Więcej o
beletrystyka
Hermańce są dziwne. Niby współczesne, a schowane gdzieś daleko za rzeczywistością. Męski świat kursuje między barem "Malczik", kliniką odwykowo-psychiatryczną mizoginistycznego doktora Rocha, kościołem a Doliną Majtek, gdzie na miękkim mchu i trawie obraca się panny lokalne i turystki. Świat kobiet, a zwłaszcza Komitetu Wdów, bo tych jest we wsi najwięcej, kręci się wokół kościoła (zwłaszcza na pogrzebach). Panowie piją i zdradzają, a kobiety - te starsze - narzekają, a młodsze skrobią pozyskane w Dolinie Majtek niechciane ciąże i czekają na ślub, mimo że perspektywa jest taka sobie. M. Złotowski dobrze rokuje i uważa, że zostanie pisarzem, jak mieszkający kiedyś w Hermańcach poeta - Bruno Żubr. Pisze do nieżyjącego Żubra listy - o swojej udawanej terapii u doktora Rocha, o morderstwie upośledzonej Ilonki Szczęście, o tym, że ojciec zostawił matkę dla pani Gizeli, o swojej ciągle powstającej powieści (cały czas w głowie, nie na papierze), o piciu w "Malcziku" i powoli do niego dociera, że niekoniecznie całkiem panuje nad swoim życiem.
Niespecjalnie lubię świat bohaterów Kosmowskiej, lubię natomiast, jak sukcesywnie odziera każdego z nich z iluzji i konfrontuje wyobrażenie z prawdą. Nie ma sielanki i lukru, każdy ma coś pozamiatane pod dywan. Trochę śmiesznie, trochę strasznie, ale w dobrych proporcjach.
Inne książki tej autorki tu.
#59
Napisane przez Zuzanka w dniu Sunday September 4, 2011
Link permanentny -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
2011, beletrystyka, panie
- Skomentuj
Pan Zenek jest starszym panem (wrodzona złośliwość każe mi dodać, że pewnie po czterdziestce), kierownikiem sklepu warzywnego, który znad cebuli, brukselki, wśród oparów nadpsutej kiszonej kapusty[1] marzy o przeżyciu wielkiej miłości. O poznaniu czułej, cierpliwej, eleganckiej i dystyngowanej pięknej pani, z którą mógłby się wzajemnie zabawiać inteligentną konwersacją, która by przygotowywała mu śniadania i prasowała koszule. Niestety, pan Zenek - poza nieporywającą powierzchownością (chociaż oczywiście uważa, że nie jest taki ostatni) - ma też pecha. Jak już nawiąże z jakąś panią nić porozumienia, to albo drą mu się spodnie, albo pani wypadają stare ineksprymable wspierające konstrukcję fryzury, albo przychodzi dostawa towaru czy inne nieszczęście. I tak przez kilkadziesiąt rozdziałów. Potem nagle w samotnym życiu pana Zenka pojawia się pewna sierota oraz krzywonosy przyjaciel, portier Franio.
Fantastyczny jest rozdział XIX, w którym pan Zenek zostaje rozpoznany przez urocze urzędniczki i nad schabowym dowiaduje się, że czytały o nim w książce opisującej jego miłosne niepokoje. Reszta książki nie jest aż tak postmodernistyczna, ale przypomina swoim abstrakcyjno-absurdalnym klimatem te mniej brutalne historie Topora. Lubię ten ciemny i duszny klimat małego sklepiku, gdzie ludzie kłócą się o przywiędłego kalafiora, a towar pakuje się do siatek klientów, bo znowu nie ma papieru. W tle przewija się świat PRL-owskiego handlu, trudności z zaopatrzeniem, mityczną Centralą, dowozem warzyw drugiej świeżości, dyrektorami i sekretarkami.
[1] Którą to kapustę płuczą podwładne, panna Władzia i panna Jadzia, bo wypłukana przestaje śmierdzieć i klient uspołeczniony chętniej kupi.
