Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Więcej o panie

Edith Nesbit - Ród Ardenów

Edred i Elfryda są sierotami, wychowuje je ciotka, los matki nie jest wspomniany (niech zgadnę, zmarła przy porodzie), ojciec i narzeczony ciotki wyjechali w poszukiwaniu skarbów i zaginęli, prawdopodobnie nie żyją. Ciotka wynajmuje pokoje w pensjonacie, czego wszyscy serdecznie nienawidzą, ale z czegoś trzeba żyć. Wtem okazuje się, że Edred jest ostatnim dziedzicem rodu Ardenów i dziedziczy zaniedbany zamek z białym kretem w herbie. Jak to u Nesbit, kret jest magiczny i pozwala dzieciom - oczywiście jeśli nie będą się kłócić – na podróże w czasie. Rodzeństwo przenosi się w coraz bardziej odległą przeszłość w poszukiwaniu legendarnego skarbu Ardenów, który pozwoli im odkupić rodowe ziemie od nowobogackiego Króla Łoju (sic!), odremontować zamek oraz naprawić dachy w chatach przynależnego do zamku chłopstwa. To taka nienachalna lekcja historii, bo jest i o spisku prochowym, i o pięknej Anne Boleyn, która nie spodziewa się zupełnie, że straci głowę czy o katastrofalnych skutkach rewolucji przemysłowej i pławieniu czarownic (spokojnie, w dnie stawu są sekretne drzwi, one nie tonęły, uhm). Finał jest nieco zaskakujący, acz bardzo pouczający, bo zamiast skarbu dzieci odzyskują ojca, a ciotka narzeczonego.

Mam na półce uwielbiane w dzieciństwie “Czarodziejskie miasto” i “Zaczarowany zamek” (nie wspominając o cyklu o Piaskoludku), ale boję się trochę do nich wracać, żeby nie okazało się, że są dość toporne fabularnie i zbyt dydaktyczne. “Ród” poza smrodkiem patriarchatu – tylko młodszy Edred jest dziedzicem, starsza Elfryda to kwiatek przy kożuchu – czy kolonializmu – “Żyjemy obecnie w zupełnym bezpieczeństwie i niczego nie musimy się obawiać. Nawet kiedy toczymy wojny, nie dzieje się to w naszym własnym kraju” – jest całkiem fajną książką przygodową, ale nie wciąga aż tak jak inne. Ale też nie jestem już romantyczną 12-latką, szukającą w książkach odtrutki na PRL.

Inne tej autorki.

#40

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek czerwca 11, 2024

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2024, dla-dzieci, panie - Komentarzy: 1


Monika Szwaja - Gosposia prawie do wszystkiego

Maria, ku radości rodziców, rozczarowanych drugą córką, co to zadała się z czarnym Amerykaninem i wyemigrowała do Stanów, wyszła za mąż za atrakcyjnego adwokata. Zamieszkała na prestiżowym osiedlu w Żyrardowie i nie musiała już pracować, bo mąż nie życzył sobie pracowników najemnych w domu, a ktoś musiał te setki metrów kwadratowych ogarniać. I pewnie by ogarniała jeszcze długo, gdyby nie przypadkowe spotkanie ze swoim dawnym promotorem, u którego planowała bronić doktorat z komparatystyki - zachęcił ją do powrotu na uczelnię. Pomysł się Marii podoba, ale nie podoba się mężulkowi, który rzuca nią o meble, jednoznacznie wyjaśniając, jaka jest jej rola. Wstrząśnienie mózgu, jakie jej funduje, tłumaczy sąsiadowi-lekarzowi faktem, że Maria jest alkoholiczką i sama się tak załatwiła, taki wstyd. Problem w tym, że z wyników badań to nijak nie wynika i potulna do tej pory Maria decyduje, że to koniec. Zwiewa od męża, wypłacając sobie “wypłatę” za lata służby, dzięki wsparciu teściowej, która z mężem przemocowcem przemęczyła się 30 lat (niedaleko pada jabłko), trafia do Szczecina do znanej już z poprzednich książek pani Lili i ekipy wesołych staruszków. Żeby uniknąć oczywistej dekonspiry, nie zgłasza się do pracy w edukacji, tylko rozpoczyna pracę w roli ekskluzywnej gospodyni domowej (wszystko oprócz usług erotycznych). Najpierw z polecenia trafia do zamożnego choć plebejskiego domu państwa Pultoków, potem do sympatycznego 80-latka, pana Stefana. W międzyczasie zaprzyjaźnia się z najpierw z rosyjskim bardem Saszą, a potem z jego przyjaciele, Pawłem, co oczywiście oznacza dylematy miłosne. W finale drogi wszystkich - ekipy z karaibskiej wyprawy, Pultoków, Saszy, Pawła i pana Stefana - się ze sobą splatają w pełnym szczęścia happy-endzie.

