Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Lucy Maud Montgomery - Anne of the Island

W warstwie fabularnej to przygody rudowłosej, ambitnej dzieweczki na uniwersytecie w Redmond - nauka, nauka, jeszcze raz nauka oraz życie towarzyskie. Pierwsze oświadczyny, kolejne, wreszcie odrzucenie wiernego Gilberta, pojawienie się księcia z bajki i wreszcie zrozumienie, że jednak Gilbert.

Ale. Jestem skłonna zrozumieć, że były takie czasy, że się topiło kocięta (Phil/Iza, ciotka Jamesina/Kubcia), a stare psy się wieszało w stodole (pan Harrison), ale nijak w poetyce romantycznej powieści dla dziewcząt nie mieści mi się, że Ania zdecydowała się uśpić chloroformem Rusty'ego, kota-znajdę, który ją pokochał. Na szczęście się nie udało, ale ten kawałek dość mi całość zbrzydził.

Inne tej autorki tutaj.

#78

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota września 5, 2015

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2015, dla-dzieci, panie, kanada - Skomentuj


Wieczorem

Wprawdzie nie w samym centrum, ale teraz mieszkam w mieście - 10 minut samochodem/tramwajem/autobusem i możemy wieczorem spontanicznie (planowałam od rana, ale spontanicznie) pojechać na rodzinny spacer na plac Wolności, gdzie Wedel zasponsorował dwa czekoladowe koziołki (jedyne 600 kg czekolady; ciekawe, ile waży zwykła koza). Wprawdzie nie czekałam w ogromnej kolejce na odłupany kawałek czekolady, ale poszliśmy na lody do Amore Bio Gelato i na pizzę opodal, do Pizza a Pezzi (gdzie Majut zjadł kawałek "bez niczego", a ja wpadłam na pomysł na półki do kuchni i spotkałam chłopaka, który wyglądał jak mój jeden krótkotrwały eks, ale to na pewno nie był on, bo za młody i nie odwrócił się na mój widok z niesmakiem). Uwielbiam miasto (jeszcze) letnim wieczorem, wyjątkowo ożywione, z tłumem ludzi, zapachem jedzenia i neonami. Tylko 10 minut od domu.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek września 4, 2015

Link permanentny - Kategorie: Maja, Fotografia+, Moje miasto - Komentarzy: 11


Ryszard Ćwirlej - Jedyne wyjście

Z jednej strony to całkiem zgrabny, współczesny kryminał (i to dziejący się w i pod Poznaniem), z drugiej - elegancko wpasowali się w niego poprzedni bohaterowie powieści milicyjnej. Mirek Brodziak wprawdzie już nie pracuje w służbach, ale jest człowiekiem do specjalnych poruczeń o swojego kumpla, Grubego, za to trafia w środek śledztwa i z właściwym sobie wdziękiem (choć już bez dżinsów-marmurków i białych sportowych pantofli) pomaga na pewnym nielegalu (czasem tylko sugerując, że jest z ABWehry). Fred Marcinkowski nadzoruje śledztwo ramienia poznańskiej policji, wspomagając Anetę - młodą, acz obiecującą policjantkę (prawdziwe równoprawnienie!), zaś Teoś Olkiewicz pojawia się epizodycznie, za to jest szczęśliwy - może handlować wódką na legalu.

Akcja jest dwutorowa - porwano z żądaniem okupu syna jednego z podpoznańskich przedsiębiorców. Ojciec porwanego działa na dwa fronty: uruchamia policję i jednocześnie swojego kumpla z czasów przemytniczych, który sprawy załatwia ciszej i bardziej ostatecznie. Po udanej akcji uwolnienia zakładnika znikają porywacze. Jednocześnie policjantka Aneta, ambitna i błyskotliwa, wpada na trop seryjnego mordercy młodych (acz niewiernych) mężatek. Tropy się zgrabnie splatają. Nie mogę natomiast darować autorowi przekiepskiej stylizacji rozmów czatowych internetowego podrywacza-mordercy. Serio młode mężatki lecą na stek nieortograficznych bzdetów?

