Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Więcej o Oglądam

Lady Bird

Christine (Saoirse Ronan) woli, żeby nazywać ją Lady Bird, bo nie uznaje imienia nadanego przez rodziców. Ostatni rok katolickiej[1] szkoły, potem studia; chce wyjechać daleko od rodzinnego Sacramento. Problem w tym, że rodzina jest niezamożna, a dodatkowo matka wcale nie jest tym pomysłem zachwycona. Matka w ogóle nie jest zachwycona córką - zmianą imienia, ubiorem, zachowaniem, szkołą, chłopakami, z którymi się spotyka i jej idealistycznymi planami na przyszłość, czemu daje wyraz przy każdej, nawet neutralnej, okazji. Nie że dziewczyna jest hardcorem, to taki bunt w ramach, różowe włosy, proste spodnie, chłopak z bogatej rodziny, do której Lady Bird aspiruje, zaniedbanie mniej popularnej przyjaciółki, udawanie kogoś lepszego niż jest, żeby wkręcić się w krąg popularnych w szkole i stracić cnotę, bo już czas.

Osią jest konflikt między matką a córką; niestety to najlepsze, co ten film może dać, bo - oczywiście zapewne dlatego, że #jestemstaraimamzazłe - problemy Christine są tak miałkie i przeciętne, że zupełnie nie budzą żadnych emocji. Jej matka wydaje się być postacią o wiele bardziej skomplikowaną - mimo widocznej miłości do córki, nie umie jej bezgranicznie kochać, raczej krytykuje, bo tylko w ten sposób widzi rozwój. Co ciekawe, bardziej tolerancyjna jest dla narzeczonej syna, którą przygarnia pod swój dach. Sama zdaje sobie sprawę, że jest toksyczna, próbuje wyjść z tego samodzielnie, mimo że nie ma dobrych wzorców wyniesionych ze swojego domu. Jest i wycofany ojciec z wieloletnią depresją, który stracił pracę, wspiera córkę, ale to takie wspieranie ukradkiem, przez pomoc przy wypełnianiu dokumentów i mediację między żoną a dzieckiem, ale żeby nikt się nie czuł oszukany.

To film bardzo poprawny, dobrze zagrany, z dobrą muzyką, ale nie zostawia wiele po obejrzeniu. Rozczarował mnie też zupełny brak chemii między Ronan i Chalametem; recenzje sprzedawały ich jako Najbardziej Pożądaną Parę Dekady, a wyszło drewno. Mile spędzony wieczór, ale nie rewelacja.

[1] W zasadzie zupełnie nie rozumiem potrzeby wetknięcia w tę historię katolickiej szkoły. Że siostry dbają o moralność, a młodzi i tak się przytulają? Że kontrola długości spódnic i nagana, ale na łagodny prank z samochodem to tylko pogrożenie paluszkiem, bo było śmieszne? Że jednak Christine dzięki tej części edukacji wyszła na ludzi, bo jej to zbudowało moralność (walk of shame zakończony wizytą na mszy)? Nie kupuję tego. Oraz oczywiście uważam, że szkoła powinna być świecka.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek czerwca 30, 2020

Link permanentny - Kategoria: Oglądam - Skomentuj


Space Force

Jest taki kraj, nazywa się Stany Zjednoczone Ameryki i ten kraj ma prezydenta, który na twitterze dzieli się swoimi przemyśleniami i pomysłami. Sami wiecie, jaka jest jakość jego przemyśleń, więc nie zdziwiłabym się, gdyby napisał któregoś dnia - jak w serialu - że chciałby wysłać Amerykanów najpierw na Księżyc, a niedługo potem na Marsa. Mark Naird (Carrell) zostaje zwierzchnikiem nowego oddziału - Sił Kosmicznych, dostaje odremontowany tajny obiekt na prowincji (żona i nastoletnia córka nie są zachwycone, ale żona i tak nie wiadomo dlaczego ląduje w więzieniu z wyrokiem na 40 lat, a córką jest nisko na liście priorytetów) i zespół fachowców, w tym genialnego naukowca, doktora Mallory’ego (Malkovich). I tu w zasadzie kończy się egzotyka, a zaczyna codzienna praca administracyjna - lawirowanie między idiotycznymi poleceniami z Waszyngtonu (Pierwsza Dama projektuje mundury), znoszenie mniej lubianych współpracowników (np. specjalisty od social mediów), udział w wyścigu o pierwszeństwo z Chinami czy próby ułożenia życia osobistego (żona, jak wspomniałam, w więzieniu, a córka źle znosi nowe otoczenie i brak czasu ojca, bo praca zawsze pierwsza).

