Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu
Nigeria, lata 80. XX wieku. Akin zachwycił się Yejide od pierwszego wejrzenia, ona również. Miłość, szybki ślub, niby szczęście, ale z czasem okazało się, że jednak czegoś brakuje mimo starań. Dziecka. Dziecka, którego pragnęła Yejide, ale też na które była ogromna presja ze strony rodziny Akina; rodzina Yejide nią pogardzała, zwłaszcza po śmierci ojca, wszak była tylko dzieckiem drugiej żony, dodatkowo na krótko, bo jej matka zmarła przy porodzie[1]. Lekarze, znachorzy, zaklinacze, rytuały, nic nie pomagało. Tym bardziej zaskoczyło Yejide, kiedy w jej domu pojawiła się najstarsza macocha i wuj męża, a z nimi kandydatka na drugą żonę. Małżonkowie są w sytuacji bez wyjścia, nie można odmówić rodzinom, ale Akin próbuje utrzymać status quo pierwszej żony, nie wprowadza Fenmi do domu, tylko kupuje jej mieszkanie w mieście. Zaczyna się wyścig o macierzyństwo, a potem walka o wpływy, co nie robi dobrze nikomu. I wtedy pojawia się ciąża.
Narracja między latami 80 a bardziej współczesnym rokiem 2008, kiedy to Yejide po latach niewidzenia decyduje, że wybierze się na pogrzeb ojca byłego męża. O tym, co doprowadziło do ich rozstania i o tym, co ich ze sobą wiązało, opowiadają oboje i, co nie jest zaskakujące, ich relacje znacznie się od siebie różnią. Aranżowane małżeństwa, gusła, klątwy i sformalizowane obrzędy plemienne nieco zaskakują, bo to nie jest aż tak odległa przeszłość, nawet czuć zdziwienie samej bohaterki faktem, że tak pasywnie się na wszystko zgadza, chociaż tłumaczy sobie, że dla dziecka wszystko. W tle dość burzliwe przemiany polityczne i społeczne, może nie na skalę wojny domowej, ale nie był to spokojny czas.
[1] Jeśli temat śmierci okołonatalnej jest drażliwy, to nie jest książka dla Was, zdecydowanie.
#128