Więcej o
klub-srebrnego-klucza
Prokurator Selby, wraz z wiernymi pomocnikami - szeryfem Rexem Brandonem i dziennikarką (prywatnie też dziewczyną Selby’ego) Sylvią Martin - usiłuje rozwikłać powiązane ze sobą sprawy nagiego ciała z dwoma pociskami w jednej ranie, zaginięcia teścia wdowy po hochsztaplerze oraz przestępcy, który umknął podczas zwolnienia warunkowego. Wszystkie te sprawy łączy osoba Alphonse’a Bakera Carra, diabolicznego i luźno traktującego prawo adwokata, obrońcę przestępców, nie wahającego użyć się sztuczek w celu uwolnienia klienta nawet przy uzasadnionych zarzutach. A.B.C. kupił w Madison County dom, żeby miejsce oddechu po sławie w Los Angeles, co nie podoba się ani sąsiadom, ani lokalnej prasie. W finale Selby wykreśla na mapie koło wokół posiadłości Carra, twierdząc, że to jest jego obszar i ma się nie zapuszczać poza, bo pożałuje.
Chyba już wyrosłam z kryminałek Gardnera i jego czarno-białego świata. Selby jest mistrzem intelektu, potrafi przewidzieć ruchy przeciwnika i zinterpretować je na swoją korzyść, manipuluje nieprzyjazną prasą oraz oponentami politycznymi, którzy - oczywiście - są od niego mniej inteligentni. Carr, główny złol i oponent, niby jest równie inteligentny, ale skoro używa sprytu, żeby pomagać przestępcom (a i para się szantażem!), więc popełnia więcej błędów. Wszystkie kobiety, również złe, są piękne, na szczęście żadna z nich nie jest taką ostoją cnót jak Sylwia Martin, używana przez Selby’ego jako tuba propagandowa. Ćwierć tomiku zajmują rozważania, czy jak ktoś strzelił do trupa, to jest mordercą, czy nie.
Inne tego autora, inne z tego cyklu.
#38
Napisane przez Zuzanka w dniu Friday May 5, 2023
Link permanentny -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
2023, klub-srebrnego-klucza, kryminal, panowie
- Skomentuj
Maleńka doza sceptycyzmu jest witaminą myśli - [Grot] zakończył trochę zaskakującą metaforą.
Temat myślistwa i polowań jest chyba bliski autorowi, bo to już druga jego książka z tym motywem. Znani z poprzedniego tomu major Grot (konsekwentnie żonaty z panią Danusią, poznaną w trakcie śledztwa) i porucznik Rybacki pojawiają się w małej miejscowości pośrodku lasów, gdzie na polowaniu ktoś zastrzelił redaktora Rolaka. Wprawdzie są poszlaki sugerujące, że to zemsta zazdrosnego męża, z którego żoną Rolak romansował, ale jednak milicja łączy śmierć z szajką przemytników zabytkowych klejnotów. Ale tak naprawdę to opowieść o zakochaniu się porucznika Rybackiego, który nie dość, że na zmianę nienawidzi i wielbi swojego zwierzchnika[1], to jeszcze przez pół roku adoruje magister Wiesię Karaś, trzpiotkę i gadułę, która finalnie okazuje się funkcjonariuszką incognito, w kawiarni naprzeciw apteki podsłuchującą ludzi wymieniających informacje o miejscu ukrycia klejnotów.
Absolutnie nie dziwię się, że Barańczak zjechał tę książkę w “Książkach najgorszych” (ma ktoś może i się podzieli tym kawałkiem? Miałam kserówkę kiedyś, ale diabeł ogonem nakrył). Przede wszystkim rzecz się dzieje pośrodku niczego, w jakimś małym miasteczku, wprawdzie Grot z żoną mają tajną kwaterę dowodzenia w namiocie, ale jakimś cudem Rybacki przez pół roku uwodzi pannę Karaś, więc ewidentnie mieszka w okolicy. Po drugie, powaga opisów (patrz uczucia Rybackiego do Grota[1]), łatwość osądów (zwłaszcza kobiet, chociaż i pegieerowskim pijaczkom czy “kawkującym” urzędniczkom też się dostaje) czy prosystemowe wstawki (łatwość wyjazdu za granicę to zachęta dla kombinatorów) budzą politowanie.
Się pije: kawę z termosu z cukrem w kostkach, cocacolę, sok pomarańczowy, złocisty koniak, “łzy sołtysa” w musztardówce.
