Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu


Leniwy weekend

Spaliśmy wczoraj do prawie 14 (oczywiście w ramach odsypiania jetlaga). To jednak jest bardzo fajna rzecz, jak się leży, jest miękko, ciepło i tylko co jakiś czas trzeba negocjować z kotem czarnym, który woli naszą obecność przy misce. Z przyczyn natury obiektywnej zakup łóżka został przełożony na następny weekend (niestety, sklepy meblowe nie praktykują otwarcia w niedzielę, zupełnie nie rozumiem, czemu).

Uwielbiam pakamerę. Nie za ceny, bo czasem powalają, ale za pomysły. Jak byłam wyjechana, przyszedł newsletter, w którym były wyjazdowe torebki na brudne/czyste. Szczególnie wzruszyły mnie takie z napisamy: "Wash me"/"Wear me" na męskie skarpetki. Teraz cierpię, bo mam problemy decyzyjne z wyborem torebki. Znalazłam trzy i przecież trzech nie kupię. I do tego chyba jeszcze mogę wybrać kolor. Wspominałam, że nie cierpię decyzji?

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela lutego 18, 2007

Link permanentny - Kategoria: Żodyn - Komentarzy: 2


More useless trivia

  • Action figures z Losta. To robi wrażenie (bunkier, Jack z ruchomymi ramionami czy Locke z nożem).
  • Niech mi ktoś objaśni, czemu pół butelki toniku, dezodorant fkulce i krem nivea są k0sher w foliowym woreczku z suwakiem, a nie są ok w reklamówce?
  • Pocztówki wysłane w sobotnie popołudnie z dzielnicy łacińskiej San Francisco są w Polsce u adresatów już czasem we wtorek rano. Czemu priorytet nadany w Poznaniu bywa w Warszawie po tygodniu, nie wspominając o pocztówkach światecznych, wysłanych 22.12, z których jedna była 23.12, a druga (w tym samym mieście) już 18.01 następnego roku?
  • Gdzie jest mój brzoskwiniowy peeling z body shopa? Wychodzi, że wypakowałam wszystko, a nie ma. A był [przechwaliłam to "wypakowałam wszystko" - zawartość przywannowej półki z hotelu miałam spakowaną w reklamówce, która stała dzielnie na pralce i czekała, żeby do niej zajrzeć).

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota lutego 17, 2007

Link permanentny - Kategorie: Przydasie, Listy spod róży - Tag: usa - Komentarzy: 3


Maria Antonina

Zaskakująco ciekawy film. Sama fabuła pretekstowa, bo to, co się zdarzyło, to wiadomo od kilkuset lat z historii. Ale kolory, faktury, materiały, nieco naiwny zachwyt światem, wschodem słońca, jajkiem świeżo spod kury (nic to, że umytym przez kogoś z setek służących), a do tego całkiem współczesna rockowa muzyka sprawia, że w zasadzie dla obrazów się miło ogląda. Dużo z oniryczności i koronek "Pikniku pod Wiszącą Skałą", trochę z samotności w "Między słowami", pewien fatalizm z "Przekleństw niewinności". Bardzo podobała mi się recenzja z niedawnej Machiny, w której autorka porównała Marię Antoninę do pierwszej celebrity - osoby, której życiową rolą było ładnie wyglądać, pachnieć i tworzyć wzór do naśladowania. Film pieczołowicie omija te wszystkie niewygodne historyczne fakty - że cały Wersal śmierdział z powodu ogólnego niemycia i sikania pod ścianami z braku wychodków, działo się głównie porubstwo (w filmie delikatnie zaznaczone, że panna się ciut zabujała w przystojnym żołnierzu i się raz czy dwa zborsuczyli w przygodnej okoliczności i to by z tej zgnilizny moralnej było na tyle, a poza tym była żoną i matką jak należy), jak wyglądała bieda. Widać tylko ten ładny kawałek rzeczywistości, w której sobie dziewczę żyło. Ale na tyle ładnie, że nie czuć, jakim kosztem. Ot - celebrity.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lutego 12, 2007

