Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Więcej o kryminał

Robert Jackson Bennett - Zatruty kielich

Imperium co roku zbroi się na porę deszczową. Wtedy pod chroniące miasto mury podpływają niebezpiecznie blisko lewiatany, niewyobrażalnie wielkie morskie potwory, które - jeśli się przedostaną - na trwałe niszczą ziemię i wszystko, co na niej się znajduje ze względu na swoją niesamowitą krew. Dopóki mury są solidne i obstawione przez armię, niebezpieczeństwa można uniknąć, ale wystarczy, że pójdzie coś nie tak i świat się posypie. Problem pojawia się niespodziewanie bliżej centrum Imperium, gdzie w luksusowej rezydencji bogatych Hazów zostają znalezione zwłoki jednego z urzędników, brutalnie zabitego przez skażenie szybkorosnącą trawę, przerastającą żywe ciało w ciągu minut. Na miejscu nieco niepewnie wizję lokalną przeprowadza mnemorytnik Kol, początkujący asystent ekscentrycznej detektyw Dolabry. Młody wącha fiolkę i z precyzją nagrania zapamiętuje wszystko, co widzi, Dolabra dostaje więc pierwszorzędną relację bez wychodzenia z domu; twierdzi, że nadmiar bodźców przeszkadza jej w rozumowaniu. Chwilę później ekipa dociera na obrzeża, gdzie tuż przed pojawieniem się lewiatana zawaliła się część murów, również z powodu zamordowania grupy ludzi przez zakażenie ich trawą. Teraz to nie tylko tajemnica do rozwikłania, ale bezpośrednie niebezpieczeństwo dla całego Imperium.

Już po przeczytaniu pierwszych rozdziałów byłam zachwycona, bo to połączenie odjechanego ni to magicznego, ni to biotechnicznego świata jak u Mievilla z sarkastycznym humorem powieści detektywistycznej. Imperium, gdzie domy są zbudowane z przetworzonego papieru, pije się rytualnie herbatę, trzęsienia ziemi, drewniane sandały, gdzieś już to widziałam. Do tego ludzie są uszeregowani w sztywnej hierarchii, nie tylko na podstawie urodzenia, ale umiejętności i modyfikacji, osiąganych metodą prób i błędów przez aplikację substancji z magicznej (a może tylko umiejętnie przetworzonej) krwi lewiatana. Wspomniany mnemorytnik ma wzbogaconą pamięć, inni mają podbite zdolności do walki, szybkość czy wyczuwanie zapachu; wiadomo, zawsze są efekty uboczne, rozwinięcie jakiejś zdolności może oznaczać ograniczenie innych funkcji lub zmiany wyglądu. Ale najlepszym elementem są dialogi, zwłaszcza jeśli uczestniczy w nich złotousta, choć nieokrzesana detektyw Dolabra, jebaniutka.

Mam od jakiegoś czasu trudną do określenia obawę przed sf, że bariera wejścia, że sztafaż przykrywający mizerną intrygę nie wystarczy - tu absolutnie tego nie miałam, od razu weszłam w świetnie skonstruowany, egzotyczny świat, b. zadowolona. Czekam na kolejne tomy, drugi już jest po polsku.

#118

Napisane przez Zuzanka w dniu Wednesday September 9, 2026

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2026, kryminal, panowie, sf-f - Skomentuj


Helena Sekuła - Siedem domów Kuny

Nietypowo, chociaż są przestępstwa i dwa trupy, to nie jest w zasadzie kryminał, ale historia dorastania osieroconej Pelagii. Niemowlę zostało podrzucone pod dom dziecka, z karteczką z personaliami i kilkoma artefaktami, między innymi złotym medalionem ze zdjęciem pięknej kobiety, pieczołowicie przechowanym dla niej w kolejnych placówkach wychowawczych. Ale nie jest to słodka bajka, bo to lata 60. w rozkwicie PRL-u. Brzydkie, wycofane, dzikie dziecko przechodzi przez kolejne placówki, pragnąc tylko przynależeć do kogoś, kto za to nie dostaje pensji. Po czym pojawia się Nonna, elegancka dama, która z niewiadomych przyczyn interesuje się małą Pelką, ale potem znika; Pelka zaczyna uciekać, żeby ją odnaleźć. Po kilku próbach odnajduje i wrasta w dziwną przestępczą rodzinę, która docenia Pelkową zręczność; przyuczają ją do roli kuny - włamywaczki. Po początkowych sukcesach sprawa się sypie, Pelka wraca do systemu, ale już jako pensjonariuszka zakładu poprawczego, gdzie ma na swoją obronę tylko pięści, spryt i szybkość. To ostatnie daje jej niespodziewanie przepustkę do klubu sportowego i nadzieję, że zmieni swoje dotychczasowe życie. Oczywiście nastolatka nie zaprzestaje szukania swojej matki, mimo że wszyscy twierdzą, że jej nie odnajdzie.