Się pali: nałogowo, odmowa pozwolenia na wyciągnięcie papierosa to zrobienie sobie wroga; giewonty i sporty.
Się je: jajecznicę na wędzonym boczku z przysmażaną cebulą, chleb i pomidory, kaszankę i pieczone na ognisku ziemniaki.
Się zbiera: grzyby (co jest istotne dla intrygi).
Szowinizm powszechny: kawę i poczęstunek oczywiście przygotowują panie, chyba że mamy czterech myśliwych, to nagle się okazuje, że nie dość, że gotują, to jeszcze zmywają.
Legenda Karasiówny, tłumacząca, czemu magister farmacji z wielkiego miasta przeniosła się na prowincję, nikogo nie dziwi (oraz czy dziwi i dzisiaj?):
Że niby miałam takiego szatana zazdrości, który groził, że mnie zabije, nie tylko ilekroć ja spojrzałam na innego mężczyznę, lecz także kiedy inny mężczyzna spojrzał na mnie. W tych warunkach życie moje stało się piekłem, z którego były tylko dwa wyjścia: samobójstwo albo ucieczka i rozpoczęcie wszystkiego na nowo, w zupełnie innym miejscu, daleko od gwaru wielkiego świata i od blichtru wielkiej metropolii. Wybrałam to drugie. (...) Aha, zapomniałam powiedzieć, że jeszcze podzieliłam się z nimi moimi obawami, co do tamtego zazdrośnika. Rozpaczałam, że będzie mnie szukał po całej Polsce, bo nie ma nic bardziej strasznego niż urażona męska ambicja, która z mężczyzny robi zwierzę i popycha go do największych podłości.
Panie są albo przepiękne[2] (no chyba że przemycają dzieła sztuki, wtedy “orientalna uroda kobiety nagle przestała na niego działać”), albo żałosne[3] czy to z powodu niedostatków urody, czy to z powodu nadmiaru makijażu. Oczywiście pojawia się wątek “kobieta grożąca oskarżeniem o gwałt”, jeśli mężczyzna nie zrobi tego, czego kobieta chce.
[1]
Rybacki zdążył już dość dobrze poznać majora i miał o nim wysokie mniemanie. Wyrobił je sobie podczas kilku akcji, w których brał udział pod komendą Grota, ale jednocześnie to wysokie mniemanie nie przeszkadzało mu żywić do starszego kolegi owego rodzaju uczuć, jakie potocznie nazywa się mieszanymi. Denerwowała go - a w tym zdenerwowaniu wyraźną rolę grały elementy męskiej zazdrości - permanentna i nieskazitelna elegancja majora, który zarówno w mundurze noszonym rzadko, jak i w ubraniu cywilnym noszonym najczęściej, wyglądał jak spod igły. Ubranie, koszula, krawat, buty, skarpety - wszystko było tak dobrane, że nic innego nie mogło być na ich miejscu i w innym zestawieniu. Tego porucznik nie mógł zrozumieć, a nie rozumiejąc - wybaczyć. Wiele razy próbował go w elegancji naśladować, wiele razy był przekonany, iż mu się to udało, ale jego przekonanie trwało tylko do momentu, dopóki nie spotkał majora. Wtedy znowu widział, że Grot jako arbiter elegantrium był niedościgniony, że wszelkie próby dorównania mu były śmieszne i nieodwołalnie skazane na niepowodzenie. Również pewne maniery Grota, jak na przykład zwyczaj skubania palcami górnej wargi, nie nastawiały porucznika przychylnie. Poza tym Rybacki uważał, że major działa w określonych sytuacjach zbyt arbitralnie i że za mało liczy się ze zdaniem swoich podkomendnych. Przy tych wszystkich
zastrzeżeniach porucznik oddawał starszemu koledze wszelkie honory jako temu, któremu nie zdarzył się jeszcze niewypał (...)
Opanowanie Grota było równie absolutne, jak jego niesłużbowa elegancja, którą porucznik dopiero teraz zauważył. Koszulka polo, zamszowa marynarka, flanelowe spodnie o barwie sosnowej kory i takiegoż koloru skórzane kamasze świadczyły o tym, że major Grot przyjechał tutaj raczej nie bezpośrednio z komendy. (...)
