Horoskop w google'u (2)
Phleeze.
Możesz odczuwać zmęczenie i wyczerpanie, a także izolować się z powodu żalu. Zadbaj o siebie, szczególnie o swoje zdrowie, o swoje wnętrze.
Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu
Phleeze.
Możesz odczuwać zmęczenie i wyczerpanie, a także izolować się z powodu żalu. Zadbaj o siebie, szczególnie o swoje zdrowie, o swoje wnętrze.
Bo zamarzłam.
W ramach krotochwil sobie podpięłam do igoogle'a. I teraz jestem raczona kwiatuszkami o poranku:
To czas przeżywania, współodczuwania, bycia z bliskimi. Czas integracji pierwiastka żeńskiego i męskiego. Masz w sobie ogromną siłę - ona może Ci pomóc.
I z tą ogromną siłą idę do Fabryki. Może nie zwymiotuję w ramach tej integracji na biurko.
EDIT Zdążyłam do łazienki, nie musiałam na biurko.
Lat temu prawie dokładnie dwa pochwaliłam się zgubieniem świeżo przysłanej przez bank wizuchny. Dziś dla odmiany się pochwalę, że ją znalazłam. Piękną, dziewiczą, nie ruszaną. Leżała na stercie dokumentów na biurku TŻ, która to sterta jest - jak widać - najbardziej bezpiecznym i stabilnym miejscem u nas w domu.
PS Mówiłam, że nie koty? Mówiłam?
Poszliśmy do kina na coś, przy czym pedalscy kowboje jedzący budyń mogą się schować, czyli Madagaskar 2 (ale o tym potem). Spożywamy kolację przed w Rodeo Drive, trącam TŻ i mu pokazuję, kto idzie po schodach. TŻ stwierdza: "O, Najsztub. No, on w Poznaniu mieszka(ł)", po czym patrzy na mnie i dodaje: "Pokazałaś mi, bo wiedziałaś, że to ktoś znany, ale nie pamiętałaś, kto?". Zna mnie czy co?
Na klatce schodowej pojawiła się ostatnio kartka z apelem, że kolejny naiwniak szuka miejsca parkingowego pod budynkiem. Dopisałam długopisem, że ja też. Wczoraj pojawił się kolejny dopisek "I ja!". Duch w narodzie nie ginie.
Ja wiem, że może i to kino przełomowe, bo dotarło tam, gdzie żaden mężczyzna nie dotarł wcześniej (pun intended), ale czemuż ach czemuż ten film jest tak długi, nudny i nic się w nim nie dzieje? Dwóch młodych, czystych, ale z obowiązkowym dwudniowym zarostem kowbojów pilnuje bydła i z nudów wchodzi w bliskie stosunki ze sobą (mimo całego stadka ponętnych owiec w okolicy). Życie na łące ciężkie, bo a to niedźwiedź, a to śnieg, a to stado się zmieszało z drugim i trzeba rozdzielać, żeby nikt stratny nie był. Po czym, kiedy kowboje wrócili do cywilizacji, założyli rodziny i spłodzili dzieci, okazało się, że obrzydza ich konieczność wycierania nosów potomstwu i zarabiania na pieluchy, a tak naprawdę tęsknią za prawdziwą piękną, idealną miłością pod namiotem na stoku góry. I przyznam, że to był ten moment, który ostatecznie utwierdził mnie w przekonaniu, że z tym filmem jest coś srodze nie tak. Potem przez połowę filmu szarpali się ze swoimi życiami, spotykając ukradkiem (bo społeczeństwo było im wbrew, a przygodnie poznane w barze panny nie łapały, że smutny kowboj roniący łezkę w tex-mex nie jest do wzięcia) i zmierzając do wielkiego a mistycznego finału z gatunku "jak wisi na ścianie strzelba, to w ostatnim akcie wypali", podczas którego jeden z nich wygłosił tzw. refleksję i poszły napisy.
Przypuszczam, że opowiadanie Annie Proulx było zgrabniejsze i krótsze, bo to, co reżyser wyciągnął z tego, to flaki z olejem. Plus trochę widoczków z górami. Nie jestem fanką gór, więc może dlatego nie zachwyciło.
PS I jak zobaczę tu jakąś egzaltowaną panienkę, co to Bergman wielkim reżyserem jest, która zacznie mnie wyzywać od pseudouironicznych konsumentów hollywoodzkiej pulpy, to poszczuję kotem. Tak, jestem konsumentem rzeczy błahych i jestem z tego dumna.
... którzy niedawno dorobili się przychówku, najważniejsze pytanie. I dzięki temu mamy już wybrany szpital - będziemy młode sprowadzać na świat w Raszei. Mają wifi.
Aardmanowi filmy zdecydowanie lepiej wychodzą w krótkim metrażu niż w długim (z chlubnym wyjątkiem "Uciekających kurczaków") i są znacznie zabawniejsze. Wallace i Gromit mają piekarenkę, w której w sposób błyskotliwie zautomatyzowany wypiekają chleb. Kiedy ginie kolejny piekarz, Gromit zaczyna podejrzewać, że przyjacielska pulchna fanka piekarzy wcale nie ma dobrych zamiarów. Pościgi, bomby, ciasto, aluzje do znanych ikon popkultury ("Obcy" :>) i sporo zabaw słownych, niestety zapewne te ostatnie zaginą marnie podczas tłumaczenia ("cereal killer", "your bun is as good as toasted" czy "very well done").
Z całej sylwestrowo-noworocznej pulpy wybrałam sobie Hancocka i mnie się bardzo (i już zupełnie abstrahuję, że lubię Willa Smitha). Hancock jest superbohaterem i zdarza mu się uratować kawałek Los Angeles, ale nawet jak ratuje, to amerykański naród nie jest zadowolony. A to akurat Hancock jest pijany, a to przy okazji ratowania rozwala trochę samochodów i domów (nie wspominając o nawierzchni), a to zachowuje się w sposób ogólnie uznawany za obelżywy, co nie przysparza mu wielu zwolenników. Kiedy ratuje pewnego przemiłego (to chyba jest film dla dzieci) przedstawiciela zawodu PR, ten proponuje mu pomoc w ratowaniu nadwyrężonego image'u. Bardzo pouczające są sceny, w których nikt nie wierzy, że Hancock może wsadzić głowę jednego więźnia w tyłek drugiego. Bardzo duży LOL-factor, ale przy tym film familijny.
W lokalnym radiu jest (chyba) realizator o przedźwięcznych personaliach Jędrzej Mosiężny, co nieustająco nas zachwyca. Ńiebawem staniemy przed koniecznością wymyślenia imienia, więc zaczęliśmy się przygotowywać. Łatwiej z męskimi - możemy dać piękne piastowskie mocne imiona jak Spycigniew bądź Grzmichuj. Z żeńskimi trudniej, ale wymyśliłam ładnie zdrabnialne Latryna (dla przyjaciół Lacia).