Tak jak już pisałam kiedyś, to truskawkowy typ literatury - historia o kobiecie, która naprawia swoje życie z pomocą przyjaciół - ale te truskawki niemyte i piasek zgrzyta. Dobrzy są cudowni - piękni, doskonale się starzeją, szczupli, zadbani, źli - tłuści, niechlujni (nawet bogacze), a nieliczne godne pochwały cechy (erudycja Korka, uroda Roksany) są równoważone rasizmem i - literalnie - prostytucją. Autorka do tego obkłada dość prostą akcję książki mnóstwem “bawiąc-uczyć” - cytuje łacińskie nazwy roślin, opisuje dzieła literatury i kina, wprowadza realne postaci muzyków, których lubi, wyjaśnia, jak powstaje tokaj, opowiada o obronie Lwowa w 1939 roku, cytuje Jurandota i Lopka (wszyscy wzdychają, bo och, jesteśmy tacy elytarni, nikt poza nami tak nie cytuje), każe Marii tłumaczyć dzieła rosyjskich pisarzy, opisując szczegółowo proces twórczy, po czym wszyscy płaczą ze wzruszenia; rosyjska kultura o wiele lepsza od polskiej przecież. Szpikuje wypowiedzi bohaterów etosem, jak to rolą kobiety jest czekać, a mężczyzny walczyć i za pomocą pana Stefana pacyfikuje początkowo niechętną mitowi romantycznemu Marię, która milknie przytłoczona argumentami, że TRZEBA. Jednocześnie z erudycją i oczytaniem, pozbawia raptem 32-letnią Marię umiejętności korzystania z Internetu (“no dobrze, jak muszę, to się zaloguję do komputera i sprawdzę”) czy wiedzy o tym, co oznacza ogolona głowa i tatuaż WHITE POWER u 16-latka. Nawet nie tyle że przeczytałam, bo przesłuchałam, żebyście Wy nie musiały, na swoje usprawiedliwienie mam, że potrzebowałam czegoś nie angażującego wzroku podczas obróbki zdjęć.

Audiobook czytany przez Anetę Todorczuk dostarcza dodatkowej uciechy - mamy psy ras retrajwer i jorkszajer oraz sporo innych kwiatków, aczkolwiek dobrze sobie radzi z licznymi wstawkami z łaciny czy rosyjskiego.

Inne tej autorki.

#39

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela czerwca 2, 2024

Link permanentny - Kategorie: Słucham (literatury), Czytam - Tagi: 2024, beletrystyka, panie - Komentarzy: 2


Jesmyn Ward - Linie krwi

Małe miasteczko Bois Sauvage na wybrzeżu zatoki Missisipi, pod Nowym Orleanem. Joshua i Christophe to bliźnięta wychowane przez niewidomą babkę, ich matka wyjechała za lepszym życiem, a ojciec - narkoman zwany Piaskowym - właśnie wrócił po kolejnym nieudanych odwyku. Chłopcy właśnie skończyli szkołę, rozglądają się za pracą; wiadomo, że nie będzie prestiżowa, bo brak perspektyw, ale przynajmniej dołożą do pieniędzy przysyłanych przez matkę na ich wychowanie. Joshua szybko znajduje pracę w dokach, niestety Christophe nie, mimo że zostawił tyle samo podań w tych samych miejscach. Chris decyduje się więc na wejście w świat sprzedaży narkotyków - zaczyna od marihuany, ale kolega kuzyna wkręca go w sprzedaż cracku. Wszystko próbuje robić oczywiście w ukryciu przed rodziną, ale jego brat się szybko orientuje, co się dzieje. Sytuacja się zaognia, kiedy na dłużej przyjeżdża ich matka, a ojciec zaczyna się koło niej kręcić.

Akcja tutaj jest pretekstowa, tak naprawdę to kilka miesięcy z życia ubogiej czarnej rodziny, żyjącej w okolicy, gdzie nie ma innej pracy niż dorywcza lub fizyczna. Proste marzenia - jezdny samochód, dołożenie się “na życie”, lepsze buty, w perspektywie odkładanie z ciężkiej pracy na własny kawałek ziemi, żeby wybudować tam dom “gospodarskim” sposobem (liczna rodzina pomoże) - dałoby się zrealizować, gdyby nie przypadek, a tak naprawdę problem społeczny, który się zamiata pod dywan. Jeśli nie wyjedziesz i nie znajdziesz pracy, która zajmie ci większość życia, pozostaje półswiatek i prosta droga za kratki. To nie jest jednak posępna historia, akcentowana jest rodzina jako źródło siły i wsparcia.