Grot nawet na zakrętach niewiele zmniejszał szybkość. Prowadził pewnie, spokojnie, bez przesadnej ostrożności, lecz i bez niepotrzebnej brawury. Porucznik zauważył ze zdziwieniem, że samochód także można prowadzić z wdziękiem, jeśli ten wdzięk posiada się na co dzień. Szpileczka zazdrości znowu ukłuła go w serce. (...)
(...) doskonale pamiętał te nie do opisania, niepowtarzalne emocje towarzyszące każdemu skokowi [spadochronowemu]. Od kilku lat wszelkie wrażenia zastąpiły mu emocje współpracy z majorem Grotem, a chociaż były one zupełnie innego rodzaju, to jednak towarzyszący im
stopień napięcia mieścił się w podobnej skali.
[2] W drzwiach sekretariatu stanęła właśnie pani Grażyna z plikiem papierów w ręku, jak zwykle uśmiechnięta i jak zwykle w obcisłej sukience, która nieprzyzwoicie dokładnie, wręcz prowokacyjnie, opinała jej wysmukłą figurę. (...) Kiedy zatrzasnęła za sobą drzwi pokoju, odwrócił się z uczuciami wprawdzie mieszanymi, jednak z wyraźną przewagą złości. Pani Grażyna - nie pamiętał jej nazwiska, ale wiedział, że miała dwadzieścia sześć lat, że była inżynierem leśnikiem i pełniła tutaj, mimo młodego wieku, funkcję adiunkta - podobała mu się o wiele bardziej, niżby sobie życzył. Kilkakrotnie próbował smalić do niej cholewki, ale, jak dotychczas, nie mógł się pochwalić nawet cieniem sukcesu.
[3] (...) wkoziołkowała pani Rzęsa, księgowa nadleśnictwa. Właśnie wkoziołkowała, nie weszła. Kto choć raz widział jej krótkie, beczułkowate nogi, na których bez przerwy kołysał się okrągły tułów, ten miał wrażenie, że pani księgowa nie chodzi, lecz koziołkuje na podobieństwo dziecinnej wańki-wstańki, która
nawet postawiona na głowie, po kilku gwałtownych przechyłach wraca w końcu do jako tako normalnej pozycji, dopóki ktoś czy coś znowu jej z tej pozycji nie wytrąci.
[4] Dziewczyna była ładna, choć niepotrzebnie w pretensjach. Fioletowa szopa włosów, fioletowy makijaż oczu, równie fioletowe paznokcie, usta pod grubą warstwą amarantowej szminki - wszystko to było zbyt wyzywające, aby mogło się podobać normalnemu człowiekowi. Obrazu dopełniała spódniczka
ledwie zakrywająca pupę i przezroczysta bluzka, spod której prześwitywało gołe ciało. Panna Janina Wykrot okazała się stanowczo nie w guście porucznika Rybackiego.
Inne tego autora, inne z tej serii.
#35
Napisane przez Zuzanka w dniu Saturday April 22, 2023
Link permanentny -
Tagi:
2023, kryminal, panowie, prl, klub-srebrnego-klucza -
Kategoria:
Czytam
- Skomentuj
Narrator oddaje głos sympatycznemu podporucznikowi MO, Henrykowi Gawrysiowi, którego poznał jako reporter na Mazurach; Gawryś w 96-stronicowym brulionie spisuje swoją pierwszą sprawę w fikcyjnych Wisajnach pod Ełkiem. Na miejscu okazuje się, że całe miasteczko działa dzięki jednemu człowiekowi - dyrektorowi Sodyrowi, który zorganizował dzięki swoim kontaktom fabrykę aparatów elektroautomatycznych, obsadził znajomymi i ogólnie nie warto z nim zadzierać. Po mocno zakrapianej zabawie dyrektor ląduje w szpitalu z woreczkiem żółciowym, po czym tylko cudem ordynatorka szpitala, niegdyś jego narzeczona, odratowuje go po próbie samobójczej. Podporucznik, uzyskawszy mniej lub bardziej chętną współpracę ładnej, choć ubogiej (!?) pielęgniarki, odkrywa, że ktoś z miasteczka popchnął Sodyra do ostatecznego kroku, wysyłając paskudne anonimy. Szybko okazuje się, że w zasadzie każdy - również osoby aktualnie na stanowiskach - jednocześnie zawdzięcza coś Sodyrowi i go nienawidzi; porównany jest do południowoamerykańskiego dyktatora, a nawet do Hitlera czy Mussoliniego. Potencjalny morderca zostaje wykryty po długim i mozolnym śledztwie, a przy okazji Gawryś odkrywa bezczelne kradzieże surowców, kolesiostwo, przemyt (złoto, nylony i wełny) i szpiegostwo przemysłowe.