Link permanentny - Kategoria: Oglądam - Skomentuj


Diabeł ubiera się u Prady

Boooring. W zasadzie film nakręcono tylko chyba po to, żeby pokazać mnóstwo mniej lub bardziej wyszukanych ciuchów od znanych i znańszych projektantów. Anne Hathaway jest ładniutka i w zasadzie zupełnie umkła mi ta Wielka Metamorfoza, kiedy ze żle ubranej i kiepsko uczesanej absolwentki studiów robi się seksowna i pożądana panna z klasą. Meryl Streep doskonała, jak zawsze, świetna panna grająca pierwszą asystentkę, ciuchy też fajne, ale to trochę mało, żeby zrobić z tego dobry film. Wiadomo - dylematy moralne typu "korzystać z okazji, czy pozwolić, żeby kto innych skorzystał" (tylko frajerzy nie korzystają, ale nikt nie mówi, że to etyczne) czy "a może nie warto tak zapieprzać 24h/dobę, bo się traci kawałek życia" (nie warto, ale się zdobywa doświadczenie) są takie dość oczywiste.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lutego 12, 2007

Link permanentny - Kategoria: Oglądam - Komentarzy: 3


Dobry rok

Całkiem miły film, ale za mało w nim Mayle'a, a za dużo Riddleya Scotta. Z Mayle'a jest piękna Francja, kawałek francuskiego wiejskiego życia, śliczna właścicielka kawiarni, sporo i winie i o piciu. Niestety Scott nie dołożył wiele od siebie i w zasadzie plot spłaszczył do "londyński uber-makler zostaje zawieszony za nieetyczne rozgrywki giełdowe, jedzie załatwić kwestie spadkowe po wuju mieszkającym we Francji, chce hacjendę sprzedać, ale zaprzyjaźnia się z rolnikiem i panną, spotyka przyrodnią kuzynkę i staje się Innym Człowiekiem". W zasadzie nie ma głównego w książce plotu z aferą winiarską, więc tak naprawdę nie bardzo wiadomo, o co chodzi, poza tym, że "jest we Francji ładnie".

Inne tego autora tu.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lutego 12, 2007

Link permanentny - Kategoria: Oglądam - Skomentuj


Iluzjonista

Co ciekawe, nie słyszałam o tym filmie wcześniej, a jest zaskakująco dobry. W XIX wiecznych Austrowęgrach nastoletni sztukmistrz z plebsu zakochuje się w utytułowanej nastolatce. Oczywiście zły świat i konwenanse ich rozdzielają, ale po latach w Wiedniu spotykają się, poznają już bardziej dogłębnie i stwierdzają, że żyć bez siebie nie mogą. Ale nie mogą też żyć ze sobą, bo Sophie ma poślubić arcyksięcia jakiegośtam (a niebawem austrowęgierskiego cesarza), a on człowiek krewki i prędzej pannę ubije, niż pozwoli odejść. I niestety - wychodzi na to, że panna ginie. Film z twistem i przewrotny, a do tego doskonała rola Gammatiego, który gra policjanta, mającego ustalić, kto pannę sprzątnął. Jessica Biel taka sobie, Norton bardzo demoniczny, ale mało przekonujący (fakt, że tego wymaga rola). Ogólnie na plus.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lutego 12, 2007

Link permanentny - Kategoria: Oglądam - Skomentuj


Marek Stokowski - Samo-loty

Dziwna. I różnie mi się podobała. Najfajniejsze są realistyczne opisy dzieciństwa w latach 70. na podwarszawskich okolicach Okęcia (mam wrażenie, że do tego momentu doczytali piszący blurba), trochę w klimacie "Niebieskiego autobusu" Kosmowskiej, z tym jej niby-naiwnym obserwowaniem posępnej i całkiem poważnej rzeczywistości (tatuś, który zwiał za granicę i nadawał radiem "Wolna Europa", matka i syn szykanowany przez ówczesny aparat ciemiężenia i łamania wolnej myśli). Mniej mi się podobały wstawki metafizyczne. Rozumiem, jaki był ich cel, ale czytało mi się dość topornie. Trochę za późno na odkrywanie, że mityczna Ameryka i ogólnie Zachód miały tak naprawdę nas serdecznie w pompie, wszyscy od ładnych paru lat o tym wiedzą (zwłaszcza polecam tym, co kochają cały czas Wuja Sama, przelecieć się najpierw do ambasady, potem odbyć na lotnisku rozmowę z Immigration Officerem, od którego w zasadzie zależy, czy cię raczą wpuścić na teren Raju Obiecanego i Coca-Coli).

