Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu
Finlandia, lata 50 XX wieku, jeszcze pobrzmiewają echa ledwie zakończonej wojny. Gunnar Huttunen kupuje stary młyn, próbuje go wyremontować i oferuje mieszkańcom okolicznych wsi usługi. Brzmi sensownie, problem w tym, że młynarz jest nieco ekscentryczny - mówi zbyt szczerze, czasem wyje jak wilk, czasem udaje zwierzęta lub celnie parodiuje innych ludzie ku radości dzieci i zgorszeniu rodziców, zwłaszcza tych parodiowanych. Ma też ogromne poczucie sprawiedliwości, więc kiedy czuje się źle potraktowany, jego reakcja bywa gwałtowna. Próbuje sobie z tym radzić, zwłaszcza że się zakochuje i udaje się po poradę do lokalnego doktora, który lekkomyślnie przepisuje mu coś, co dziś pewnie nazwalibyśmy substancjami psychoaktywnymi. Efekt jest katastrofalny, doktor nie bierze odpowiedzialności, zaczyna się nagonka na pechowego młynarza, co kończy się umieszczeniem go w szpitalu psychiatrycznym. A z “Lotu nad kukułczym gniazdem” wiadomo, że jak się trafi do takiej placówki, to dostaje się łatkę wariata na zawsze. Na szczęście Huttunen ucieka i zaczyna żyć obok wsi, irytując wszystkich coraz bardziej.
Nie nazwałabym tej historii pogodną, raczej przerażającą, chociaż jest rzeczywiście dość humorystyczna. Zawiera mnóstwo celnych obserwacji na temat odstawania i ostracyzmu, jakim otacza się osoby dziwne z jakiegoś powodu, nawet jeśli problemem nie jest sama odmienność tych osób, a nieelastyczne zasady społeczne, cwaniactwo i egoizm otoczenia. Doskonale się czytało, uśmiechnęłam się raz czy dwa, ale pozostało mi poczucie niesprawiedliwości mimo - w pewnym sensie - pozytywnego zakończenia.
#127