W przeciwieństwie do zupełnie odciętych od realiów kryminałów Rudnickiej, które niby się działy w wielkopolskim Mechlinie i w Poznaniu, ale tak naprawdę mogły się dziać gdziekolwiek, tutaj osadzenie jest mocne. A to Pijalnia Wódki na chyba Półwiejskiej, a to reklama "Monidła" (gdzie prowadzamy znajomych z zagranicy, żeby skosztowali bigosu) czy szamotulskiej "Sanguszki" (gdzie nie byłam, ale pojadę).

Inne tego autora tu.

#77

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek września 3, 2015

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, 2015, kryminal - Komentarzy: 2


Dębiec, odsłony

Sąsiadka z góry, zdziwiona: "A bo ja myślałam, że państwo mają synka. Bo przed drzwiami stała wywrotka". Wywrotką Maj buduje z lokalesami na placu zabaw, neutralnym genderowo (wszystkie dzieci używają słów na "k", "ch" i dupa bez względu na płeć).

Spotkany na tymże placu zabaw młody człowiek zainteresował się faktem, że chusteczki higieniczne kosztują 20 groszy. Bo za 20 groszy można kupić zapałki. I jakby mieć benzynę, to można coś polać i podpalić! Kupi mi pan zapałki?

Plac w ogóle budzi mieszane uczucia w Majucie - bo nie wiadomo, czy to do zabawy, czy wysypisko śmieci. Przy pierwszej wizycie pozbierała wszystkie śmieci, rzucane bezrefleksyjnie na ziemię przez dzieci i dorosłych.

O poranku na czereśni spotykam czasem Zosię, szylkretową kotkę sąsiadów.

Ulica, chodnik pod jedną posesją. Dwóch młodzieńców, bosych i bez koszulek, przepakowuje walizki na środku chodnika.

Sympatyczny, rozczochrany pan w średnim wieku na rowerze, z tyłu przyczepka. W przyczepce malowniczo upozowany buldożek francuski.

W lokalnym "Lewiatanie", kupując napój niegazowany, zmotywowałam ogorzałego pana do wzbogacenia zakupów (setka wódki) o popitkę.

W okolicy spacerowej dwie Biedronki. W jednej z nich kasjerka poskarżyła mi się, że ktoś otwiera pudełka z ryżem w torebkach, nie wiadomo po co.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek sierpnia 31, 2015

Link permanentny - Kategorie: Z głowy, czyli z niczego, Moje miasto - Tag: debiec - Komentarzy: 7


Zmiany, zmiany, zmiany

Obracam sobie w głowie różne określenia na 40-latki. Nie wiem, czy gorsze są ryczące czterdziestki czy kuguary, ale w każdym razie społeczny odbiór jest taki, że nie ma się czym chwalić.

Tyle że właśnie w okolicy 40 zaczyna do człowieka docierać, że w zasadzie to czym się przejmować. Można nie wyglądać, można się nie zapowiadać, można się nie pokazywać. Albo wręcz przeciwnie. Mentalnie i tak mam 25 lat, tak jak przez poprzednie piętnaście.

PS Wiecie, jakie szpetne dekoracje są w party-sklepach dla 40-latków? Zdecydowanie lepiej był brokatową 6-latką.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek sierpnia 28, 2015

Link permanentny - Kategoria: B is for Birthday - Komentarzy: 6


Project Management Skillz

Zespół A programuje całość aplikacji (ściany, podłogi, wod-kan, prąd). Zespół B programuje wydzielony kawałek odpowiedzialny za jedną funkcję (ogrzewanie).

