Więcej o
sf-f
Melisande, lingwistka pracująca w Harvardzie, zostaje niespodziewanie zagadnięta przez uprzejmego młodego człowieka o wojskowym sznycie, wyrzuconego z gabinetu przez jej zwierzchnika (niesamowitego platfusa umysłowego, o czym się również czytelnik może przekonać później). Młody człowiek, Tristan, okazuje się pracować dla tajnej wojskowej komórki D.O.D.O. i proponuje intratną i ekstraciekawą pracę - tłumaczenie starych, a czasem i starożytnych dokumentów (oryginałów!), którą jednak nie może się nikomu pochwalić, bo CLASSIFIED. Szybko odkrywa, że wszystkie dokumenty dotyczą w istocie jednego - kiedyś magia istniała, tak jak dźwięk i elektryczność, a kobiety, zwane potem wiedźmami, umiały z niej korzystać; w XIX wieku magia zaczęła słabnąć, aż ostatecznie w 1841 roku zniknęła całkiem za sprawą rozwoju nauki (konkretnie - fotografii). Po szczegółowo opisanym przebiegu naukowego śledztwa okazało się, że wiele lat temu jeden z naukowców próbował opublikować pracę, w której - z niejakim zażenowaniem - sugerował, że da się stworzyć kontrolowane środowisko, w którym klasyczna fizyka nie działa; wyśmiany, prac zaniechał. Emerytowany fizyk, Frank Oda, bo o nim była mowa, został błyskawicznie dokooptowany do ekipy D.O.D.O. (wraz z dystyngowaną małżonką) i niedługo później udało się stworzyć coś w rodzaju pomieszczenia Schroedingera, tworzącego przestrzeń nieoznaczoną, w której powinna działać magia. Brakowało tylko wiedźmy, która byłaby w stanie urządzenie przetestować, ale WTEM do Melisande zgłasza się przez Facebook ekscentryczna staruszka pochodzenia węgierskiego, Erszebet, twierdząc, że spotkała Melisandę ponad 150 lat temu i została poproszona o przedłużenie sobie życia na tyle, żeby mogła dożyć do powrotu magii i przywróciła ją światu (mówiła też wiele innych rzeczy, również niezbyt grzecznych). Jak się łatwo domyślić, magia działa, ale tylko w ograniczeniu do pomieszczenia, co skupia plany wojska na podróżach w czasie (kosztem utraty jednego mniej istotnego generała).
Co chwila wracałam do strony tytułowej, żeby upewnić się, czy jednak Connie Willis się do książki nie dotykała - bo są i podróże w czasie, i wojskowe procedury, niebezpiecznie ocierające się o korpo-poprawność. Oczywiście jest typowa dla Stephensona kreacja świata na wielu stronach (nie bierzcie książki, jeśli nie macie trzech tygodni wolnego, zwłaszcza jeśli - jak ja - po angielsku czytacie wolniej niż po polsku), zbudowana z szeregu zapisów wielu osób: pamiętnika Melisande z 1841 roku, sugerującego już na początku, że Coś Poszło Nie Tak, dziennika Rebeki East-Ody, żony Franka, fragmentów intranetowej komunikacji wewnątrz D.O.D.O, listów XVI-wiecznej irlandzkiej wiedźmy czy wreszcie wielozwrotkowej skandynawskiej sagi, opiewającej czynny wielkiego Magnusa, Który Najechał na Walmart (co, nie ukrywam, było całkowicie nieczytalnym kawałkiem). Mimo sporych gabarytów książka zaprawiona ogromną dozą sytuacyjnego i dialogowego humoru zdecydowanie nie nuży (poza tym, dude, wojsko + wiedźmy, czego tu nie lubić?).
Jak to w książkach o podróżach w czasie, można oczywiście się zacząć czepiać (braku) logiki niektórych posunięć, aczkolwiek teoria wielu równoległych linii czasu (różne przeszłości wpływające na jedno dziś z możliwą do rozgałęzienia przyszłością), po których wiedźmy są w stanie nawigować, pozwala na wiele (łącznie z plastycznym zmienianiem dzisiejszego świata z minuty na minutę, tak że człowiek uważa właśnie zmienioną przeszłość za oczywistą). Ja się nie będę czepiać, chociaż były chwile, że chciałam trącić bohaterów z delikatną sugestią, że właśnie po raz kolejny ignorują najprostsze rozwiązanie.
Inne tego autora tutaj.
