Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu
[13.09.2026]
Niedzielną (albo ostatni-dzień-wyjazdu) tradycją jest śniadanie w La Femme przy Winterfelderplatz, zawsze napycham się jak sołtys i niczego nie żałuję. Kolejną tradycją staje się odwiedzenie pchlego targu w Mauerpark; nastolatka wyszła z handmade koszulkami, ja z talerzykami Minton Haddon Hall za drobne euro. Potem dla odmiany pojechaliśmy do Spandau (tak, stąd nazwa Spandau Ballet), gdzie wśród fabryk Siemensa i BMW wtem w zieleni można wejść do Zitadelle Spandau. Więzienia już nie ma, są za to zdekomisjonowane pomniki na wystawie Unveiled (w Proviantmagazin) oraz mini zoo z nietoperzami w piwnicy Haus 4; cała cytadela jest siedliskiem lokalnych nietoperzy, ale te raczej nie są do zwiedzania. Pomniki są duże i dobrze oświetlone z prominentną Głową Lenina (oraz kilka bez nosów[1]), nietoperze zaś malutkie i w świetle czerwonym, za to dostarczają dużo radości. Na miejscu można ciacho i kawę w kawiarni przy wejściu. Na następny raz planuję samo Spandau, może nawet metrem.















[1] Jako że chwilę temu oglądaliśmy rodzinnie w kinie “Asteriksa i Kleopatrę”, śmiechom i facecjom z utrąconych nosów nie było końca.