Oczywiście można patrzeć na całą intrygę z punktu widzenia korzyści - milicja odkrywa, kto nastawał na życie cenionego dyrektora, ale jak się przyjrzeć z bliska, to widać i nadużywanie władzy - tu Gawryś zastrasza świadka[1], chwilę później wywiera presję na pannę Marysię, która wprawdzie boi się o swoją reputację w miasteczku, ale nie przeciwstawi się podporucznikowi. Marzy mu się rejestracja maszyn do pisania, na potrzeby chwili fałszuje oficjalne druki w celu uzyskania wzorów pisma[2]. W ogóle - w przeciwieństwie do nieco rozlazłej załogi miasteczkowego posterunku - Gawryś to chłopak do tańca i do różańca, chętnie wypije, pójdzie popląsać, łaskawym wzrokiem na kobiety popatrzy, a jak trzeba to walnie pięścią w stół i zrobi awanturę samemu dyrektorowi.
Się ma hobby: “stare, piękne antyki i młode, równie piękne kobiety”, jak się jest panem dyrektorem. Nikt się nie dziwi, że pan dyrektor afiszuje się z młodą, ładną sekretarką tylko po to, żeby zablokować do niej dostęp nielubianemu podwładnemu; Sierżant określił to lapidarnie: – Ładna dziewucha, dyrektor ma ją na zawołanie o każdej porze dnia i nocy, to dlaczego miałby sobie nie skorzystać. A cóż to, nie wolno mu? Przecież wdowiec.
– Sądzę, że najgorzej wyszła na tym dziewczyna.
– Ma pan rację. Zdaje się, że Krysia naprawdę zakochała się w dyrektorze.
– Oo!
– Adam ma pięćdziesiąt pięć lat i jest od niej dwa razy starszy. To nie znaczy jednak, że nie mógłby zawrócić w głowie jeszcze młodszej. Przystojny, wysportowany, uroczy towarzysko, umiejący imponować - podoba się kobietom. Dziewczyna nie mogła oprzeć się temu czarowi.
– I bogaty – wtrąciłem.
– Mówię o prawdziwym uczuciu, więc pomijam sprawy pieniężne, chociaż i one nie są bez znaczenia. W każdym razie sekretarka mało zmysłów nie straciła, kiedy szef zachorował.
Seksizm powszedni: wartość kobiet jest oceniana przez pryzmat ich urody oraz “prowadzenia się”, mężczyzn przez władzę.
– Jeśli będę tańczyła jedynie z panem, od razu powiedzą, że się puszczam albo łapię męża.
Roześmiałem się serdecznie.
– To tutaj wszyscy tacy moralni?
– Dużo by można powiedzieć na ten temat. Mężczyznom nie szkodzi opinia uwodzicieli. Dziewczyny i mężatki, jeśli to robią, to w taki sposób, aby nikt nie widział. Na takiej zabawie, jak ta wyglądają niczym fortece nie do zdobycia.
Się je: łososia, boczek, szynkę i śledzia, zupę, zraziki po myśliwsku (najdroższe danie, jakie figurowało w karcie).
Się pije: białe francuskie wino, jarzębiak, kawę z francuskim koniakiem, piwo.
Się zataja: fakt przerzutów nowotworowych przed osobą chorą, żeby się nie stresowała przed śmiercią.
Bawiąc-uczyć: wyrabianie galanterii ze złota i stopy złota.
Gender: kobiety zajmują się organizowaniem i porządkowaniem, bo “nie bardzo nadaję się do takich funkcji. Żeby nie Irenka, we własnym domu koszuli nie umiałbym sobie znaleźć”.
Się umiera: zapewne na niestrawność, bo “Byłby żył jeszcze dłużej, ale najadł się na Wielkanoc świeżego ciasta i popił zimną wodą”.
[1] Zaraz przyjdzie jeden z moich ludzi z kajdankami. Zakujemy pana i przepędzimy piechotą przez miasto do milicyjnego aresztu. Jak pan posiedzi tam parę dni, szybko odzyska pan pamięć i chęć do rozmów. W areszcie ludzie stają się nieprawdopodobnie rozmowni.
Wiedziałem, że używam niedozwolonych chwytów. Że nie wolno mi tego zrobić, że to jest właśnie „łamaniem praworządności". Mimo to, przypuszczam, spełniłbym swoją groźbę. Przecież musiałem wykryć mordercę”.