#3
Napisane przez Zuzanka w dniu środa stycznia 17, 2018
Link permanentny -
Tagi:
panowie, sf-f, 2018, panie -
Kategoria:
Czytam
- Skomentuj
Hailsham, szkoła z internatem dla młodzieży na angielskiej prowincji, w czasach przedinternetowych. Miłostki, konflikty, mniej lubiani nauczyciele i ci bardziej. Narratorka dorasta, zaczynają ją dziwić na pozór oczywiste do tej pory sprawy - czemu nikt nie wyjeżdża na święta i wakacje do domu, czemu nikt nie ma domu poza internatem; kim jest tajemnicza Madame zbierająca najładniejsze rysunki, wiersze i rzeźby; czemu nauczyciele czasem zachowują się dziwnie, tak jakby im było dzieci żal. W perspektywy dorosłej narratorki, Kathy, opiekunki Dawców, wiadomo już, że nie są to zwykłe dzieci, tylko klony (czyje? nie wiadomo), przygotowane specjalnie po to, żeby oddawać swoje organy (komu - autor nie precyzuje). Skupia się na podobnym podejściu do wydarzeń jak w "Okruchach dnia" - poczuciu sensu życia. Kathy jest dumna w zasadzie ze wszystkiego - z elitarnej (a jak się potem okazuje, eksperymentalnej) szkoły, swoich umiejętności jako opiekunki, sposobu, w jaki rozwiązuje problemy, aż wreszcie z perspektywy zostania Dawcą, jak pozostali wychowankowie Hailsham.
Dziwna to książka i taka... niedokończona. Osią akcji jest retrospektywna (więc wiadomo, jaki był skutek) opowieść o próbie podjętej przez Kathy i jej ukochanego, którzy próbują "złamać" system i wyjść z przypisanych im ról; uważają, że ujawnienie prawdziwości łączącego ich uczucia pozwoli na bycie "normalnymi", jak inni ludzie. Niewiele poza tym jest ujawnione - co to za system i co ma przynieść, jak wyglądał los klonów poza elitarnym Hailsham (poza tym, że był o wiele mniej komfortowy).
Rozbawiła mnie przeczytana gdzieś wypowiedź Ishiguro, który odżegnuje się od pisania science-fiction. Otóż jednak to jest science-fiction, nie mam wątpliwości.
Świetna recenzja ^dees tutaj.
Inne tego autora.
#76
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek grudnia 12, 2017
Link permanentny -
Tagi:
2017, panowie, sf-f -
Kategoria:
Czytam
- Skomentuj
Prawie dokładnie po roku od przeczytania wersji oryginalnej z dużą przyjemnością (i o wiele szybciej) przeszłam przez polskie tłumaczenie. Fabułę można sobie przypomnieć w poprzedniej notce; to, na co chyba mniej zwróciłam uwagę poprzednio, teraz jednak zakłuło mnie dość mocno (jak już nie przerzucałam gorączkowo stron, żeby zobaczyć, jak autorka rozwiąże kolejną katastrofę). Briddey, główna bohaterka, nie robi przez całą książkę NIC. Teoretycznie jest menedżerką w korporacji, ale jej praca polega na umawianiu się przez sekretarkę na spotkania, które odkłada albo są odkładane, rozmowach na korytarzu, dostarczaniu swojemu narzeczonemu (z którym teoretycznie nie jest w zależności służbowej, ale posłusznie go wyręcza w pracy) materiału na jego kolejne spotkania z zarządem (pozyskiwanego od ofiarnego C.B., który - chyba jako jedyny w tej firmie - uczciwie pracuje i wymyśla cokolwiek) i uciekaniu przed współpracownikami, którzy czegoś od niej chcą. Teoretycznie gdzieś tam jest wspomniane, że robi jakieś raporty, ale z czego i po co (skoro nic nie robi) - nie wiadomo. Gorzej, że nie robi też kompletnie nic poza pracą, jedynie miota się między swoją nadczynną rodziną a problemami osobistymi (które się z bezwolności i nicnierobienia wzięły). Gryzie mnie, że jej dystynktywną cechą są rude włosy, nie inteligencja, humor, wiedza, miły charakter, umiejętności. Autorko, w żadnej innej książce nie było tak płaskiej bohaterki! 9-letnia Maeve, kuzynka Briddey, jest zdecydowanie ciekawsza (chociaż to nie w niej zakochuje się inteligentny nerd).
Ale sceny w bibliotece - nieustająco fantastyczne.