W zasadzie to jedna z tych historii, gdzie przestają być istotne realia, a na pierwszy plan wychodzi psychologia dorastania i wpływu otoczenia na kształtowanie się czyjejś osobowości. Dorastanie bez miłości jest trudne, nie dziwi specjalnie, że Pelka, zwana później Kuną i Mustelą, lgnie do każdego, kto okazuje jej choć minimum zainteresowania, nie analizując motywów. W tle przemiany - stan wojenny, który Pelkę przypadkiem odnajduje za granicą, co pozwala skontrastować zachodni blichtr z tym, co w Polsce. Dobroczynność, działacze sportowi i resortowi, prostytucja i złodziejstwo, przy czym ci drudzy wcale nie są aż tak mniej moralni od pierwszej grupy. Podsumowując, przyszłam po tanią rozrywkę, a dostałam historię, od której nie mogłam się oderwać.

Się kupuje: komplet Doroszewskiego za ogromną cenę na warszawskim wolumenie, materac z gąbki w Pewexie.

Się pije: brandy, czerwone Nebbiolo z Piemontu, Orvieto białe słodkie i wytrawne z Umbrii, Veuve Clicquot z Szampanii (zlewki z lokalu klasy LUX), bełt, różowe musujące węgierskie i wódkę, kawę, jabłecznik, soki owocowe i mokkę (na pokazie mody), wódkę zaprawioną zielem trojanki.

Się je: pulardę w maladze, zupę, dzwonko sielawy, chłodnik na chlebowym kwasie, pieczone mięso i truskawkowe lody, kiszkę pasztetową i płonące naleśniki, befsztyk, frytki, pieczoną kurę z sałatą i winem; przystawki, melbę i sery (na francuskim przyjęciu); zupę regeneracyjną z puszki z mięsem dzika, doprawianą tymiankiem i rozmarynem, zacierkową na mleku.

Się idzie na francuski targ:

Sałata francuska, chińska, podobna do liści mniszka, belle dame, piękna pani czyli srebrzysta lebioda, szparagi i najróżniejsze łodygi, kłącza, bulwy, jakich nigdy nie widziałam. Owoce z Francji i całego świata. Jabłka z Normandii i afrykańskie ananasy z zielonym czubem, obłe awokado obok ociekających sokiem melonów. Greckie oliwki prosto z beczki, nabuzowane słońcem pomidory z Majorki.
I owoce morza. Pryzmy jeży morskich, krewetek, raczków, muli z Langwedocji hodowanych w ,morskich rozlewiskach; różowe kraby obłożone morszczyną, langusty jak potwory ze złego snu.
Szynki westwalskie, ze Szwarcwaldu, z Yorku, paryskie, parmeńskie, z Piemontu, suche wędliny, salami z Owernii. Wieprzowina i wołowina podzielone wedle gatunków, tusze baranie i jagnięcie, drób nadziewany orzechami, śliwkami, cząstkami pomarańczy i całe stosy małych ptaszków, każdy otulony płatkiem słoniny.

Inne tej autorki.

#116

Napisane przez Zuzanka w dniu Monday September 7, 2026

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2026, kryminal, panie, prl - Skomentuj


Józef Hen - Twarz pokerzysty

Mężczyzna, zwany niegdyś “Dymitrem”, opowiada narratorowi historię sprzed kilkudziesięciu lat, z czasów świeżo po wojnie. Zostaje warunkowo zwolniony z więzienia, z aluzji można się domyślić, że za działalność w AK w czasie wojny i dostaje zadanie do wykonania. Ma pojechać do Bagnisk, miejsca rządzonego przez jego dawnego dowódcę z oddziału, Zygmunta, który był dla niego wzorem i ma potwierdzić teorię, iż dowódca jest zdrajcą, Złowrogim, który wydawał Polaków Niemcom. Przed nim był już w Bagniskach tajny agent, ale został zdekonspirowany i zabity. Zabiera jednego z współaresztowanych towarzyszy, stosik pieniędzy i jedzie, ale raczej żeby oczyścić imię Zygmunta z podejrzeń. Na miejscu znajduje piękną panią fryzjerkę, z którą tak zupełnie przy okazji wchodzi w bliższe stosunki, również kulinarne, oraz więcej znajomych z czasów okupacji. Sprawa rozwiązuje się podczas partii pokera w nocnym lokalu, a narrator zachwyca się pięknymi nogami dorosłej już córki “Dymitra”.

