Więcej o
Fotografia+
Tak naprawdę to ja lubię wstawać o poranku, kiedy słońce ledwo zazłoci się na horyzoncie (czytaj: przed 8 rano). Lubię latem wyjść w czymkolwiek do sklepu, kupić świeże bułeczki, zerknąć na świat jasny, nie zdeptany jeszcze przez ludzi spieszących się do pracy. Warunkiem sine qua non jest to, że nie mogę się spieszyć potem. Że musi być czas na śniadanie, na książkę, powrót do łóżka, planowanie i stanie z ugiętą nogą przy lustrze podczas myślenia, które buty. Odzwyczaiłam się od tego sama nie wiem jak. Albo jestem szybka i byle jaka, albo udaje mi się przechodzić przez dzień z poczuciem nic-nie-zrobienia.
A wystarczy niewiele. Szminka w fikuśnym futeraliku (... rozpakowuję w aucie, męczę się, żeby otworzyć, bo to nie tak, że wiadomo od ręki, trzeba wysunąć szminkę, a wtedy z etui otwiera się lusterko. TŻ komentuje: "No, dlatego to kosztuje, bo płaci się za know how", ja dodaję, że jak widać w moim przypadku to raczej don't know how) i limitowana edycja coca-coli w szklanych butelkach. Elipsoidalne brzoskwinie, czarne czereśnie, świeże maliny i warzywa na sos pomidorowy do klopsików, wszystko z Rynku Jeżyckiego. I fajnie się idzie w lekkim, ciepłym deszczu.

Napisane przez Zuzanka w dniu Tuesday July 5, 2011
Link permanentny -
Kategorie:
Koty, Fotografia+
- Skomentuj
Podobno jest tylko kilka włoskich restauracji, w których można zjeść tak, że rodowity Włoch nie poczuje się nabity w butelkę. Oprócz La Luigi, do której mi ciężko nie po drodze i pod wiatr, to - według znajomego pół-Włocha, pół-Poznaniaka - właśnie Umberto. Ponieważ jest kilka oddziałów, wybraliśmy ten w najsympatyczniejszym miejscu, bo na Cytadeli. Niebagatelną zaletą jest plac zabaw tuż za budynkiem restauracji, bo można na placu zapuścić młodzież i poczekać, aż zamówienie się przygotuje. Na zimę są sale w budynku dawnej radiostacji (bo Cytadela to zabudowania powojskowe z różnych epok), a na lato piękny ogródek, częściowo zadaszony, z kwiatami i wolierą z małymi, kolorowymi ptaszkami (którą można obchodzić dookoła i skanalizować głośne "ćśćś! ćśćś!"). Mimo tłumów zacisznie, jedzenie bez ekscytacji, ale przyzwoite. Dobre miejsce na letni obiad. Bardzo dobre.
Psom wstęp wzbroniony, ale mogą poczekać w kulturalnych warunkach.
Napisane przez Zuzanka w dniu Sunday June 26, 2011
Link permanentny -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
Tag:
cytadela
- Komentarzy: 4
No po kim.

Napisane przez Zuzanka w dniu Sunday June 26, 2011
Link permanentny -
Kategoria:
Fotografia+
- Komentarzy: 4
- Poziom: 2
Za pierwszym razem powódź, za drugim rekordowe opady śniegu, a dziś zupełnie zwyczajnie. Mały I., starszy o 3/4 roku od Maja, to takie okno w przyszłość, przez które mogę zobaczyć moją córkę za jakiś czas. Fajna to wizja.

Napisane przez Zuzanka w dniu Thursday June 23, 2011
Link permanentny -
Kategorie:
Listy spod róży, Wielkopolska w weekend, Maja, Fotografia+ -
Tagi:
radzewice, polska
- Komentarzy: 1
Cały rok czekam na lato. Zawinięta w liczne warstwy, myślę o tym, jak miło będzie pozrzucać prawie wszystko z siebie, zatonąć w cieple i zapachu lip i wieczorem patrzeć w ciemność, czekając na burzę ("undead undead undead bela lugosi is dead"). Jeść tylko truskawki, arbuzy, czereśnie i maliny. Wychodzić tak często, jak można, również nocą, wyprowadzając na spacer nikona. Tylko nijak nie mieści mi się w tym jeżdżenie komunikacją miejską, mozolne powroty do wsi przez zakurzoną ścieżkę, kiedy piasek wsypuje się do subtelnego pantofelka typu peep-toe, a kurz osiada na wszystkim. Nie mieści mi się w tym praca, konieczność skupienia myśli na czymś innym niż na kwitnącym groszku pachnącym. Sprzątanie też niespecjalnie. I nagle w tych ciągłych rozbieżnościach między Winno Być a Jest dobiegam do punktu ekstremum - najdłuższy dzień w roku, chociaż jeden z lepszych, oznacza, że od tej pory będzie coraz mniej, krócej, ciemniej i chłodniej.
Napisane przez Zuzanka w dniu Wednesday June 22, 2011
Link permanentny -
Kategoria:
Fotografia+
- Skomentuj