Inne tej autorki tutaj.
#61
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek października 6, 2017
Link permanentny -
Tagi:
2017, panie, sf-f -
Kategoria:
Czytam
- Skomentuj
Moi mili, podobno leci w stronę Ziemi kometa i dziś (23/09/2017) w nas trafi, przez co przez najbliższe (i tu się doniesienia różnią) 7 dni lub 7 lat będziemy stopniowo ginąć w męczarniach. NASA nie potwierdza, ale Roswell też nie potwierdzali, przypadek? I czy przypadkiem jest, że tak się zaczyna książką, którą właśnie przeczytałam? Nie przypuszczam.
Wszystko zaczęło się od tego, że z niewiadomych przyczyn księżyc rozpękł się na 7 kawałków. Jednak zamiast badać przyczyny (jak to możliwe, że nikt nic nie zauważył?), ludzkość skupiła się na konsekwencjach - odłamki księżyca zaczęły wpadać na siebie, rozbijając się na coraz mniejsze, w efekcie nad Ziemią pojawił się Kamienny Deszcz, oznaczający, że w pewnym momencie liczba bolidów spadających przez atmosferę spowoduje jej podpalenie i spopielenie powierzchni globu. Ludzkość ma jakieś 2 lata (w przeciwieństwie do braku informacji o przyczynach katastrofy, skutki są już mierzone z doskonałą precyzją), żeby to ogarnąć. I ogarnia[1], przygotowując plan pozwalający na wyniesienie na orbitę do istniejącej już stacji kosmicznej, kolejnych modułów, które - tworząc elastyczną i rozbudowywalną kolonię - pozwolą na przechowanie genów i informacji przez kilka tysięcy lat, zanim Ziemia nada się do ponownego zasiedlenia. 35% książki zajmują przygotowania, kiedy powierzchnia globu staje w płomieniach, oczywiście nic nie jest skończone, ale kilka tysięcy ludzi na orbicie daje nadzieję. Niestety, przez najbliższe kilka lat nieprzyjazne środowisko kosmosu i przewrotna ludzka natura nie próżnują i z kilku tysięcy ocaleńców zostaje osiem kobiet, jedna po menopauzie, pozostałe siedem płodnych; -SPOILER ALERT- to tytułowe 7 Ew, które (oczywiście za pomocą partenogenezy) dają źródło nowej ludzkości, a w zasadzie zmodyfikowanym genetycznie 7 głównym rasom. Ostatnie 20% opowieści dzieje się po powrocie ludzkości (podzielonej nie tylko na rasy, ale i na dwa stronnictwa - Niebieskich i Czerwonych) na odrestaurowaną Ziemię, gdzie odkrywają coś niespodziewanego.
To bardzo gruba i długa książka (papierowa wersja polska ma prawie 900 stron), wypełniona z jednej strony mnóstwem dobrze sprawdzonych technikaliów i fizykaliów, z drugiej podobną dawką polityki i obserwacji ludzkiej natury ze szczególnym uwzględnieniem inżynierów, bo to oni summa summarum uratują ludzkość. Zwłaszcza pierwsza część robi wrażenie dość surowej, bardziej konspektu powieści (takiego na kilkaset stron, więc może autor oszczędził czytelnikowi kolejnych kilkuset, nie rozbudowując pewnych wątków, za co chyba trzeba mu podziękować). Zmęczyłam się bardzo, czytając, mimo że - jak to u Stephensona - wciąga i angażuje.
[1] Oczywiście, to bardzo wyidealizowana ludzkość, która w perspektywie wyginięcia za 2 lata, składa swoje życie dla innych, pracując wydajnie do samego końca, zamiast pogrążyć się w rozpuście, używkach, morderstwach i depresji. Rządy dalej rządzą, oczywiście najważniejsze dalej jest USA, wprawdzie nie ma giełdy[2], ale przemysł pracuje pełną parą na rzecz ekspansji kosmosu, bez szkody dla życia codziennego, żadnych kryzysów, stanów wojennych, jedno małe strategiczne odpalenie głowic atomowych na krnąbrną Wenezuelę. Ba, dzieci chodzą chętnie do szkoły, a policja nie jest specjalnie przepracowana, bo liczba przestępstw zostaje bez zmian. Może jest tak,
jak stwierdziła Dees - że tak jak przy długotrwałym dramacie na małą skalę (śmiertelnej chorobie) świat toczy się dalej, bo liczymy na cud, na wszelki tylko wypadek produkując kilka miliardów eutanazyjnych pigułek?