[2] Kupiłem aż dwie dziecięce drukarenki. Wyciąłem z gumy potrzebne mi literki i sporządziłem stempel. Pożal się Boże tego stempla, ale na moje potrzeby wystarczył. Na całej szerokości ankiety przykładałem czerwony napis: „Wypełniać tylko na maszynie do pisania”.
Inne tego autora, inne z tej serii.
#17
Napisane przez Zuzanka w dniu Monday February 20, 2023
Link permanentny -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
2023, klub-srebrnego-klucza, kryminal, panowie, prl
- Skomentuj
Centrum Warszawy, spod sklepu znika 4-letni Januszek, mimo widocznego czerwonego berecika (w czerwcu!), nikt nic nie widział. Milicja umarza śledztwo, twierdząc, że dziecko prawdopodobnie odeszło i utopiło się w pobliskiej Wiśle. Załamana tym faktem matka zgłasza się do mecenasa Ruszyńskiego jako do ostatniej instancji. Nieco skacowany po niedzieli mecenas, któremu serduszko miękło zawsze do młodych i pięknych rudowłosych pań[1][2], uruchamia kontakty - udaje się do przyjaciela, pułkownika Niemirocha, żeby wznowić sprawę; jak przy innych sprawach, zostaje sparowany z majorem Kaczanowskim, dzięki czemu sprawa zaczyna być rywalizacją obu panów zarówno zawodowo, jak i prywatnie, o piękną panią Irenę. Okazuje się, że śledztwo było prowadzone niby sensownie, ale jednak po łebkach. Owszem, rozwiedziony ojciec dziecka zmarł, a u pretensjonalnej eks-teściowej dziecka nikt nie widział, ale półtora miesiąca przed zniknięciem “dziadek” pobrał kopię urodzenia dziecka, zaś ponowne przesłuchanie dzieci, które w dniu zaginięcia były pod sklepem, wyjaśnia, że była tam jakaś pani, która poczęstowała cukierkiem małego Januszka. Mecenas i major zawieszają rywalizację i już razem odkrywają historię cwanego planu, synek wraca do stęsknionej matki. I wprawdzie pani Irena dziękuje mecenasowi wylewnie, ale to z majorem Kaczanowskim jest widziana w czułych uściskach właśnie w tytułowy najgorszy poniedziałek…
Społecznie to historia konfliktu klasowego. Irena, matka Januszka, jest “tylko” listonoszówną, zaś jej były mąż, Karol, to wnuk radcy przy dworze. Znienawidzona przez teściową, wbrew woli męża postanawia urodzić dziecko zamiast „pozbyć się kłopotu” (na co skąpa teściowa wydatkowała nawet dwa tysiące). W trakcie śledztwa pojawia się pomysł, że dziecko ukradli Cyganie (zostawię nazewnictwo z epoki); Miecio nawiązuje kontakt z cygańskim królem, który wyjaśnia czytelnikowi zawiłości cygańskich zwyczajów i burzy przekonanie, jakoby Cyganie kradli dzieci. W usta jednej z postaci kobiecych autor wkłada gorzką prawdę o równości w socjaliźmie:
— Wy, mężczyźni, wyobrażacie sobie, że dla kobiety takie wielkie szczęście wyjść za mąż. A to tylko praca na dwa etaty.
— Zmieńmy szybko temat — roześmiał się inżynier Derkowski — bo moja sufrażystka zaraz nam tu zrobi długi wykład o upośledzeniu kobiet.
— Bo i są upośledzone. W biurze czy fabryce praca, w domu praca. Statystyka stwierdziła, że kobieta nie ma czasu na sen. Śpi o dwie godziny krócej niż mężczyzna. No, ale widzę, że mój pan i władca już się krzywi, więc uciekam, aby zrobić kawy.
Się je: mieszankę Wedlowską (bajeczne i pierroty najlepsze).
Się umie postępować z kobietami: ”kiedy są małe, najlepsze są cukierki, później trzeba je zastępować komplementami słówkami zachwytu”.
Się wychowuje dzieci: klapsami, a jakże. Za wszystko - odejście od wózka z maluchem, który matka zostawiła pod sklepem pod opieką dziecka, za to, że dziecko się boi mówić.
Się wyzywa: mecenasa od “pieszczochów socjalizmu”.