To dość nietypowy kryminał, mimo udziału milicji, taki bardziej rozliczeniowo-westernowy. Sporo czasu zajmują zachwyty damską anatomią i nocne dyskusje Polaków o pryncypiach. Jeden z bohaterów zastępuje frazą "batożę to" jeden z pospolitszych czasowników, trochę ubolewam, byłoby barwniej bez cenzury.

Się je: niedogotowany kapuśniak z chlebem, wiejską kiełbasę, pieczoną kurę, grzybki w occie, ogórki z beczki i sery rozmaite, jabłka z własnego ogródka, placki kartoflane, jajecznicę, zimne mięsa, sałatkę, pączka, bułkę z masłem, jajka po wiedeńsku.

Się nie je: sandacza pod beszamelem, śledzia po japońsku, rolmopsów, indyka w maladze, czerwonego kawioru astrachańskiego (bo nie ma).

Się pali: papierosy Triumf, gitany, “Magyara”.

Się pije: herbatę z termosu, samogon, starowin, wódkę, burgund, gdański gold-wasser, sok grapefruitowy, koniak, zbożową kawę, wodę borżomi (najlepszą na kaca), kawę z mlekiem.

Się leży: na rekamierce.

Inne z tej serii.

#114

Napisane przez Zuzanka w dniu Friday September 4, 2026

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: klub-srebrnego-klucza, kryminal, panowie, prl - Skomentuj


Richard Hey - Fabrykant aniołków i spółka

Anarchiści bronią opuszczonej zabytkowej willi nad Wannsee[1] przed zniszczeniem przez nieuczciwego dewelopera[2], podczas siłowej ewakuacji w piwnicy zostają znalezione zwłoki młodej dziewczyny. Jak się okazuje, umarła z powodu krwotoku po niefachowo wykonanej aborcji. Komisarz Katarzyna Ledermacher wprawdzie właśnie jedzie na wakacje, ale już po tygodniu nie może wytrzymać i wraca, żeby dowiedzieć się, że sprawa dotyka ją osobiście - jej konkubent, znany z lewackich sympatii oraz 17-letnia córka wspierają okupujących budynki, bynajmniej nie postrzegając ich jako terrorystów, a sprawiedliwość społeczną - stają się podejrzani w sprawie, a mieszkanie, w którym we troje mieszkają, “przeszukane”. Te dwa wątki - wywłaszczania mieszkańców i niszczenia zabytkowych budynków, żeby na ich miejscu postawić hotele bądź apartamentowce i zyskać na ulgach podatkowych oraz podziemie aborcyjne przeplatają się aż do finału.

Kiedyś podobała mi się warstwa obyczajowa - wyluzowana matka-policjantka, która pozwala nieletniej córce wynieść się do pustej kawalerki, gdzie bez nadzoru może przejść inicjację seksualną. I Berlin Zachodni, od dziecka miałam dużo sympatii do Berlina.

Się choruje: na grypę jelitową.

Się je: keksy (w samolocie), grzanki z marmoladą agrestową lub salami (śniadanie w łóżku), rogaliki z masłem, sałatę, lasagne al forno, zupę jarzynową z mięsem (w domu), kanapki z szynką, kurczaka.

Się pali: również w samolocie, cigarillo, fajkę.

Się pije: słabą herbatę, herbatkę miętową, wino na szklanki, koniak caliente, czystą wódkę (do obiadu), kawę, hiszpańskie wino o oplatanej butelce, potrójną “Bloody Mary” (znajoma striptizerka na śniadanie), wodę mineralną, sok pomarańczowy, neskę, mleko, sok owocowy.

Się napada na bank: banda z Domu Starców. Rześcy staruszkowie, zamaskowani i występujący pod nazwą OPS, Organizacji dla Polepszenia Samopoczucia, napadli na kilka banków i spokojnie usadowili się ze zdobytymi pieniędzmi na Majorce. Korzystając z dobrej opieki prawnej do dziś żyli sobie beztrosko w pięknych, komfortowych willach nad morzem.

Się nie zamawia: rozbierającego się starszego służącego w hotelu w celach rozrywkowych.

