “Kormoran”. W wypadku ginie kierowca taksówki, jadący z hotelu, tego samego dnia znika recepcjonista. Jest podejrzenie, że panowie pili razem, a wypadek spowodował właśnie alkohol, ale z sekcji wynika, że kierowca był trzeźwy. Ktoś napada na panią Jadzię, kiedy wścibska księgowa idzie zbadać źródło dziwnego dźwięku. Porucznik Hołubiec rozpoczyna śledztwo, ale z wody pobliskiego jeziora wyciąga wcale nie zwłoki Skoczka, a nastoletniej blondynki, nagiej, zawiniętej w folię i niebieski wełniany koc; inwentaryzacja koców - odrzutów z eksportu - w “Kormoranie” przyczyni się do rozwiązania zagadki. Jest pożar, w którym o mało co nie ginie jeden z podejrzanych, ale ofiarny Hołubiec wyciąga go z ognia. Nietypowo, już po oskarżeniu mordercy, jest finał w postaci sprawy sądowej, a nawet dwóch.

Się pali: marlboro, sporty.
Się pije: wódkę.
Się ma: żonę księgową (Hołubiec).

Inne tej autorki tutaj.

Jadwiga Kaflińska - Magiczny papierek #107

Spis osób:

  • profesor Wielowieyski - uczynny dyrektor zakładu dla nerwowo chorych
  • Krystyna Zawidzka - atrakcyjna[1] pacjentka po załamaniu nerwowym, malarka czy coś takiego
  • Janusz Zawidzki - mąż Krystyny, redaktor, nie znosi dzieci
  • Irena Urbańska - siostra Krystyny, twarz ma niezbyt piękną, ale miłą i inteligentną
  • kapitan Marcin Roszczyk - nie waha się zostać po godzinach
  • porucznik Aleksander Kowalski - zastępca Roszczyka, pisze na maszynie używając dziesięciu palców
  • gospodyni domu Zawidzkich - chuda, żylasta, ale schludna
  • Lilka Krzycka[2] - eks-przyjaciółka Krystyny, kochanka Zawidzkiego, kierowniczka zakładu kosmetycznego Afrodyta
  • Zygmunt Krzycki - przyjaciel Zawidzkiego z lat dziecinnych, zażywny i elegancki mężczyzna
  • porucznik Alek Kowalski - z wielką przyjemnością wypytuje ładne panie
  • M. Kawecka - sąsiadka Zawidzkich, krawcowa, starsza, starannie ubrana i umalowana
  • inżynier Urbański - dobroduszny olbrzym o serdecznie uśmiechniętej twarzy
  • Lucyna - dziewczyna Roszczyka, zaopatruje mu lodówkę i dba o garderobę[4]
  • sierżant Borek - udaje montera
  • sierżant Grabowski - inwigiluje Krzyckich
  • porucznik Sikora - rozpytuje w wydawnictwie o Zawidzkiego
  • profesor Ireneusz Zamorski - od Zawidzkiego zależał jego wyjazd do RFN
  • Grażyna Marciszewska - sekretarz redakcji[5]
  • dyrektor Małecki - od miesiąca na emeryturze, bardzo miły i kulturalny pan.
  • sekretarka - straszny plociuch, ale to cenne[3]

Mąż nie pojawia się, żeby odebrać żonę ze szpitala dla nerwowo chorych w Klimowie, więc zirytowana pani Zawidzka wraca sama do domu, gdzie znajduje męża zamordowanego. Uczynny ordynator powiadamia milicję, a damę w szoku odwozi z powrotem do szpitala. Na biurku zabitego walają się rozsypane dokumenty i notatki, ale kosztowne precjoza są na miejscu. Na broni, z której zastrzelono Zawidzkiego, milicja znajduje odciski palców żony, ale mimo tego, że żona przyznaje się, że strzelała do męża, nie zostaje aresztowana. W śledztwie okazuje się, że pan redaktor nie był zbyt wierny, a dodatkowo zdarzało mu się szantażować otoczenie (np. potencjalnym plagiatem czy wyciąganiem incydentów z przeszłości).

Milicja stosuje metody nieortodoksyjne - zaczyna od udawania krewnego, a kiedy przesłuchiwana osoba się nie nabiera, dopiero wtedy macha legitymacją. W celu pobrania odcisków od podejrzanych, wysłany zostaje wywiadowca w przebraniu konserwatora z Urzędu Telekomunikacji. Autorka każdej pani ocienia oczy rzęsami, a funkcjonariuszy bardzo uwrażliwia na piękno kobiece (oraz twierdzi, że rozpoznają po zapachu Soir de Paris). Miarą zamożności jest posiadanie kolorowego telewizora.