Się prokreuje: “Mojej świętej pamięci matka dwadzieścia dwa razy rodziła. Wychowała dziewięciu synów i pięć córek. Dziś już nie ma takich kochających się rodzin”.
Się je: placki ziemniaczane w “Budapeszcie”.
Się pije: winiak (lepszy w zwykłej niż oplatanej butelce), benedyktyna (zakąszając piwem) oraz z umiarem:
— A był chociaż trzeźwy?
— Naturalnie. Na trzech wypili tylko litra.
— No tak, to rzeczywiście trzeźwiutki.
[1] Miecio słynął w szerokich kołach stołecznego highlife'u jako wybitny znawca nie tylko kodeksu cywilnego i karnego, lecz również płci pięknej. I właśnie w ubiegłym tygodniu poderwał ślicznego kota. Zgrabna, wysoka prawie jak on i o rudych — może nawet naturalnych — włosach? — „Rude” były słabą stroną Miecia.
[2] Co gorsze, oczywiście dla Miecia, wydała mu się jeszcze ładniejsza. Tak piękna, że adwokat zaczął się poważnie obawiać o dotrzymanie swojej żelaznej zasady, że „klientka jest tylko klientką”.
Inne tego autora, inne z tej serii.
#11
Napisane przez Zuzanka w dniu Friday February 10, 2023
Link permanentny -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
2023, klub-srebrnego-klucza, kryminal, panowie, prl
- Komentarzy: 2
W willi doktora Noińskiego, wziętego ginekologa[1], zostają znalezione zwłoki nietypowo ubranego mężczyzny[2], ewidentnie zagraniczniaka. Co ciekawe, w kieszonce ma brylant, ale informacją, która się przydaje do wykrycia zbrodniarza, jest specyficzny sposób cienkim nożem (skalpelem) pod żebro, co przypomina kapitanowi pewne zdarzenia z czasów okupacji; tak, jakby szybciej mu się przypomniało, nie byłoby całego śledztwa. Sprawę prowadzi kapitan Przywara, którego namiętnościami są szachy i kawa (oraz lubi sobie powyglądać tęsknie przez okno[3]), pomaga mu porucznik Żończyk, młody mężczyzna o jasnej, krótko przystrzyżonej czuprynie i miłej chłopięcej twarzy, przypominał raczej sportowca aniżeli oficera śledczego, we wdzianku z lekkiej popeliny, który chętnie uda się na przeszpiegi do baru[4] oraz będzie podziwiał walory napotkanych pań[4a], od czego czasem nawet ciemnieje mu w oczach. Oprócz zwłok nieznanego mężczyzny, w willi doktora brakuje jego młodszej o 15 lat żony[5] i kolejnego brylantu, który miała dostać na urodziny, są za to świeże róże i idealnie zatemperowany ołówek. Sprawa rozdziela się na trzy - szpiegostwo przemysłowe, w którym kolejny obcokrajowiec szuka sztucznych brylantów[6]; śmierć starszej kobiety, która formalnie dostawała pieniądze od krewnego z zagranicy na nowy dom i gospodarstwo, ale faktycznie do niej nie trafiały; wreszcie wielokąt miłosny z pewnym młodym tenisistą, uwikłanym między zamożną, ciągle atrakcyjną 45-latkę z siwymi włosami oraz wspomnianą młodą zaginioną żoną doktora Noińskiego. Moim ulubionym bohaterem drugoplanowym jest wiekowy pan Hughes, Anglik z pochodzenia, nauczyciel angielskiego, który nie dość, że łączy ze sobą wszystkie postaci w śledztwie, to jeszcze był 5 lat w Legii Cudzoziemskiej, a drugie 5 pracował w Pretorii w kopalni diamentów, a wcześniej był policjantem w Irlandii.
Się je: befsztyki z polędwicy (a w zasadzie to się nie je, bo się uczestniczy w oględzinach zwłok i sekcji), sardynki z puszki za zagrychę pod wódkę; stare kotlety, mozaikowe salcesony, boczek pokrajany w plastry i jakaś ryba pływająca w rozpuszczonej galarecie wśród czerwonych skrawków marchewki (w wiejskiej knajpie).
Się pije: węgierski koniak “Lanchid”, “Fructovit” (również jako zapitkę do zakładu, w którym się zjada jedwabny krawat za 180 zł), koniak, wódkę “eksportową”, likier “benedyktyński”, Beaujolais, piperment, “Cadavas”, „Courvoisier", drink “White lady”, whisky (“Nie znosił whisky. Zdawało mu się, że pije ordynarny bimber, zmieszany z mydlinami”), sok grapefruitowego, Mazagran, piwo na ochłodę.