Samo-loty na pewno mają dużo wartości dodanej dla wielbicieli lotnictwa, bo o tytułowych samolotach sporo. Dla niefanów - ciekawy rzut oka na pierwszą szczenięcą miłość i potęgę dziecięcej wyobraźni. Ale bez happy endu. Twarda baba jestem (tak mówią), ale na końcu się poryczałam.

Na okładce rekomendacje od członków kabaretu "Mumio" (a konkretnie aktorów teatru EPTY-A, bo kabaret to tylko jedna z ich kreacji) - im się pewnie podobały te odjechane wstawki, które działy się w sferze wyobrażeniowej.

#6

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lutego 12, 2007

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Skomentuj


Douglas Coupland - Wszystkie rodziny są nienormalne

Wprawdzie nie walnęło mną tak jak "Poddani Microsoftu", od których nie mogłam się oderwać i zarwałam kawałek nocy, ale całkiem dobrze się czytało. Pokręcona rodzina - trzy osoby z AIDS, jedna z błędnie wykrytym, jedna z rakiem wątroby, jedna bez ręki, bo matka podczas ciąży brała teratogenne leki - spotyka się przy okazji lotu w kosmos córki-astronautki (tej bez ręki). W zasadzie zmienia się całe ich życie, ci, co się nie mogli dogadać, dogadują się, a inne związki się rozpadają. Dużo o lekach i życiu ze śmiertelną chorobą i o zmianie podejścia do przeżycia tego kawałka, który został. Trochę o tym, jaka jest Ameryka.

Inne tego autora tu.

#5

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lutego 12, 2007

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Skomentuj


Strumień świadomości z samolotu

Oczywiście pech - dzisiaj się rozpogodziło i zamiast ostatnich chmur i ciapiącego z różnym natężeniem deszczu było przeładne słońce, w sam raz na łażenie po SF czy pojechanie do Alcatraz (mniej mi żal, bo "nasi" byli wczoraj, ale dość narzekali, że fajniej byłoby w słońcu). Poza tym od wczoraj się pozbyłam jetlaga, rychło w czas. Celowo nie przestawiam zegarka, w Monachium będziemy koło północy czasu kalifornijskiego (aktualnie połowa drogi).

Latanie jest fajne, ale pod jednym warunkiem - miejsce koło okna. Inaczej jest jak w intercity w nocy. No, oczywiście przynoszą jedzenie, napoje i przemiło się do człowieka uśmiechają. Żarcie samolotowe jest zaskakująco dobre, mimo że typowo preprocesowane w plastiku (ale z drugiej strony patrząc na śniadanie hotelowe, gdzie dosłownie wszystko było z paczki, nawet "peeled hardboiled farm[1] eggs" pakowane próżniowo w workach ca 50 sztuk czy krojone w porcje ciasto "ready to eat"). Fajniej też mieć przesiadki - łatwiej przeżyć 3,5 h jednego lotu i 8 h drugiego (a potem 1h trzeciego) niż hurtem w jednym samolocie 12 h.

[1] Farm, my ass. Małe i w kolorze leciutkiej pastelowej żółci.

Lubię lotniska. I jak jestem w stanie się jakoś opanować w zwykłym miejskim otoczeniu, tak na lotnisku ręka sama mi leci do portfela i nabywam kolejne goodies. W ten oto nieopanowany sposób stałam się właścicielką zegarka Swatch z serii(?) "Chiński zodiak" ze świnką (to oczywiście wina AMG, było nie pokazywać). Oprócz zegarka w komplecie jest okrągłe pudełko ze złotą świnką-skarbonką i monetą, bo świnka przynosi właścicielowy okrągłe kwoty w dowolnie wybranej walucie.

