Więcej o
Czytam
O, dawno się tak nie zgrzałam podczas lektury, prawie jak za starych czasów, kiedy pół nocy wyjaśniałam komuś, dlaczego nie ma racji w Usenecie. I najlepsze jest to, że co do meritum się z autorem zgadzam - tak, prawdziwe życie to te, które prowadzimy twarzą w twarz, z przyjaciółmi, rodziną, ukochanymi, jedząc dobre rzeczy zrobione samodzielnie z innych dobrych rzeczy, w pięknych okolicznościach przyrody. Autor niestety idzie dalej, bo piętnuje wszystko, co nowoczesne i ułatwiające życie jako złe i rozleniwiające. A do tego jest amerykańskim dziadersem, co nie pomaga. Tak, chciałabym, żeby mnie było stać na proste życie, takie że wstaję o świcie i robię same fajne rzeczy, mam czas na patrzenie na wyrastający chleb, zbieranie truskawek z własnego ogrodu, pakowanie lata w słoiki i siedzenie z kotem na kolanach, patrząc na zachodzące słońce. No school, no work, just hopsasa. Ale jest jak jest, mogę tak jak autor rantować, że człowiek nie jest stworzony do siedzenia cały dzień przed komputerem, robienia pracy, która nie daje namacalnych efektów i nie można się nią pochwalić przed tymi, na których opinii nam zależy, ale nie stać mnie - i tutaj dla ustalenia uwagi, nie chodzi tylko o kwestie finansowe, tylko o odwagę na zmianę i ryzyko - żeby wypiąć się na świat i robić po swojemu. Mam dziecko w wieku jeszcze szkolnym, które uczęszcza do placówki edukacyjnej; mogłabym oczywiście zrezygnować i prowadzić edukację domową, jak szanowny autor, ale w przeciwieństwie do niego wiem, że nie mam do tego kwalifikacji i poza przyjemnym albo wręcz przeciwnie, przymusem spędzeniem czasu razem, raczej bym do matury nie przygotowała. I tak, znam rodzinę, która zabrała trójkę małoletnich dzieci w podróż dookoła świata, zapewne to doświadczenie jedyne w swoim rodzaju, ale jakoś nie widzę egalitarności takiej wyprawy. Autor sugeruje wyrzucenie zmywarki, bo zmywanie ręczne jest przyjemne, samodzielne hodowanie warzyw i zwierząt oraz gotowanie i pieczenie, bo tańsze i zdrowsze niż żywność przemysłowa, budowanie własnego domu po taniości bez brania kredytu, wyrzucenie suszarki do prania, bo on ma ogród, w którym może pranie wywiesić. Zapytacie, skąd wziąć na to czas, jeśli się pracuje. Otóż można nie pracować na cały etat, tylko troszkę, bo pracujemy na niepotrzebne gadżety (wyrzucamy komputer, telefon, a nawet walkmana) i inne oznaki statusu typu za duży samochód albo trzy, za duży dom, złe jakościowo i drogie jedzenie z marketu, które sprawia, że chorujemy i potrzebujemy walorów na lekarza. Niestety, nie przeczytałam tych światłych porad 25 lat temu, kiedy wybierałam ścieżkę kariery we wczesnych latach 2000 w Polsce i jestem, gdzie jestem, licząc na to, że nie podniosą progu przejścia na emeryturę, a z tejże emerytury będę w stanie prowadzić życie pełne przygód i rozrywek.
Fajne to prawdziwe życie, panie Máté, ale się nie skaluje.
Inne tego autora.
#146
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek listopada 3, 2026
Link permanentny -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
2026, beletrystyka, panowie
- Skomentuj
Teksas. Elsa żyje obok swojej rodziny, bez perspektyw i nadziei na zmianę. Dlatego niespecjalnie dziwi, że kiedy Raf, przystojniak z okolicy, zwraca na nią uwagę, rzuca się na uczucie bez wahania, mimo że chłopak ma oficjalną dziewczynę. Kiedy rodzina się dowiaduje, a objawy są ewidentne, wystawiają zbłąkaną córkę rodzicom chłopaka pod drzwiami i odmawiają prawa powrotu do domu. Absurdalnie, nowa rodzina akceptuje Elsę i dwójkę dzieci, które ma w związku z Rafem i ta wreszcie czuje, że jest u siebie w domu. Tyle że właśnie wybucha Wielki Kryzys, cała rolnicza okolica cierpi z powodu suszy, w tym farma teściów. Pierwszy pokład opuszcza Raf, ucieka w nocy, zostawiając lakoniczny list. Elsa i teściowie próbują utrzymać farmę, ale sytuacja jest coraz gorsza. Szykanowana przez nastoletnią córkę i zmuszona do działania przez ciężką chorobę syna, Elsa decyduje się pojechać do żyźniejszej Kalifornii, gdzie podobno jest praca. Tyle że na miejscu okazuje się, że praca jest w niegodnych człowieka warunkach, za grosze, a z zarobionych pieniędzy nie da się utrzymać poza sezonem.