Zespół A anonsuje, że potrzebuje kawałka aplikacji od zespołu B. Zespół B wchodzi cały na biało, usuwa dotychczasowy kod (kaloryfery, rury, piec), zaczyna pisać nowy (piec, rury), po czym oznajmia, że ich kawałek kodu będzie napisany poza frameworkiem (rury idą po wierzchu), bo nie chcą brać odpowiedzialności za działanie czyjegoś frameworku (kuć w ścianach). Zespół A ze swoim Architektem Aplikacji ustalają, że da się we frameworku i sami programują kawałek kodu dla zespołu B (kują bruzdy w ścianach). Zespół B dopisuje kolejny kawałek (rury), po czym zgłasza zapotrzebowanie na kolejną łatkę (zaizolowanie wnęk kaloryferowych). Zespół A izoluje. Zespół B oznajmia, że już są prawie gotowi, ale potrzebują API (wyprowadzenia rury z zimną wodą, wprowadzenia rury z ciepłą z pieca, wyjścia do kanalizacji na produkty kondensacji oraz gniazdka prądowego do włączenia pieca) i że mogą to zrobić, ale w ramach dodatkowego budżetu muszą przygotować projekt kawałka aplikacji, który już ma zaprojektowany ekipa A, bo oni muszą robić według swojego frameworka (cała kanalizacja i rury w łazience). Nie ma to wielkiego sensu, ekipa B przerywa prace, a ekipa A zaczyna według swojego projektu pisać API (rury w całej łazience + gniazdko) za - powiedzmy 2 mendejsy. Po napisaniu API ekipa A informuje, że jednak w celu uzyskania gwarancji prawidłowości działania aplikacji ekipa B musi przetestować po swojej stronie (połączyć rurki z piecem), na co ekipa B oznajmia, że potrzebuje - powiedzmy - 4 mendejsów, co jest kosztem absurdalnym, ale w celu najszybszego wdrożenia (bo po deadlinie jest już dawno) inwestorka wyraża zgodę. Ekipa B przygotowuje interfejs użytkownika (wiesza kaloryfery), ale ponieważ funkcje generujące niektóre elementy interfejsu będą napisane dopiero na koniec projektu (ściany w łazience), zostawia css-y do napisania ekipie A, która twierdzi, że podoła. Mija 50 strzałów znikąd, dwukrotnie przekroczony deadline mija, ekipa A zrobiła cały interfejs (łazienka) i zabiera się do dopisywania brakujących css-ów (wieszania kaloryferów), a wtedy okazuje się, że ekipa B nie przygotowała grafik (głowice do kaloryferów leżą w biurze ekipy B), ponieważ uważała, że ekipa A jednak zgłosi się do nich po zakończeniu swojej części projektu. Następuje warunkowe wdrożenie (wprowadzam się, a kaloryfery leżą w salonie na styropianie) i wraca ekipa B, która od progu oznajmia, że oni by chętnie, ale zostawili 4 miesiące temu w zlikwidowanym już repozytorium (poremontowy burdel) ważny kawałek kodu ("zawiesia" do kaloryferów w małym woreczku) i dzisiaj mogą odpalić jedną funkcję (kaloryfer drabinkowy), ale druga musi poczekać do jutra, aż pobiorą kod z repozytorium z ograniczonym dostępem (hurtownia).

I haz them, the skillz. Sanity I doesn't. Od 1. września wracam pracować w zawodzie.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpnia 25, 2015

Link permanentny - Kategoria: P jak Posesja - Komentarzy: 1


Olga Rudnicka - Drugi przekręt Natalii / Do trzech razy Natalie

Wszystkie siostry w dalszym ciągu mieszkają w wielkim domu pod Śremem, dodatkowo kręcą się dwaj policjanci z poprzedniego tomu, którzy się z dwoma siostrami zaangażowali. Nata, siostra nr 3 (dziennikarka), napisała książkę o poprzedniej sprawie, przez co wszyscy są na nią zirytowani, bo opisała wszystko wiernie, twierdząc, że i tak nikt nie uwierzy. Książka stanowi więc oczywiście bezcenny materiał dla policji, ponieważ zawiera nawet szyfr do sejfu.