Się ma: gospodynię lub służącą, zwłaszcza w dobrej dzielnicy.
Się pali: “Sporty”, “Grunwaldy”, aromatyczne amerykańskie.
Się piszczy: na widok Murzyna koszykarza (rok wydania 1959, przypominam).
Się bije: pijanego w twarz, w celu przywrócenia mu przytomności (“Zrazu lekko, jak masażysta, ale gdy tamten nie reagował, dłonie porucznika chlasnęły mocniej w zarośnięte policzki. Żończyk bił coraz mocniej. Poniosła go wściekłość. Doznał nagle sadystycznej rozkoszy, gdy chlastał tę opuchniętą, czerwoną, brudną pijacką mordę. Chciał koniecznie [go] ocucić”).
Się zachwyca: morowo, szałowo, wdechowo.
Się jest uprzejmym: dotąd, dopóki przesłuchiwany nie stawia oporu.
Się zanęca egzotyką: tytułowy bar Calypso zachęca malunkami z nagimi paniami, które prężą brązowe pośladki i stożkowate piersi (“Nagość ujęta w nowoczesne formy plakatowej grafiki zdawała się być dyskretna, nie rażąca, a jednocześnie na tyle podniecająca, by utrzymać w bywalcach leciutkie drżenie serca i wzbudzić rozkoszny zamęt w głowie”).
Się wspomina: walki z UPA w powiecie hrubieszowskim oraz męża, który zginął w Mauthausen.
[1]
- Ginekolog, rozumie pan. Jak są godziny przyjęć, to baby nie mogą pomieścić się w przedpokoju.
‒ Mówicie, że ginekolog. Czy nie słyszeliście, że robi niedozwolone zabiegi?
[2] Ubrany był starannie, ale jaskrawo i niezbyt elegancko, tak, jak ubierają się ludzie zamożni, lecz pozbawieni gustu. Miał na sobie garnitur z cienkiego tropiku modnego koloru „electric", białą jedwabną koszulę, z muszką w ceglaste i błękitne paski. Do tego brązowe buty z zamszu i przeraźliwie jaskrawe skarpetki w jakieś cudaczne zygzaki i prążki. (...) To będzie Włoch albo Francuz. Daję za to głowę, kapitanie. Oni lubią się tak jaskrawo ubierać. Niech pan patrzy na tę muszkę. Kto by to u nas nosił taką pstrokaciznę? Koszula pierwsza klasa, z najlepszego jedwabiu, ale skarpetki jak u błazna. (...) Buty ma włoskie, z Mediolanu, krawat francuski, ubranie szył u krawca w Monachium, a sam chyba kosmopolita z nansenowskim[2a] paszportem.
[2a] Sprawdziłam dla Was, co to paszport nansenowski, bo nie wiedziałam.
[3] Przywara podszedł do otwartego okna. Patrzył, jak nad dachami mokotowskiej skarpy szybuje siwe stado gołębi. W locie ptaków było coś lekkiego, urzekającego. Raz wyglądały jak zwiewny obłok, mknący szybko po jasnej tafli błękitu, to znowu, gdy zwróciły się ku słońcu, jak garść rzuconych w przestrzeń, lśniących ulotek. (...) Kapitan jeszcze raz objął spojrzeniem roztaczający się z okna widok. Dzień był złoty, jesienny. W powietrzu, ponad kępami drzew, płynęły srebrzyste nitki babiego lata. Kasztany nad skarpą rdzewiały na krawędziach koron, zrzucając z siebie ciężar listowia. A niebo stało głębokie, jesienne. Nie nastrajało do wnikliwych dociekań w sprawie morderstwa. Przywara z żalem odszedł od okna.
[4] Żończyk lubił taką robotę. Pojechał więc do domu, przebrał się w wizytowe ubranie, zawiązał najlepszy krawat, skropił głowę wodą lawendową. Był zapalonym sportowcem i wolny czas spędzał na kortach „Gwardii" lub na przystani żeglarskiej nad Wisłą. Nic więc dziwnego, że miał wygląd zdrowego, wysportowanego młodzieńca: twarz smagłą od wiatru i słońca, spojrzenie bystre i pogodne, ruchy harmonijne, sprężyste. Posiadał przy tym wesołe usposobienie i słabość do ładnych dziewcząt. To wszystko sprawiało, że podobał się i szybko zyskiwał sympatię.