Się je: jajecznicę z kiełbasą oraz szklanką herbaty.
Się pali: tak, ale nie wszyscy.
Szowinizm codzienny:

- Często przebywała poza domem?
- Dosyć często. Pracownię wynajęła w Alejach Jerozolimskich, to chodzi tam malować. Nieraz i zanocuje tam, jak ma dużo roboty. A chyba coś ze dwa razy wyjeżdżała na jakieś targi za granicę i do Poznania, to nie było jej po dwa tygodnie.
- A mąż pozwalał jej, nie denerwował się?
- Tego to ja już nie wiem, ale tak po mojemu chyba nie, bo zawsze był bardzo wesoły.
Poszłam do niego [do kochanka] jak zwykle około godziny siedemnastej. (...) Janusz nie jadł jeszcze obiadu, ja również, więc upitrasiłam coś naprędce. Następnie poszłam do kuchni pozmywać, a on w tym czasie załatwiał jakieś telefony. Chciałam zaparzyć kawę, ale przeprosił mnie, że tego wieczoru nie będzie miał dla innie czasu, bo umówił się z kimś w domu na wpół do siódmej.
Widzi pan, mój mąż dawno już wyrósł z tego stanu, co to „uważaj, złotko, bo tu błotko”. Dla niego małżeństwo to pewnego rodzaju instytucja, a żona, to mebel, potrzebny w charakterze domowego robota, czasem w charakterze dekoracji. Często powtarza jako dowcip, że mu ze mną „do twarzy”. A czy mnie się już nic od życia nie należy?
Widzi pan, redaktor Zawidzki był moim zwierzchnikiem blisko pięć lat i ten układ stał się dla nas chlebem powszednim. Szanowałam go, wykonywałam jego polecenia, a on z kolei też zachowywał się zawsze fair w stosunku do mnie; może dlatego, że mam ojca na stanowisku? Jednym słowem - pełna kultura obcowania na co dzień.

[1] Była dość wysoka, smukła, długonoga, ciemne, lśniące włosy spadały jej na ramiona, błękitne oczy ocienione długimi, podwiniętymi rzęsami patrzyły na świat zachłannie i z nadzieją. Ubrana była w zgrabny, wiosenny płaszcz popielatego koloru oraz w filuterną malinową czapeczkę. (...) To wszystko rzuciło się w oczy Roszczykowi, zanim jeszcze spojrzał jej w twarz; bo wtedy poczuł skurcz w gardle. To chyba najpiękniejsza, a zarazem najsmutniejsza twarz, jaką widziałem w życiu - pomyślał.

[2] Na szczęście kolor ten [różowy] harmonizował świetnie z jasnymi włosami i fiołkowymi oczami pani kierownik, ubranej dla kontrastu w elegancko skrojony fartuch koloru lila. Liliowa przepaska utrzymywała w porządku falujące włosy. Oczy podłużne, ocienione długimi rzęsami, zgrabny nosek i pięknie wykrojone usta w łagodnym owalu twarzy tworzyły obrazek, przypominający Roszczykowi wisiorek z kameą. Gdy wstała na jego widok, ze znawstwem ocenił piękne nogi i zgrabną figurę pani kierownik.

[3] W tym momencie do pokoju weszła młoda dziewczyna, niosąca na tacy dwie szklanki herbaty; postawiła je na konferencyjnym stoliku. To była chyba seksbomba wydawnictw. Wyobraź sobie - platynowe loki spadające w puklach na ramiona, szarozielone oczy ocienione sztywnymi od tuszu, długimi, podwiniętymi rzęsami, lekko zadarty nosek, który zdawał się węszyć dookoła, usta pomalowane perłową szminką, uśmiechające się zachęcająco w lalkowatej twarzy. Miała wysokie, proste nogi, na których poruszała się szybko i zręcznie kręcąc okrągłym kuperkiem. Ubrana była w spódniczkę midi koloru szarego i granatową bluzkę bez rękawów. Zapytała lekko schrypniętym głosem (...) a mnie wpadło do głowy, że takie osóbki, jak ta ślicznotka, bywają nieocenionym źródłem różnych informacji i ploteczek biurowych.

[4] Czekała już w jego kawalerce śliczna i zgrabna, w świetnie skrojonej sukience z barwnego tergalu. Na krześle wisiała jego najlepsza, świeżo uprasowana koszula.

[5] No i wyobraź sobie, za chwilę do pokoju wmaszerowała zamaszyście postawna brunetka około trzydziestki, uczesana na pazia, w sportowych półbutach, szerokiej spódnicy „midi” koloru miodu i w brązowym golfie, opinającym kształtne piersi. Twarzy nie miała może pięknej, ale regularne rysy, wyraziste, podłużne, szare oczy i skórę do uśmiechu usta. Jednym słowem całość miła dla oka.