Inne tej autorki:
#57
Napisane przez Zuzanka w dniu Thursday August 25, 2011
Link permanentny -
Tagi:
panowie, 2011, beletrystyka -
Kategoria:
Czytam
- Skomentuj
Kate Reddy jest maklerką, na pełen etat obraca akcjami w jednej z londyńskich firm, zarabia, traci, podejmuje szybkie decyzje, trzyma w ręku pół giełdy, lata po całym świecie w delegacje, a w międzyczasie usiłuje być matką dwójki maluchów i żoną dość niezorganizowanego męża - architekta-hobbysty. I poza maniakalnym robieniem list i rezygnacją z własnych potrzeb naczelnym spiritus movens Kate jest wszechogarniające poczucie winy. Że nie jest w pracy tak wydajna, jak powinna być, a mimo to praca zajmuje jej 90% czasu, bo nie potrafi odmawiać i nie jest w stanie być matką idealną, która piecze babeczki (więc zamiast tego kupuje gotowe i lukruje niezdarnie, żeby wyglądały na domowe), spędza quality time z dziećmi i uczestniczy w ich rozwoju, a żeby okoliczna "mamafia" postrzegała ją jako osobę wartościową, ucieka się do sztuczek i kłamstw (czasy aspirującej pani Bukietowej już dawno minęły). Niespecjalnie polubiłam Kate-karierowiczkę, nie zrozumiałam sensu maskarady Kate-matki idealnej i nakręcania całej spirali fikcji, natomiast doskonale poczułam Kate-osobę, z aspiracjami, chęcią wyspania się we własnym łóżku, Kate-żonę, która usiłuje poukładać sobie życie z mężem.
Kawałki korporacyjne ambiwalentnie - bo z jednej strony obśmiałam się jak norka, czytając o Deklaracji Posłannictwa (1. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego! 2. Wzajemne zaufanie! 3. Maksymalizacja wyników! 4. Klient nasz pan! 5. Skazani na sukces!), z drugiej gorzkawo, bo sama prawda - nie da się być mamą i pracownikiem miesiąca, z trzeciej - akcja ośmieszająca szowinistycznego chama, który emituje erotyczne fotomontaże zdjęć atrakcyjnej koleżanki z pracy, zupełnie z powietrza.
Natomiast całościowo książka mnie miło zaskoczyła. Owszem, jest przewidywalna, owszem, zakończenie typowo pozytywistyczne ku pokrzepieniu serc, owszem, wisi parę strzelb, które nie strzelają, ale jest ciut głębsza i bardziej refleksyjna niż można się po chic-lit spodziewać.
Tłumaczenie słabe, panie Manicki. Panie miewają bieliznę od Agent Provocateur, a nie od Agentki Prowokatorki. Dużo zdań, które zaczynają brzmieć dopiero po tym, jak wymyślę, co było w oryginale.
#53
Napisane przez Zuzanka w dniu Tuesday July 19, 2011
Link permanentny -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
2011, beletrystyka, panie
- Komentarzy: 3
Jak wcześniej u Austera mi się nie zdarzało, polubiłam bohatera od pierwszej strony. Za szczerość, lekkość, poczucie humoru, uczciwość i takie miłe wrażenie, że polubilibyśmy się, gdybyśmy się spotykali. Nathan Glass jest rozwiedzionym 60-latkiem, z rakiem płuc w remisji, emerytowanym agentem ubezpieczeniowym. Z żoną nie utrzymuje, córka się na niego obraziła, przeprowadza się więc na Brooklyn, bo tam spokojnie i spisuje śmieszne historie, które zdarzyły się i mu, i jego znajomym podczas całego życia. I nagle wpada na swojego bratanka, Toma Wooda, którego kiedyś bardzo lubił, ale urwał mu się z nim kontakt. I nagle przestaje być samotny, bo wpada w sam środek historii, która połączy kilka par, zjednoczy rodzinę, doprowadzi do jednej śmierci i sprowadzi do życia Nathana kilka barwnych osób.
Jest trochę właściwego dla Austera erudycyjnego przegadania. Tom jest niedoszłym doktorem literatury amerykańskiej, piszącym o stworzeniu współczesnej utopii - hotelu Egzystencja, w którym spełniają się marzenia. O tym sobie rozmawiają z Nathanem i antykwariuszem Harrym, po czym trafiają do pensjonatu prowadzonego w Vermont przez niejakiego pana Chowdera i odkrywają, że utopia istnieje. Brakuje mi trochę wiedzy o amerykańskich autorach, żeby docenić to, o czym rozmawiają, ale Auster umiał to podać tak, że ładnie się w dość lekką powieść o życiu wkomponowało.