Świetne tłumaczenie - zwykle wyśmiewam się z jakichś ewidentnych kwiatków, tutaj, mimo że po polsku, słychać melodię slangowej angielszczyzny Czarnych z Południa.

Inne tej autorki:

#38

Napisane przez Zuzanka w dniu środa maja 29, 2024

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2024, beletrystyka, panie - Skomentuj


Sigrid Nunez - Pełnia miłości

Narratorka obserwuje swoją dawną przyjaciółkę, u której zostaje zdiagnozowana choroba nowotworowa. Początkowo rokowania są dobre, przyjaciółka poddaje się wyczerpującemu leczeniu, ale gdy okazuje się, że nowotwór dalej się rozwija i szanse drastycznie maleją, prosi narratorkę o pomoc. Ale nie w leczeniu, tylko o towarzystwo, kiedy zdecyduje się odejść na własnych warunkach. Obie panie ustalają zasady - chora nie będzie informować o swojej decyzji, żeby każdy dzień traktować jak potencjalnie ostatni; narratorka dowie się, kiedy zobaczy zamknięte drzwi, co oczywiście prowadzi w pewnym momencie do dramatycznego falstartu, który w innej sytuacji byłby nawet zabawny. Żeby nie trzymać Was w niepewności - książka urywa się, zanim dojdzie do momentu samodzielnej eutanazji, bo też i nie o to konkretne wydarzenie chodzi. Autorka historię traktuje jako kanwę do mnóstwa erudycyjnych dygresji o życiu, śmierci, chorobie i oczekiwaniach co do zachowania się ludzi chorych (“bohaterska walka”), zmianach klimatycznych, starzeniu się, potrzebie kontaktu. Tak jak w poprzednich książkach, czytelniczka może podjąć grę i uwierzyć w prawdziwość opisanych wydarzeń, albo nie. Nie ma to znaczenia.

Inne tej autorki tutaj.

#37

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek maja 28, 2024

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2024, beletrystyka, panie - Skomentuj


Ottessa Moshfegh - Eileen

Lata 60. Małe amerykańskie miasteczko. Eileen ma 24 lata, przerwała studia, żeby opiekować się umierającą matką, w efekcie wylądowała jako sekretarka w poprawczaku dla “trudnych” chłopców i jako opiekunka starzejącego się ojca. I jak do tej pory wygląda, że nie jest to wymarzona egzystencja, tak im głębiej wchodzi się we wspomnienia 70-letniej Eileen, tym bardziej dramatyczna staje się sytuacja. Ojciec dziewczyny, były policjant, jest alkoholikiem i przemocowcem, wspieranym przez byłych kolegów. Córka służy do przywożenia alkoholu i reagowania w sytuacjach, kiedy ojciec jest niebezpieczny. Oboje żyją w skrajnym ubóstwie i brudzie, bo nikt nie sprząta ani nie naprawia niczego. Eileen uważa się za brzydką, więc na wszelkie sposoby karze się, niszcząc i zaniedbując swoje ciało; tak ją ukształtowała równie przemocowa i toksyczna matka. W pracy, która raczej nie jest placówką oświatową, a zwyczajnym brutalnym więzieniem, narratorka raczej odwraca wzrok, skupiając się na symulowaniu pracy. Platonicznie marzy o swoim koledze z pracy i że ucieknie z domu, ale na marzeniach się wszystko kończy. Aż do momentu, kiedy w placówce pojawia się Rebecca, piękna i elegancka, i - ku zdziwieniu Eileen - chce się z nią zaprzyjaźnić. I już wiadomo, że to Rebecca jest katalizatorem zmian w życiu Eileen, chociaż do ostatniej chwili nie da się przewidzieć, jakiego typu będą to zmiany.

Jaka to przerażająca i smutna opowieść. Miasteczko, w którym pod pozornie uładzoną powierzchnią buzuje nienawiść, gdzie “swoi” - w tym przypadku policjanci - są kryci, bez względu na to, co zrobią, tak samo funkcjonariusze więzienia. Eileen kradnie, oszukuje, głodzi się na zmianę z objadaniem i łykaniem środków przeczyszczających, unika mycia, ale to nie broni jej patrzenia na wszystkich innych z pogardą. Stwierdza nawet w pewnym momencie, że większość ludzi w miasteczku, w tym ona sama, mogłaby wylądować w placówce korekcyjnej, gdyby wyszło na jaw, jacy są. Wreszcie zmieniająca życie bohaterki przyjaźń jest równie dziwna i zaburzona, idąca w stronę silnego współuzależnienia, podobnie jak wcześniejsze zauroczenie współpracownikiem, dochodzącego aż do stalkingu. Nie wiem, czy chcecie czytać.

Inne tej autorki.

#33

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek maja 9, 2024

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2024, beletrystyka, panie - Skomentuj