Inne z tego cyklu tutaj.

#1 (przeczytałam też po raz kolejny EW108).

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela stycznia 3, 2021

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: kryminał, panie, panowie, prl, 2021 - Skomentuj


Red Dwarf: The Promised Land

Jeśli zastanawiacie się, czy serial o statku, na którym kosmos przemierzają ostatni człowiek na świecie, wyewoluowany kot, pretensjonalny hologram i android z poczuciem winy, którego pierwszy sezon pojawił się w 1988 roku (#gimbynieznajo), ma jeszcze rację bytu, to odpowiadam, że tak. Lister odkrywa nieco przestarzałą dyskietkę z oryginalnym kodem Holly'ego, superkomputera; niestety Holly nie ma w pamięci doświadczeń ze wszystkich podróży i planuje się załogi pozbyć. Dzięki temu ekipa trafia na przelatujący statek, gdzie Rimmer staje się Potężnym Światłem, androidzkim superbohaterem, a Lister odkrywa, że ukrywający się na statku koci uciekinierzy traktują go jak boga. Kot jest jak zwykle piękny, chociaż podobno jego ziomkowie wywalili go ze swojego statku za bycie niewystarczająco cool, a kocia flota wojenna strzela pociskami, które robią MIAU. Doskonały na Sylwestra, obśmiałam się jak norka oraz absolutnie chcę holograficzną kamizelkę Kota.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota stycznia 2, 2021

Link permanentny - Kategoria: Oglądam - Skomentuj


2020

O tym, żeby podsumować rok, myślałam już od jakiegoś czasu. Problem w tym (chociaż "problem" to złe słowo, ogromnie się cieszę wszak), że mnie osobiście w tym roku się ślizgnęło - jestem zdrowa, przeszłam z pracy w biurze na pracę w domu bez rozlewu krwi[1], mimo zmiany planów nauczyłam się czerpać z tego, co dostępne, radość. W zestawieniu z tym, co dramatycznego działo się dookoła mnie, czasem bardzo blisko, nad moim 2020 w zasadzie nie ma co się pochylać. Zostanę w podsumowaniu przy książkach, kopiując od dees.

Poniższa lista nie jest specjalnie olśniewająca, patrząc na liczbę wszystkich książek przeczytanych w ubiegłym roku (155 - licząc uśrednione jednostki książkowe, 197 - jeśli policzyć każdą pozycję oddzielnie). Zdecydowanie wolałabym czytać tylko te dobre[2], ale jako nałogowiec mogę czytać cokolwiek, jeśli chociaż - jak w przypadku kryminałek z PRL-u - mają walor komiczny bądź poznawczy. Listę najlepszych podzieliłam sobie jeszcze na dwie - best of the best of the best i bardzo dobre, ale z gwiazdką.

Lista z gwiazdką. Żeby było jasne, to nie jest tak, że poniższa lista jest obiektywnie gorsza. Raczej mniej mi pasuje stylistycznie (np. niespecjalnie mi wchodzą rzeczy reportażowe, wolę fikcję) albo autor/ka ma lepsze pozycje w dorobku.

[1] Nie że bez rozlewu potu. Jestem dobra w logistykę i organizację, ale bywały dni, że nie miałam już siły na nic, bo ile można żonglować trzema planami dnia bez szkody dla siebie. 9 miesięcy można, jak widać; odsypiam na końcu roku. Nawet nie wyszłam na fajerwerki o północy.

[2] Polecajcie, polecajcie!

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek stycznia 1, 2021

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Komentarzy: 2


#pieszopolesie

Come closer and see
See into the trees
Find the girl
While you can
(The Cure - The Forest)

500 metrów od domu. W tym roku co najmniej raz w tygodniu. Dużo kroków.
Drzewa. Stawy. Kora. Ściółka. Trawy. Mostki. Odbicia. Świerszcze, ptaki i pociąg na wiadukcie.
Światło i migotanie.
Liście.
Złapała mnie wiosenna ulewa.
Piorun uderzył tuż obok, kiedy wracałam z córką ze spaceru.
Podobno są żółwie przy pniu drzewa. Na pewno są kaczki i łabędzie. I raz spotkałam nornicę.
Tu nie ma pandemii.

GALERIA ZDJĘĆ (dużo, ale idźcie się wytarzać w zieleni) plus 2019 i 2015.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa grudnia 30, 2020

Link permanentny - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - Komentarzy: 3