Humor jest raczej melancholijny (trochę jak w “Parks and Recreation”, administracja rządowa jest zabawna, ale czy tak do końca jest się z czego śmiać), żarty z prezydenta zawsze w cenie, niestety jest trochę second hand embarrassment (odcinek z małpą i psem w kosmosie, naprawdę chciałabym to odzobaczyć), główne postaci są fajnie zagrane, inżynieryjnie nie ma wielkich głupot (co stawia ten serial wyżej niż “Avenue 5”), ale na tym kończą się zalety. Serial jest dość nudny, ogrywa schematy, Carrell gra jedną (smutną) miną, a całość robi wrażenie, że scenariusz powstał w latach 80. Więc jak już nie macie kompletnie nic do ogląda, to można, ale nieobowiązkowo.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek czerwca 18, 2020

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Skomentuj


Run

Ruby (Merritt Wever, Zoey z “Nurse Jackie”) i Billy (Domhnall Gleeson, Bill Weasley z “Harry’ego Pottera) przed 17 laty ustalili, że jeśli któreś z nich nie będzie dawać sobie rady z życiem, wyśle do drugiego SMS-a o treści “RUN” (ucieczka), a jeśli adresat odpowie tym samym, spotkają się na dworcu w Nowym Jorku i ruszą w tygodniową podróż przez Stany, zostawiając wszystko za sobą. Po tygodniu razem zdecydują, czy wracają do dotychczasowego życia, czy jednak chcą ze sobą być. Szybko okazuje się, że Ruby ma do czego wracać (mąż, dzieci), Billy chyba popalił za sobą mosty. Na początku to w zasadzie teatr dwojga aktorów, potem do akcji włączają się inni - Fiona (Archie Panjabi), współpracowniczka Billy’ego, mąż Ruby, wreszcie w finale ekscentryczna taksydermistka (Phoebe Waller-Bridge).

Wadą serialu jest to, że jest serialem i HBO podawało go po odcinku. Po zakończeniu można już uczciwie obejrzeć go jednym ciągiem, co ma więcej sensu dla emocji i fabuły (początkowo produkcja miała być filmem). Poza tym to ogromnie pyszne kino, mnóstwo chemii między bohaterami, impulsywność, brawura, brak rozwagi; może ze względu na pociąg skojarzyło mi się z o wiele bardziej stonowanym “Przed wschodem słońca”, tyle że tutaj bohaterowie się znali i mieli za sobą burzliwą przeszłość. I absolutnie zaskakujące zakończenie, bardzo w absurdalnym stylu “Fargo”.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek czerwca 5, 2020

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Skomentuj


Dogs of Berlin

Kurt Grimmer, oficer berlińskiego Wydziału Zabójstw, to taki odwrotny Midas - czego się dotknie, to się w odchody zmienia. Uwolnił się z neonazistowskiego bractwa, ma żonę, trójkę dzieci i dom na przedmieściach, ale zamieszanie przy zwłokach młodego Turka zastaje go u kochanki w podłej dzielnicy Marzahn. Kiedy odkrywa, że zamordowany to Orkan Erdem, gwiazda drużyny piłki nożnej, przejmuje sprawę od niedoświadczonych młodziaków z radiowozu, ale nie dlatego, żeby przeprowadzić śledztwo dobrze, tylko żeby zdążyć z zakładami na jutrzejszy mecz Niemcy-Turcja. Bo nie wspomniałam, że ma ogromne zadłużenie z powodu namiętności do hazardu. Ofiara zbrodni na razie nie jest znana publicznie, co teoretycznie daje przewagę policji i pozwala uniknąć niepokojów społecznych; dodatkowo do śledztwa zostaje włączony Erol Birkan, funkcjonariusz pochodzenia tureckiego, co ma zablokować zarzuty o rasizm. Grimmer od razu nawiązuje nić porozumienia z Birkanem, tyle że nie, ponieważ publicznie wyszydza jego pochodzenie i orientację seksualną - Erol jest homoseksualistą, a następnie organizuje spuszczenie mu powitalnego łomotu.

Śledztwo w sprawie morderstwa szybko dotyka dwóch grup przestepczych znanych policji - podejrzewają o zabicie piłkarza libański gang Tarik-Amira, zajmujący się kolportowaniem narkotyków i ustawianiem zakładów oraz chorwacki gang Kovaca ze specjalizacją w nielegalnym hazardzie. Grimmer jest zadłużony u Kovaca, zaś Birkan wychowywał się w dzielnicy opanowanej przez Tarik-Amira, przez co chęć usunięcia gangu to sprawa osobista. I tak naprawdę sprawa morderstwa schodzi na drugi plan mimo nacisków ze strony zwierzchników, bo rozpętała się podskórna wojna między policją i gangami (nie zapominajmy o bractwie neonazistów z Marzahn, do którego należą brat i matka Grimmera).