[2] Co nie ma kompletnie znaczenia dla świata, podaję pod rozwagę.
Inne tego autora tutaj.
#57
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota września 23, 2017
Link permanentny -
Tagi:
panowie, sf-f, 2017 -
Kategoria:
Czytam
- Skomentuj
Ustalmy sobie na wejściu, że oryginalny serial Twin Peaks był w TOP3 moich ulubionych seriali i nie zepsuło tego łopatologiczne i miejscami niespójne "Fire Walk with Me". Niestety, udało się to 25 lat później, bo nawet na fali nostalgii i ogromnej sympatii nie mogę powiedzieć, że to dobry serial.
25 lat po wydarzeniach z serialu i filmu, zupełnie bez powodu (chyba że powodem jest zapowiedziane przez Laurę Palmer w Czarnej Chacie spotkanie po 25 latach), pojawia się dwóch agentów Copperów. Jeden to długowłosy, wiecznie niedomyty bandyta, który - jak się można domyślać z didaskaliów[1] - przez ostatnie 25 lat nie próżnował, tylko grabił, gwałcił, palił i mordował (nie, nie sprzedam po raz kolejny tego żartu, że dwa razy gwałcił, bo lubił). Drugi, po opuszczeniu Czarnej Chaty przez gniazdko prądowe i przeleceniu przez Tajny Projekt Ze Szklanym Sześcianem[2], ląduje w ciele Doogiego Jonesa, urzędnika ubezpieczeniowego z Las Vegas, zadłużonego hazardzisty i wiarołomnego małżonka, dodatkowo coś nie przepięło się właściwie i Doogie jest funkcjonalnie idiotą, z rzadkimi przebłyskami Coopera. Przez pierwsze 15 odcinków dzieje się dużo (poza odcinkiem 8[3]), wydarzenia się rozsianie po różnych stanach i nic się ze sobą nie klei; w każdym odcinku pojawia się klub, gra jakiś zespół (najczęściej świetny, bo Lynchowi muzyka zawsze wychodzi doskonale, nawet jak nic innego nie wychodzi), rozmawiają jednorazowi statyści, co nie ma kompletnie wpływu na akcję. W samym Twin Peaks jest dosłownie kilkanaście powolnych scen, niektóre rozwleczone na kilka odcinków. W odcinku 16 Cooper przestaje być Doogiem i staje się z powrotem Cooperem, po czym przez następne 2 odcinku dzieje się aż za dużo. Zakończenie jest... oględnie powiem, że niezadowalające, chociaż utrzymane w klimacie ostatniego odcinka oryginalnego serialu.
Owszem, są zalety. Wspominałam o muzyce: może nie są to genialne soundtracki z Twin Peaks czy Lost Highway, ale to sporo dobrej, czasem nieoczywistej muzyki. Obrazy - doskonałe, chociaż oczywiście najbardziej się bronią te w Chacie i samym Twin Peaks. Najważniejsza to aktorzy, którzy po 25 latach czasem z trudnością (Audrey Horne), czasem z łatwością (Shelly Briggs, Andy Brenan czy Gordon Cole) wracają do ról. Szczególnie wzruszyło mnie cameo Moniki Bellucci, która zagrała siebie w proroczym śnie Gordona Cole'a (i była dla niego bardzo miła).
Teraz o wadach. [1] Do oglądania serialu niezbędne są didaskalia - książka Frosta, o której poniżej oraz lektura licznych blogów i opracowań. Źródła pozaserialowe wyjaśniają to, czego w serialu nie ma i od biedy można uznać, że całość jest przemyślana i ma sens. Oczywiście można się spierać z kierunkiem, w jakim poszedł Lynch. Z kontrowersyjnego, mrocznego, skierowanego bardziej w kierunku mistycznego thrillera niż kryminału, ale w dalszym ciągu serialu obyczajowego, zmigrował w stronę absolutnego mistycyzmu, szamanizmu i teorii spisowych, które okazują się mieć rację bytu.