Do Chicago leciałam obok Koreanki z Chicago, która zdziwiła się, że na tyle dobrze mówię po angielsku, że chyba w Polsce jesteśmy dwujęzyczni urzędowo. Ale potem przypomniała sobie, że do tej pory spotkani Polacy mówili tak dziwnie, że od razu było widać, że nie są z tej bajki, a ja mam "very fluent and good pronounced English". Wprawdzie nie umiem tak ładnie mówić Borat-like jak P. (i zasób cenzuralnych tekstów do zaserwowania 50-letniej Koreance z mężem, który prawie całą drogę czytał Biblię po koreańsku, mam dość znikomy), ale o ten efekt dokładnie chodziło. Dzięki sympatycznej pani dowiedziałam się też, że lecieliśmy nad jeziorem Erie, że zima latoś dość trzyma, a pani wraca od siostry z Sacramento, gdzie było 25 celsjuszów. Nie wiem, czy to specyfika Azjatów, bo w zasadzie tylko oni się tak dość dokładnie pytają, co, gdzie i jak (nie narzekam - z KJ rozmawiało się bardzo miło i mam nadzieję, że nie utytłałam jej moim krabem w knajpie ;-)). Reszta zlewa, jest zdawkowo uprzejma i nie zagaduje (może to i lepiej?). Lotnisko w Chicago jest duże po byku, szczęśliwie są tam ruchome chodniki (zdążyłam sobie obetrzeć piętę nowymi butami; dobrze, że dopiero dziś). Niestety, przyjechaliśmy kiedy się zmierzchało, więc na fotkach nie będzie aż tak dobrze widać, jakim ładnym korytarzem szliśmy - ściany wyglądały jak próbniki Decoralu, a na suficie zapalały się kolorowe neoniki (chyba założyli, że pasażerowie generalnie nie są na psychotropach i dadzą sobie radę z kolorkami).

Właśnie odkryłam, że pokładowy monitorek ma możliwość wyświetlania mapki. Prędkość 974 km, 10668 m (oczywiście to okrągła liczba, bo 35000 stóp - mówiłam, że kocham te jednostki?) nad poziomem morza, -57 stopni celsjusza i wlatujemy właśnie na Atlantyk w okolicach St John's. Czekam na turbulencje.

Jak już wspominałam, samolot oprócz spożywki zapewnia też spyżę duchową. Odrobiłam kinowe zaległości, niestety nie puścili "Prestiżu", mimo że było umówione. Przypomniałam sobie Volvera, obejrzałam jeden odcinek "The Office" i kilka kinowych nowości, co to jednak się na nie do kina nie wybrałam.

Kupiłam parę książek, ale bez specjalnych zachwytów. Nigelli w Barnesie i Noble'u nie wypatrzyłam, znacznie bardziej podobał mi się Borders. Tyle że poza jedynym brakującym Pratchettem i Erikiem Idlem z obniżki nic fajnego nie znalazłam. Leżał wprawdzie nowy (a przynajmniej nie wydany w PL) Doyle, ale coś czuję, że doylowej angielszczyżnie bym nie dała rady, poczekam na wydanie po naszemu. I Starbucksem się nie zachwyciłam - ot, kawa jak kawa, tyle że w kartonowym kubku, a nie w porcelanie.

Wygląda na to, że tym razem nie będzie Grenlandii, bo kierujemy się nad Irlandię. Żałuję, że ciemno (6:39 czasu naszego, a według mojego nowego zegarka - 21:39, za nami 2641, przed nami 1545 mil) i nic nie widać, nawet jak się ma miejsce przy oknie i że nie da się mieć on-line podglądu na google.maps.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lutego 12, 2007

Link permanentny - Kategorie: Przydasie, Listy spod róży, Fotografia+ - Tag: usa - Komentarzy: 2