[4a]
‒ Klasa babka. Was bym tam nie posłał, bo zaraz chcielibyście zrobić rewizję osobistą... ‒ ząśmiał się krótko.
‒ Ech, kapitanie... ‒ bronił się Żończyk.
‒ Dajcie spokój, wiem, że jesteście amator na ładne kobiety.
Żończyk zawtórował mu szczerym śmiechem.
‒ Co robić, kapitanie, grunt to estetyka życia codziennego.
[5]
‒ Czy pańska żona w ogóle ma jakieś zainteresowania?
‒ Gra w tenisa, jeździ dobrze na nartach, uprawia żeglarstwo ‒ odrzekł z nutką kpiny w głosie ‒ poza tym, jak każda kulturalna osoba, chodzi do teatru, czasem na koncerty, czyta nowości. Czy można wymagać więcej od młodej, ładnej kobiety?
Przywara wyczuł w głosie doktora ton dobrze tuszowanej zawiści.
[6] (...) oba te kamienie wykonane zostały z jakiejś sztucznej, syntetycznej żywicy, która pod wielu względami dorównuje prawdziwym brylantom, bo jest nawet od nich twardsza i dlatego właśnie trudniejsza do szlifowania. A dzięki błędom w szlifie poznałem, że to niestety fałszywe kamienie.
Inne tego autora, inne z tej serii.
#8
Napisane przez Zuzanka w dniu Wednesday January 25, 2023
Link permanentny -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
2023, klub-srebrnego-klucza, kryminal, panowie, prl
- Komentarzy: 7
Nie pamiętam, czy zawsze intryga u ESG była właśnie tak zawiązywana, ale tutaj jest sklejona na ślinę i spinacze - do biura detektywa przychodzi zamężna dama, przedstawia się fałszywym nazwiskiem i prosi o pomoc w kwestii potencjalnego szantażu. Udała się z pewnym politykiem na niezobowiązującą kolację, wtem strzelanina, policja, spisywanie zeznań, ale udało się jej zniknąć tylnym wejściem (tyle o niezobowiązującej kolacji). Problem w tym, że plotkarskie czasopismo usiłuje wyśledzić, kim był nieujęty w protokołach gość i jego flama, co może prowadzić do skandalu. Perry się zgadza i błyskawicznie sprowadza problemy, bo ignoruje prośbę klientki o zachowanie anonimowości, śledzi ją i zamiast dowiedzieć się o wysokość kwoty szantażu, wykrywa, że właścicielem czasopisma jest mąż klientki, co jakby utrudnia załatwienie sprawy polubownie czy na stopie dżentelmeńskiej. Kiedy zostają znalezione zwłoki wspomnianego męża, klientka informuje o tym Masona, niedwuznacznie sugerując (w panice albo z wyrachowania), że według niej to właśnie adwokat go zabił, ale ponieważ łączy ich pakt, to tego nie zezna policji.
To, co mnie zafascynowało, to Mason jako pracodawca. Kiedy zostają odkryte zwłoki w okolicach północy, adwokat budzi swoich współpracowników o 3 i każe im przyjść pracować, informując, że to będzie długi dzień - Paul Drake trochę narzeka, zaspana Della natomiast ofiarnie przybiega, mimo że jej praca ma polegać na “trzymaniu fortu” i czekaniu na telefon od szefa. Etyka też kuleje - Mason chętnie korzysta z przekupstwa, oszustwa, namawiania do fałszywych zeznań czy wręcz potencjalnego szantażu, szukając haków w przeszłości dziennikarza, żeby go uciszyć. Ale to nic - w strategicznym momencie wkręca swojego klienta, podstawiając nic nie wiedzącego świadka, dzięki czemu klient wyznaje zbrodnię. Wchodzi policja i Perry Mason, adwokat-geniusz, informuje funkcjonariuszy o przyznaniu się do zbrodni, proszę, tu protokół przygotowany przez pannę Street, wszyscy są pełni zachwytu, jakże on to sprytnie zrobił. To był ten moment, kiedy chciałam sobie wsadzić widelec w ucho (bo audiobook).
Inne tego autora:
#14/#3
Napisane przez Zuzanka w dniu Wednesday March 6, 2019
Link permanentny -
Tagi:
panowie, 2019, kryminal, klub-srebrnego-klucza -
Kategorie:
Słucham (literatury), Czytam
- Skomentuj