[2] W serialu jest mnóstwo otwartych wątków, które albo nie mają wpływu na akcję, albo mają, ale i tak nie zostają wyjaśnione. Chociażby kto stoi za Projektem Ze Szklanym Sześcianem, co się stało lub kim jest Sarah Palmer, co wprowadza wątek syna Audrey czy męża córki Shelly? Co się stało z Audrey po tańcu w klubie i w ogóle czemu się nieustająco kłóciła ze swoim pokracznym mężem? Po co przez kilka odcinków ciągnął się wątek z Beverly, sekretarką Horne'a? Nie wspominam już o vlogu doktora Jacoby'ego i jego złotych łopatach, naprawdę. W dalszym ciągu nie wyjaśniona jest śmierć Josie Packard, która pojawia się w postaci kadrów sprzed 25 lat.
[3] W kwestii jakości odcinka 8 pozwolę sobie zacytować moją notkę pisaną na gorąco na FB: Twin Peaks, stacja VIII. Ghoule pożywiają się zwłokami [złego Coopera], koncert NIN, kontrolowana próba atomowa w Nowym Meksyku, zabawa fakturami, teksturami i farbami w roztworze, fotografia poklatkowa ze stroboskopem, wskrzeszenie Łazarza, manekin wymiotuje glutoplazmą z ziemniakami, Wielki Wybuch i dużo Małych Wybuszków, Penderecki, Beksiński w gamie fioletów. Czy ktoś mógłby sprzedać Lynchowi delikatną sugestię, że Twin Peaks to nie tylko ostatnie 10 minut ostatniego odcinka?
Liczyłam, że wiele odpowiedzi znajdę w "Sekretach Twin Peaks". Niestety nie, ponieważ zbiór dokumentów "odnaleziony" przez FBI i bogato przeanalizowany przez jednego z agentów, obejmuje historię do rozpoczęcia trzeciej serii serialu. Przeczytać warto, bo pozbierane jest mnóstwo ciekawych opowieści o mieszkańcach, pojawia się pewna teoria, na której okazuje się opierać ostatni sezon, a dla fanów są zdjęcia i rozwinięcie niektórych wątków. Od strony edycyjnej doceniam ogrom pracy włożony w przygotowanie tomu (wiele stylów pisma,
stylizacja, skany, "dobrze zachowane" archiwalia, wydruki), ale czytanie jest męczące ze względu na te urozmaicenia.
#56
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela września 17, 2017
Link permanentny -
Kategorie:
Czytam, Oglądam, Seriale -
Tagi:
2017, panowie, sf-f
- Skomentuj
Świat w przyszłości jest podzielony na strefy, oddzielone od siebie nanobotowymi strefami ochronnymi. Społeczeństwa są różne - jedne kultywują tradycje starożytnych Chin, inne - wiktoriańskiej Anglii. Wiadomo tylko, że istnieją wyraźne podziały. To książka o tym, jak napędzana nauką rewolucja modyfikuje skostniałość podziałów.
John Percival Hackworth, zdolny inżynier, wykonuje dla bogatego Alexandra Chung-Sik Finckle-McGrawa prototyp urządzenia - wyjątkowy prezent dla wnuczki bogacza - Ilustrowany lekcjonarz każdej młodej damy, interaktywny komputer, pozwalający na samodzielną i pozbawioną skrzywień naukę. Hackworth chce potajemnie stworzyć kopię Lekcjonarza dla swojej córki, jednak podczas powrotu z pracowni doktora X, kopia ginie i trafia do małej lturystki Nell, dziewczynki z nizin społecznych i finansowych. Wplata się w historię Miranda, aktorka grająca w raktywach - przedstawieniach wykupowanych przez bogatych wiktoriańczyków i kilka innych osób.
To nie tak, że mi się nie podobało. Ale odzwyczaiłam się od tego typu fantastyki - tutaj pełnego neologizmów zlepku steampunku z nanotechnologią. Przygniotła mnie warstwa słowna - za dużo techniki, tłumaczonej na użytek nieznającego świata czytelnika (i po części wyzierająca spod tekstu warstwa tłumaczenia - są cuda typu "przetwarzanie tupli"). Misja, rewolucja, socjologia, maszyna Turinga w przykładach na użytek dorastających dziewcząt. Za dużo sztafażu, za mało fabuły. Lubię ten sposób prowadzenia narracji, kiedy poszczególni bohaterowie wychodzą z przeciwległych końców świata i spotykają się na końcu w centrum wydarzeń, natomiast zupełnie nie lubię książki w książce, szczegółowo objaśnianej filozofii i wchodzenia w mistycyzm. Doceniam kreację świata, ale książka mnie zmęczyła.
Inne tego autora:
#31
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek czerwca 4, 2012
Link permanentny -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, 2012, sf-f
- Komentarzy: 9