Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

O tym, że jest ciepło, choć niby zimno (4/4)

[04.05.2018]

Jest po 15:30 (tak, patrząc na różnicę między datami wtedy i dziś, minęło mnóstwo "po 15:30"), więc obiecana bułka ze śledziem. Zwykle bywało kilka rodzajów, ale po zadaniu standardowego pytania "Welche ist besser?[1]" wybierałam opcję bardziej kwaśną (pikle, cebulka, sałata, ogórek).

Ogród botaniczny (Usedoms Botanischer Garten Mellenthin), chociaż na pierwszy rzut oka wyglądał jak działeczka przyklejona do pobliskiej restauracji, okazał się ogromną przestrzenią, podzieloną na 14 ogrodów tematycznych. Początek ciepłego maja oznaczał kwitnące tulipany, rododendrony, drzewka owocowe i inne drobne kolorowe kwiatki. Miłe miejsce na spokojny spacer, tak na okrągłą godzinę, zwłaszcza że co jakiś czas dostępna jest ławeczka czy altanka. Wzbudziłam dziką radość dziecka, kiedy spróbowałam dotknąć wygrzewającego się i nieruchliwego zaskrońca, który nagle okazał się nadzwyczaj ruchliwy, powodując moje podskoki i krzyki (“mamo, a pokaż jeszcze raz, jak się przestraszasz”). Przed wejściem do ogrodu stoi klatka z puchatymi królikami i kurami.

Tuż obok ogrodu botanicznego znajduje się zdecydowanie jedno z ciekawszych miejsc w okolicy - otoczony fosą XVI-wieczny zamek (Wasserschloss Mellenthin). Żeby wjechać do środka, należy przejść przez rogatkę, gdzie uiszcza się opłatę 1 euro od wchodzącego; co jest miłe, koszt wejścia można odliczyć sobie od kawiarnianego rachunku. W zamku mieści się hotel, więc zwiedzanie jest ograniczone, można natomiast zjeść coś w zamkowej restauracji[2] i pokręcić się po ogrodzie na wyspie dookoła zamku. Hitem ogrodu okazała się samobieżna kosiarka Husqvarna, za którą Maj podążał, bo byliśmy ciekawi, czy nie zgrzmoci się do fosy. Nie zgrzmociła się, ale w pewnym momencie po podjechaniu do brzegu zaczęła błyskać kontrolkami i zawodzić rozpaczliwie. TŻ przestawił ją jak niezgrabnego żółwia przodem do ogrodu, ale nie pomogło. Polska przeprasza za nienaprawienie kosiarki.

Mikrokościół na wzgórzu obok zamku, otwierany do zwiedzania, jak ktoś akurat jest

Zoo w Bansin (Tropenzoo Bansin) reklamowane jest jako najmniejszy ogród zoologiczny Niemiec i hm, jakby to powiedzieć, użycie określenia “zoo” jest sporym nadużyciem. W zasadzie to średniej wielkości podwórko, na którym stoi kilkanaście niewielkich klatek, zaś w środku budynku jest kilkanaście terrariów. O pomstę do nieba wołają “polskie” opisy pod niemieckimi i łacińskimi, ewidentnie zarobił tu tłumacz automatyczny, który nie zrobił dobrej roboty. Kilka sympatycznych małpek, papuga udająca telefon i gady w akwariach, ale to wszystko; jeśli ma być to cel podróży, a nie krótki przystanek podczas spaceru - nie warto. Zdecydowanie większą przyjemność miałam z kanapki ze śledziem i plaży w Bansin, gdzie tak samo ładnie jak we wszystkich nadmorskich miasteczkach (zdecydowanie nagroda należy się pomysłodawcy postawienia tablic z nazwą miejscowości na końcu mola, bo przynajmniej wiadomo, która to plaża).

GALERIA ZDJĘĆ.

Adresy:

[1] Uczyłam się niemieckiego równe 6 lat, ale ponad 20 lat temu, więc jak się rozkręcę, to nawet wygłaszam zrozumiałe dla rozmówcy zdania i często rozumiem odpowiedź, chyba że nie, a wtedy przechodzę na angielski.

[2] Gotówka i karta EC, zupełnie nie dziwi w przypadku Niemiec.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa lipca 4, 2018

Link permanentny - Tagi: mellenthin, bansin, uznam, niemcy, ahlbeck - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Skomentuj

« O tym, że Bad w nazwach jest nie bez przyczyny (3/4) - Tabula rasa »

Skomentuj