Fantastyczny Brooklyn, miejsce, o którym marzę. Miejsce, w którym można - jak na wakacjach - poznawać codziennie inny zakątek, znaleźć sobie przytulne restauracyjki, antykwariaty i skwerki i patrzeć na ludzi. Leniwie, niespiesznie, aż do wyrobienia sobie w życiu codziennego rytmu. To kiedy ta emerytura i dlaczego tak późno?
Inne tego autora:
#47
Napisane przez Zuzanka w dniu Wednesday June 29, 2011
Link permanentny -
Tagi:
2011, panowie, beletrystyka -
Kategoria:
Czytam
- Komentarzy: 3
Cameron jest dziennikarzem i śledzi sprawę tajemniczych morderstw ludzi na stanowiskach, dostając telefoniczne informacje od zamaskowanego elektroniką informatora. W międzyczasie pije, łyka szeroki zestaw substancji rozweselająco-uspokajających, gra w gry strategiczne i sypia z żoną przyjaciela. W pewnym momencie zostaje aresztowany, bo policja podejrzewa go o dokonywanie brutalnych i bestialskich mordów na osobach, które występowały w jednym z jego demaskatorskich artykułów. Cameron nie ma alibi, ba - czasem nawet bywał w miejscach morderstw, kontaktując się ze swoim informatorem. Przez mieszaną narrację - w pierwszej i drugiej osobie - czytelnik też nie wie, czy nie jest przez zapijaczonego i chutliwego Camerona wpuszczany w maliny.
Mainstreamowy Banks zachęcił mnie świetną i wciągającą "Ulicą Czarnych Ptaków", ale potem to równia pochyła. "Fabryka Os" była paskudna, brutalna i zbędna, a "Uwikłanie" - mimo wciągającej intrygi - powiela brutalność i niepotrzebną dosłowność "Fabryki". Za dużo wulgarnego i perwersyjnego pożycia intymnego, szczegółowe opisy tortur i morderstw, błoto chlupiące w przemoczonych butach, tryskająca krew i niepotrzebna przemoc. Treść sprawia, że książka jest czytalna, forma - mieszanie narracji i wchodzenie w brutalny detal - że niekoniecznie warto czytać.
#43
Napisane przez Zuzanka w dniu Friday June 17, 2011
Link permanentny -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
2011, beletrystyka, panowie
- Skomentuj
Na okładce porównywana z miłosno-muzycznymi "Przebojami i podbojami" Hornby'ego, dla mnie to jednak klimat gęstej i pełnej życia, amerykańskiej powieści w stylu Couplanda. Pete grał w jednym z zespołów grunge'owych, nagrali płytę i zespół się rozwiązał, bo celem było nagranie płyty i wyrywanie panienek. Żeby zrobić coś ze swoim życiem, został prokuratorem, ale nie zmienił wiele z czasów, kiedy żył muzyką. Alkohol, narkotyki, co wieczór impreza, czasem kolejna panna do poobracania (a że był gładki, to nie przychodziło mu to z trudnością), a rano kac. Wizyta u żonatej siostry i smutne spojrzenie matki po raz kolejny dało mu do myślenia, że 37 lat to czas na to, żeby znaleźć sobie miejsce w życiu. Pete układa w głowie katalog kobiet, z którymi się przespał i dociera do niego, że cały czas kocha Beth, striptizerkę, z którą kilkanaście lat temu spędził dwa miesiące w motelu, pijąc i pisząc muzykę. I chociaż poznaje niesamowitą Esme, dalej fantazjuje o Beth, sypia z przypadkowo poznanymi kelnerkami i eks-fankami, jednocześnie oskarżając o gwałt współczesnego złotego chłopca sceny muzycznej, który był tak pijany, że niespecjalnie pamięta, co się działo. I coś się zmienia.
To książka o późnym dojrzewaniu w kolebce grunge'u, Seattle. O tym, że muzyka wchodzi pod skórę i gra w głowie w każdym momencie życia. Tym bardziej mnie ujęło, że to moja muzyka. Odpowiadając na najważniejsze pytanie zadane w tej książce, to jednak Pearl Jam, a nie Nirvana.
#42
Napisane przez Zuzanka w dniu Thursday June 16, 2011
Link permanentny -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
2011, beletrystyka, panowie
- Skomentuj