W tajemniczych okolicznościach umiera wspólnik ojca, "wujek" sióstr Sucharskich i opiekun (zwęglone zwłoki w jego samochodzie, brak możliwości pobrania porównawczego DNA, a w mieszkaniu leżą dodatkowe zwłoki z rozpryśnięta głową), psim swędem trzy panny Sucharskie ładują się więc na miejsce zbrodni i... zostają wsadzone na dołek za mataczenie, bo jak to, że się nazywają tak samo. To nie pierwszy taki wyskok poznańskiej policji - w związku ze sprawą też dokonują przeszukania bez pozwolenia ("Jaglecki (...) nie informował właścicielki mieszkania, że bez jej zgody lub nakazu nie powinni przepatrywać kątów, ale brak sprzeciwu postanowił traktować jako domniemaną zgodę. Zwłaszcza że kobieta dobrowolnie wpuściła ich do środka").

Wracając do panien Sucharskich, nie wierzą (z braku DNA w mieszkaniu denata), że zwęglone zwłoki to ich przyjaciel, postanawiają więc same odkryć, co się stało. Oczywiście nie planują o tym informować ani przedstawicieli poznańskiej, ani tym bardziej śremskiej policji, która z nimi mieszka. Dodatkowo sprawę komplikuje fakt, że pojawiają się tzw. inne służby, które odbierają śledztwo Poznaniowi, więc i policja zaczyna na nielegalu rozpytywać. Całość intrygi jest szyta tak topornie, że aż boli. Siostry dostają w spadku po potencjalnie zamordowanym mieszkanie (które demolują w poszukiwaniu wskazówek, pakują i przeprowadzają do rezydencji w Mechlinie w ciągu jednej nocy[1]) oraz tajemniczą szkatułkę, teoretycznie pustą, ale w praktyce ma w środku schowane diamenty (znajdują oczywiście dzieci siostry 2). Przez pół książki siostry próbują wycenić kamienie, aby je sprzedać (powodując między innymi amnezję u nieuprzejmego syna antykwariusza), a kiedy się dowiadują, że kamienie są oznakowane grawerunkiem laserowym, pojawia się tajemniczy pośrednik, który je od nich odbiera za milion złotych. Pośrednik oczywiście jest teoretycznie zabitym siostrzeńcem teoretycznie zabitego wuja, a obydwaj obserwują poczynania sióstr z radością (i przez ukryte kamery), nie ujawniając się w ogóle.

[1] Wierzcie mi, NIE DA SIĘ. Mam doświadczenia z pierwszej ręki, o czym niebawem.

Tom trzeci jest jeszcze słabszy - siostra nr 2 urodziła dziecko policjantowi, ale ma wrażenie, że już się z nią nie chce ożenić, bo przestał o tym wspominać. Siostra nr 1 zaszła w ciążę z kolejnym policjantem, którego poznała w tomie drugim, ale ponieważ pan w stresie zapytał, kto jest ojcem, wściekła się i zorganizowała nagły wyjazd do Międzyzdrojów na dwa tygodnie, żeby dać panom popalić. Popalenie oznaczało pozostawienie ich samych z dziećmi (i dochodzącą gosposią). Tym razem generatorem problemów jest siostra nr 5, niedowidząca i roztargniona Natka, która wpada w kawiarni na przypadkową turystkę, mieszają się zawartości ich torebek i - jak się łatwo domyślić - w torbie Natki ląduje coś, co jest obiektem pożądania szajki złoczyńców.

Z kuriozów: siostra nr 2 ma dwójkę dzieci, na które ich rozwiedziony ojciec nie łoży (w sensie alimentów) oraz nie utrzymuje kontaktu, ale nie chce się zrzec praw rodzicielskich. Siostra nic z tym nie robi, bo po co.