Jeśli macie wrażenie, że już to czytałyście - Farming sucks. Road trip! Road trip sucks. - to macie rację. To beletryzacja motywu z “Gron gniewu”, z ciekawą bohaterką i dobrze naszkicowaną rodzinną dynamiką. I pewnie bardziej by mi się podobało, gdyby nie wtórność. Podobnie jak oryginał, to posępna lektura, niekoniecznie na czas ciemności i słoty.
Inne tej autorki.
#145
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota października 31, 2026
Link permanentny -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
2026, beletrystyka, panie
- Skomentuj
To, co przyciąga do Świata Dysku, to jego konstrukcja, bohaterowie i kulturowe bogactwo. Oczywiście to dla tych, co są odporni na błyskotliwe dialogi i uderzającą dawkę sarkazmu. W tym opracowaniu Pratchett jest autorem przedmowy i licznych cytatów, zaś Simpson dokłada do tego szeroką analizę pochodzenia tropów i użytych, oczywiście czasem z pewnym marginesem dowolności, realnych śladów z ziemskiej kultury. Skąd się wziął Długi w Lancre, czy elfy są miłe, dlaczego pod powierzchnią Dysku zdarzają się pokłady melasy, czy Hogfather to ten pulchny facet w czerwonym kubraczku czy szczury z Hameln rzeczywiście się utopiły. Mimo że to rzetelne opracowanie z solidnym zapleczem źródeł, nie jest nudne, bo i Świat Dysku nie jest nudny. Oczywiście warto czytać po lekturze całego cyklu, bo się można zaskoczyć, jeśli kogoś zaskakuje, że jakiś bohater umiera i przychodzi po niego zakapturzony szkielet z błękitnym błyskiem w oczodołach.
Inne tego autora.
#144
PS Nie kupujcie w Lidlu kandyzowanych owoców w ciemnej czekoladzie. Zostawcie dla mnie, zwłaszcza imbir i kantalupę.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek października 29, 2026
Link permanentny -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
2026, panie, panowie
- Skomentuj
Lata 30. XX wieku. Na praskim Żiżkowie zostaje zamordowany niejaki Andres. Sierżant Broż zostaje oddelegowany do śledztwa również ze względu na to, że zbrodnia miała miejsce przy tej samej ulicy, przy której mieszka, co z jednej strony cieszy jego żonę, bo ma dostęp do ploteczek, z drugiej - męża nie ma w domu. Brożowi to nie przeszkadza, bo jak większość mężczyzn, jakich poznajemy podczas śledztwa, nienawidzi kobiet. Za to doskonale się dogaduje ze swoim zwierzchnikiem, komisarzem Suchanem, który nie raz i nie dwa komplementuje podwładnego (”Panie Broż, nigdy już nie chcę nikogo innego widzieć przy sobie prócz pana. Pan jest światłem moich oczu…”). Wracając do morderstwa, pan Andres parał się handlem, w jego mieszkaniu znaleziono diament i herbowy ametyst, co pozwala podejrzewać, że być może został zamordowany podczas rabunku, chociaż oczywiście podejrzana jest jego żona, którą denat za życia poniewierał. Chwilę później podejrzanych jest cała gromada, a do wyjaśnienia sprawy konieczne jest rozebranie parasola niejakiej pani Czernej, którą Andresowie znali jeszcze z Wiednia.
To takie bardziej patologiczne klimaty - wszyscy piją, panowie potrafią sobie ulżyć pod akacją lub głośno wysmarkać, nawet najbardziej obrzydliwi zdradzają żony, wszyscy wszystkim zazdroszczą i się szpiegują. Między wierszami pojawiają się “zabawne” anegdotki o macaniu “czternasto-piętnastoletnich kóz” czy już zwyczajnie przykre wspomnienia wykorzystania nastolatek.
Seksizm codzienny:
Wiadomo, babę trzeba krótko trzymać, żeby się nie urwała.
Na dodatek myśl, że owe dwie rywalki, pani Andresowa i pani Kofy, w innych czasach zostałyby bez ceregieli spalone na stosie jako czarownice. “I pewnie te pozostałe baby także” - z satysfakcją dokończył myśl Suchan. Opanowała go zawziętość.
Się pije: kawę, koniak, herbatę, wodę sodową, czerwone wino o barwie krwi, śliwowicę.
Się je: zupę, kiełbasę z cebulą, chleb dla diabetyków, suchy chleb, wieprzowiną.
Się podziwia: spory gipsowy odlew Panny Marii z Lourdes w owej białej, a błękitnej od spodu szacie.
Się pali: austriackie sporty.