Owszem, zgodzę się z opiniami, że jest to serial nierówny - dużo jest wycięte z kartonu: przejaskrawieni, nieobliczalni Libańczycy; skorumpowany związek piłkarski; złowrodzy aż do śmieszności neonaziści z wąsem i w bawarskich szortach, ale na samym końcu to świetny (choć fikcyjny!) serial o płonącym konfliktem Berlinie z podziałem rasowym w dzielnicach, biedą, rasizmem i źle działającą policją. Co ciekawe, nie jest to Berlin znany z pocztówek - rzecz nie dzieje się na Alexanderplatz czy przy Unter den Linden, tylko wśród blokowisk wschodniego Berlina (a ja na listę must-have w Berlinie dopisuję wizytę przy serialowej siedzibie jednostki specjalnej policji).

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek maja 22, 2020

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Skomentuj


Better Things

Sam Fox jest aktorką i samotną matką, zarabia na dom i byłego męża (który miał lepszego adwokata i to on dostaje alimenty zamiast łożyć na córki) i wychowuje swoje trzy córki w Los Angeles. Wchodzi właśnie w wiek średni, co oznacza, że przestaje być widzialna dla przemysłu rozrywkowego, kto chciałby oglądać kobietę w okolicy menopauzy. Do nieustającego martwienia się o byt dochodzi kwestia opieki nad matką - narcystyczną Phil, skrajnie nieodpowiedzialną hoarderką. Dookoła kręcą się przyjaciele i znajomi. Serial nie ma w zasadzie jakiejś konkretnej akcji, to taki uroczy snuj o kobiecej perspektywie na wiele rzeczy: feminizm, menopauzę i kryzys wieku średniego u kobiet (na który nie pomaga kupno nowego samochodu i 30 lat młodszy partner), przepracowanie rozwodu, relacji damsko-męskich czy wreszcie burzliwego wchodzenia dzieci w okres dojrzewania. To też opowieść o codzienności - gotowaniu, walce z zatykającym się sedesem, odbieraniu dzieci z zajęć, radzeniu sobie z coraz bardziej niesprawną fizycznie seniorką czy wreszcie ze swoimi problemami zdrowotnymi

Sam (grana przez fantastyczną Pamelę Adlon[1]), elokwentna i ironiczna, nie jest kopią męskich bohaterów (a takie zarzuty padały między innymi dlatego, że serial produkował i w dwóch pierwszych sezonach pisał scenariusz Louis CK). Mimo wielu lat w showbiznesie - grze w filmach, podkładaniu głosów, w teatrze - ciągle musi udowadniać, że jeszcze się nadaje (i czasem przegrywa sromotnie, kiedy bardziej znane nazwisko pojawia się na afiszu albo musi uczestniczyć w castingu do dubbingu postaci, którą grała przez 10 lat i… zostaje zastąpiona przez technikę cyfrową). Uczy swoje córki szacunku dla siebie samych, bo chociaż w ten sposób może naprawić zaniedbania z czasów swojego dorastania z, oględnie mówiąc, skupioną na sobie matką. A łatwo nie jest, bo każda z córek jest inna; najstarsza Max daje matce w kość swoim dorastaniem, młodsza Frankie, androgyniczna artystka, chce się uwolnić z domowej nadopiekuńczości, wreszcie najmłodsza Duke jest jednocześnie najbardziej urocza, ale też najbardziej potrzebuje wsparcia. W tle pojawia się duch zmarłego ojca Sam, bon vivanta, który ją zawsze wspierał, dopóki był; dialogi Sam z ojcem są urocze. W ogóle uwielbiam serial za dialogi - ostre, mądre, gdzie bez konwenansów mówi się o miesiączce, śmierci, depresji, strachu i samotności.

Bardzo się cieszę na kolejny - piąty - sezon.

[1] Jak już wspominałam na FB, totalnie mogłaby mnie grać w serialu o moim wspaniałym życiu.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek maja 19, 2020

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Skomentuj


Breeders

Paul (Martin Freeman) i Ally (Daisy Haggard, możecie ją kojarzyć z “Episodes”, szefowa działu komedii, która nigdy się nie śmiała; tu się śmieje) wychowują dwójkę dzieci - 3-latkę i 7-latka. I w zasadzie to właśnie serial o tym, jak być rodzicem. Czasem przejaskrawiony, czasem bardzo prawdziwy (“jak chcesz go udusić, to weź kołderkę w tygryski, jest cięższa”), zabawny i posępny jednocześnie. Jak walczyć z absurdalnymi dla dorosłego strachami dziecka, jak położyć dzieci spać, kiedy nie chcą (i żeby żona nie wezwała policji), jak (nie) radzić sobie z balansowaniem między karierą a rodziną, jak być dorosłym dzieckiem nieodpowiedzialnego/narcystycznego rodzica, wreszcie co zrobić, kiedy świat się wali z powodu choroby dziecka. Trochę o rolach w związku - kto sobie radzi, kto nie, kto jest lepszym organizatorem i dlaczego, czy wreszcie czemu się wrzeszczy na dzieci, które się kocha najbardziej na świecie.

Odpowiadając na powtarzające się pytanie - tak, polecam, zwłaszcza rodzicom. Nie rodzicom też, jeśli lubią komedie brytyjskie.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maja 9, 2020

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Skomentuj