Na swoje usprawiedliwienie mam, że czytałam pilnując montażystów, którzy zamiast 6-7 godzin montowali prawie 10; natomiast nie udało mi się w trakcie roześmiać.

Inne tej autorki tutaj.

#75-76

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpnia 23, 2015

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2015, panie, kryminal - Skomentuj


T + 4

- Tęsknisz za naszym starym domem w Suchym Lesie?
- Nie! Tu jest świetnie!

I to by było na tyle w kwestii sentymentu i "ale na noc wrócimy do domu". Koty podobnie - Bursz wprawdzie zaszywa się pod łóżkiem, skąd łypie ostrożnie na obcych (byli montażyści z reklamacji z Ikei, dorobili zepsutą w transporcie szafkę i doświetlili), ale wszystkie kartony, szafy i szuflady ich. Przyznam, że pamiętając historie dramatyczne o kotach w przeprowadzce, które chorowały, a czasem i przeprowadzały się w podróż ostateczną, byłam trochę niepewna w kwestii 14,5-letniego kota Koki. A tu żaden problem - mnóstwo wygodnych punktów obserwacyjnych, dwie kuwety, wiadomo, gdzie miska.

A ja zmieniam ścieżki w mózgu - kuchenka teraz po lewej, blat po prawej. Ubrania jeszcze wszędzie, bo czekam na kilka dodatkowych półek w szafie.

8 kartonów do rozpakowania. Jutro policzę, ile spakowałam.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpnia 22, 2015

Link permanentny - Kategorie: Koty, P jak Posesja, Maja - Komentarzy: 1



T +1

Nikt tak się nie darł na zmianę albo unisono, jak Bursz i Szarsz w samochodzie. Miaaaau, mia, miaaaau, mia, z Suchego Lasu na Dębiec. Kot Koka z kolei całą podróż zniosła podobno (bo wiózł ją TŻ) stoicko. Wprawdzie wstępnie miałam plan zawieźć na miejsce koty przed przeprowadzką, do pustego pokoju z kuwetą i drapakiem, ale zainternowanie na balkonie i transport już wieczorem okazał się lepszym pomysłem. Jak dla kogo, oczywiście, albowiem Szarsz w minutę osiem obejrzał wszystko, zwiedził kuwetę i zaanonsował działającą perystaltykę wykonaniem tzw. "number two" obok kuwety (na kafelkach, a mógł na mojej pięknej podłodze!). Koka pokuliła się nieco pod komodą, ale wyszła niebawem, elokwentna (czytaj: drąca się wniebogłosy) i ciekawa. Kot Burszyk natomiast nigdy nie był jeszcze tak płaski i przerażony. Cały wieczór spod komody wyglądał tylko drgający ogon, w nocy chyba jednak przyszło trochę odwagi, bo się głaskaliśmy i był pomruk, ale rankiem kot był tak zamelinowany w kartonach, że nie udało się znaleźć. Wieczór, dzień drugi, jest trochę lepiej, ale kot Burszyk nie jest tym wszystkim dalej zachwycony.

A ja i owszem. Wprawdzie jeszcze śmierdzi silikon w łazience, a kaloryfery stoją oparte o ścianę, z kuchni nie jestem zadowolona (oraz straciłam serce do Ikei, a tyle lat w harmonijnym związku), nie mam klapki do spuszczania wody w gebericie oraz kilku półek, wszędzie kartony i pył po montażu ostatnich regałów, ale o poranku wyjrzałam przez okno do ogrodu i zobaczyłam na czereśni sąsiadkę. Sąsiadka jest szylkretką i ma na imię Zosia (i albo ma ruję, albo przyjacielskość 10). Pachnie podłoga, wszędzie mam światło i miejsce, półki powoli się zapełniają i chyba zaczynam czuć, że to dom.

Maja wraca jutro z wakacji u dziadków, ciekawa jestem jej reakcji.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa sierpnia 19, 2015

Link permanentny - Kategorie: Koty, P jak Posesja - Komentarzy: 14