Się ogłasza w prasie:
„Szukam szczęścia w przygodzie. Jestem blondynką, mam lat osiemnaście, bez przesądów. Hasło: Wiek nie gra roli". Albo! „Damę, za którą szedłem we wtorek po ulicy Spalenej, pytam, czy zawarcie znajomości jest możliwe? Hasło: Czarny kapelusz”. A także: „Ogłaszam, że długów mojej małżonki, Anny Karowej, płacić nie będę. Alojzy Kara”
Inne z tej serii.
#143
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek października 23, 2026
Link permanentny -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
2026, kryminal, panowie, z-jamnikiem
- Skomentuj
Finladia, lata 90. XX wieku. Przewielebny Huuskonen, znany z niewyparzonej gęby, która nawet w kościele luterańskim powoduje, że bywa wzywany do zwierzchności na dywanik, dostaje od swojej wspólnoty na 50. urodziny małego niedźwiadka. Mimo niechęci żony zaprzyjaźnia się z nim, daje mu na imię Diabełek, zwierzę - mimo że psotne - okazuje się bardzo pojętne i chętne do nauki różnych sztuczek. Niestety, w konsekwencji różnych historii, w tym spędzenia zimy w niedźwiedziej gawrze wraz z pewną badaczką zwierząt, Huuskonena zostawia żona, a kościół przenosi go do innej parafgo urlopuje, więc pan i jego zwierzę ruszają na podbój Europy. Zataczają pełen krąg, a że damy ciągną do przewielebnego jak, nomen omen, miś do miodu - czy to wspomniana naukowczyni, starsza sąsiadka czy radziecka radiotelegrafistka - ten układa sobie życie od nowa.
To raczej groteska niż realizm, jakoś nie ufałabym niedźwiedziej motoryce na tyle, żeby dawać mu koszule do prasowania, ale historia jest dość zabawna i czasem prowadzi w niespodziewaną stronę, chociażby na ekumeniczny kongres na Malcie. Są momenty bardziej wzruszające, są irytujące, ale bardzo miło się czytało.
Inne tego autora.
#142
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek października 22, 2026
Link permanentny -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
2026, beletrystyka, panowie
- Skomentuj
[Ależ oczywiście że wróciłam do Wójtowicz, tylko zrobiłam sobie przerwę.]
Aśka Myszkowska budzi się w wampirzym gnieździe i dowiaduje się, że właśnie została wampirzycą. Z zalet - nieśmiertelność i nie potrzeba jedzenia, z wad - unikać słońca, potrzebne stałe dostawy krwi i suplementów. A dowiaduje się o tym od znanej skądinąd Sabiny, którą wielkodusznie gniazdo zatrudniło do wprowadzenia nowego nabytku. Sabina podchodzi do rzeczy profesjonalnie, ma prezentacje i w ogóle, ale nie umie odpowiedzieć Myszy, czemu. A Mysza ma studia we Wrocławiu i pracę, bo musi się jakoś utrzymać i zapłacić za czynsz we współ wynajmowanym z inną studentką mieszkaniu. Zwiewa więc z patologicznego wampirzego gniazda do domu, po drodze odkrywając, że ma nadludzką szybkość oraz poznając Edka, czupakabrę. I tu też są zalety - Edek, właściwie Jose Eduardo, jest nadzwyczaj przyjazny i pomocy, ale i wady - aportuje Myszy nie jednego, ale dwa wampiry, które też próbowały uciec z gniazda. I wszystko pewnie by się poukładało, jakby nie Frederic, który Aśkę ugryzł i teraz wystaje pod jej oknem, rzucając aluzje do ich wspólnej przyszłości.
Druga część kontynuuje akcję z tomu pierwszego. Frederic jest unieszkodliwiony, Aśka została opiekunką małego wampirzego gniazda w studenckim mieszkaniu; 200-letnia Wefcia uczy się czytać i zaprzyjaźnia z lokalnymi seniorkami, w czym bardzo pomaga jej namiętność do gotowania, zaś Paweł - dawniej chłopak Żanety, który ją zghostował - zaczyna pracę na nocki i odkrywa, że jego zwierzchnik jest wilkołakiem. Tak, najstarszym bratem tych wilkołaków, którzy w cyklu obok pogryźli magiczne patyczki i im odbiło na tyle, że porwali Żanetę w celu matrymonialnym. Mają zakaz wstępu do Brzegu i kosę z Sabiną i Piotrem, ale dzięki Edziowi jest szansa, że stosunki wampirzo-wilkołacze jakoś się ułożą.
Chyba sensownie byłoby czytać na przemian z cyklem o nienormatywnych z firmy konsultingowej, ale można i po. Oczywiście czekam na tom trzeci.
Inne tej autorki.
#140-141
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek października 20, 2026
Link permanentny -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
2026, panie, sf-f
- Skomentuj