Się kupuje na ryneczku: trzy funty śliwek za jedną markę, kwiaty, obrazy z nagimi kobietami z rozkraczonymi nogami i szczegółowo przedstawionymi detalami (jego obrazy szły jak świeże bułeczki (sic!)).

Się jeździ: Orient-Expressem, „czosnkowym” metrem, łączącym turecką dzielnicę w Kreuzbergu ze śródmieściem.

Się przesłuchuje drag queen (który z pasją przebiera się za Katarzynę):

- Ach, te świnie, co go zamordowały. Cudzoziemcy! Przeklęte pedały!
- Pedałowaci cudzoziemcy?
- Ach - rzekł Phelz zmieszany. - To tylko takie wyzwisko, wie pani. Jak się to mówi. Ostatecznie co jest w naszym społeczeństwie gorszego od pedałów i cudzoziemców. Odkąd nie mamy już do dyspozycji Żydów. Prawda? W rzeczywistości ci dwaj nie byli ani pedałami, na to mam ostatecznie oko, ani cudzoziemcami, to się przecież też widzi.

Inne z tej serii.

[1] Ha, wiem, gdzie to! Oczywiście kiedy pierwszy raz czytałam ten kryminał w końcówce lat 80., wszystko opisane było jak inny świat, również wyjazd Katarzyny na wakacje na Lanzarote.

[2] Jak widać, niektóre choroby transformacji były już wcześniej w RFN, nie musieliśmy wyważać otwartych drzwi w latach 90.

#113

Napisane przez Zuzanka w dniu Wednesday September 2, 2026

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2026, kryminal, panowie, z-jamnikiem - Skomentuj


Marta Kisiel - Zawsze coś

Końcówka grudnia, kilka dni przed Wigilią. Tereskę Trawną wraz z synem wywiało do rodzinnej miejscowości jej ojca, której nie odwiedzała od wielu lat, co niespecjalnie dziwi, pamiętając o babci Briżit i rozwodzie. W teorii mieli przyjechać na 90. urodziny pra(pra)babci Przybysławy, ale na miejscu niespodziewanie okazało się, że trafili na pogrzeb. I wściekłą babcię Wandę. Poza spisem postaci na początku, dość nieużytecznym w audiobooku, Tereska wyjaśnia Maciejce dokładnie, kto jest kim, w którym pokoleniu i dlaczego jego dwie kuzynki mają na imię Ola. Oraz dlaczego dom jest tak cholernie skomplikowany architektonicznie. Nie zdąża wyjaśnić, czemu atmosfera nie jest najlepsza, bo tuż po udanej próbie wejścia do domu przez okno skręca boleśnie kostkę na kocie o dźwięcznym imieniu Bigos. Zabandażowana kostka unieruchamia bohaterkę, bo nie wróci do domu samochodem, a Andrzej został w domu z powodu infekcji pęcherza, więc jest słabo mobilny. I wtedy zaczyna się ciąg dziwnych wydarzeń - w domu pojawia się nieznajomy mężczyzna, przedstawiający się jako notariusz, ale ponieważ nie ma kworum, wychodzi, po czym następnego dnia zostają znalezione jego zwłoki. Kolejny notariusz, już bardziej znajomy, dawny absztyfikant jednej z ciotek, informuje wszystkich o dziwnym testamencie pradziadka, który zmarł jeszcze w latach 60. Do tego w domu zaczynają się dziać dziwne wypadki; czy to wystarczy Teresce i Maciejce do zaangażowania się w śledztwo? Oczywiście.

Klimatycznie, choć na szczęście nie humorem, intryga przypomina nieco te wczesne, udane książki Chmielewskiej. Jest mocno skomplikowana, toksyczna rodzina z nielicznymi sensownymi jednostkami, dużo historycznych waśni i trudna historia powojenna, która dopiero współcześnie wychodzi na jaw. Oczywiście nie raz cierpła mi skóra i świerzbiły ręce, bo babcia Wanda nie jest najsympatyczniejszą osobą, a o mężu ciotki Agniesi, dwojga imion Janie Jakubie, nawet nie wspomnę. Oczywiście można byłoby całą fabułę rozwiązać szybciej, a pra(pra)babcia Przybysława nie musiała wcale chować testamentu w bezpiecznym miejscu, ale nie byłoby wtedy rozmowy z jodłą i kalesonów dla Maciejki.

Inne tej autorki.

#111/#19

Napisane przez Zuzanka w dniu Sunday August 30, 2026

Link permanentny - Kategorie: Słucham (literatury), Czytam - Tagi: 2026, kryminal, panie - Skomentuj