Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Więcej o polska

Twierdza Kłodzko

[1.05.2023]

Eloy zaproponował Kłodzko, bo jako jedyny z naszej trójki tam już był, nie istotne, że ponad 30 lat temu. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, poza tym, że twierdza, ale nie byłam rozczarowana tym,co zobaczyłam. Śliczne miasteczko z klimatyczną, taką czesko-niemiecką starówką i ratuszem podobnym do libereckiego, z licznymi skosami i podgórkami. Po przejechaniu przez calutką starówkę, zaparkowaliśmy przy rzece na parkingu pod twierdzą (darmo), odbyliśmy kawę, ciasto i lody w pizzerii Daria przy placu Chrobrego 6, gdzie podsłuchałam, że jak się płaci gotówką i chce zwiedzać twierdzę bez przewodnika, to się wbija do środka mimo długiej kolejki i przy stoliku z boku, gdzie kolejki nie ma, kupuje się od ręki bilet. I zaiste tak było. Sama twierdza - poza obłędnym widokiem na miasto - przypominała mi poznańską Cytadelę, tylko bardziej kompaktową. Odbywały się z okazji majówki jakieś pokazy, strzelali hałaśliwie, chodzili poprzebierani klimatycznie ludzie, czego akurat nie zazdrościłam, bo dzień był taki bardziej upalny. Tłumów - poza sporszą kolejką do kasy - nie było.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela maja 14, 2023

Link permanentny - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: polska, klodzko - Skomentuj


Szczytna - Zamek na Skale

[30.04.2023]

W tym roku, po kilku udanych wyjazdach na majówkę za granicę, wpadłam na pomysł pożenienia dwóch światów i wybrałam Kotlinę Kłodzką, żeby zobaczyć zarówno kawałek Polski, jak i wyskoczyć towarzysko do Czech. Rookie mistake. Jak czeska strona była bez zarzutu, tak po polskiej na ten sam pomysł wpadło pół Polski, a przynajmniej ¾ Wrocławia. Podjęłam nieudaną próbę wejścia na Szczeliniec, gdzie okazało się, że już nie muszę jechać do Zakopanego, bo mam Krupówki na miejscu. Po kilkudziesięciu minutach w korku do parkingu, krążeniu po miejsce i zapłaceniu, dowiedziałam się od skrajnie nieuprzejmej osoby w kasie, że liczba wejść jest limitowana i można kupić na za trzy godziny, a czas uroczo spędzić w dzikim tłumie i dymie ze smażonych oscypków, bo było sobie kilka dni wcześniej kupić on-line. No więc nie weszłam na Szczeliniec ani nie podeszłam do Błędnych Skał, nie wspominając o Ardšpachu i teplickim Skalnym Mieście. Kiedyś wrócę lepiej przygotowana.

Weszłam za to na Szczytnik, do Zamku na Skale. W zasadzie to można podjechać pod sam zamek, ale ryzykuje się brak miejsca do zaparkowania, a na poboczach krętej drogi na górę są wcześniej parkingowe zatoczki (darmo!). Z drogi zamek wygląda jak topornie narzezany w PRL-u, ale od strony parku już jest bardziej urokliwie. W środku restauracja, na zwiedzanie wnętrza się spóźniłam, bo najpierw poszliśmy na kawę i ciasto, a dopiero potem szukać kasy, która okazała się być w restauracji (tu wstaw przewracanie oczami nad organizacją ruchu turystycznego). Obok zamku punkt widokowy z darmowym widokiem za milion monet, na całą urokliwą okolicę. I nawet nie za tłoczno, chociaż może wstrzeliłam się w porze obiadowej. I to powietrze w drodze na górę, krystalicznie czyste. Młodzież znalazła sobie kijaszek i nawet niespecjalnie narzekała, że trzeba tyle chodzić.

GALERIA ZDJĘĆ

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maja 6, 2023

Link permanentny - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: polska, szczytna, szczytnik - Skomentuj


Citybreak Łódź

[21-22.10.2022]

Kiedy krążyliśmy z eloyem dookoła Manufaktury, usiłując znaleźć drogę do hotelu, wtem z całkiem cywilizowanego miasta trafiliśmy w okolice, które można było (trochę na - pun intended - fali niedawno oglądanego serialu) skwitować krótkim “powódź była”. I to chyba jest moje podsumowanie tego kawałka Łodzi, który widziałam - główna ulica jest urocza, ale kilka metrów w bok i następuje czasoprzestrzenne tąpnięcie, przynoszące kilkadziesiąt lat wstecz. Elegancja hotelu zderza się z żebrzącymi osobami w kryzysie, piękne zdobienia kamienicy kontrastuje silny zapach uryny z bramy. Pogoda niespecjalnie rokowała, szaro i mżawka, przespacerowałam się spod Manufaktury na Piotrkowską, poczułam się jak w domu, bo pół Łodzi rozkopane, zajrzałam do Pasażu Róży, który w słoneczny dzień musi być niesamowity, znalazłam Aleję Gwiazd (tak, gwiazda Romana Polańskiego dalej błyszczy, nie że szukałam), postałam z zachwytem patrząc na zdobienia kamienic. Absurdalnie, zupełnie ujmującym znalazłam budynek DH Magda, bardzo ładny przykład modernizmu. Żebyście nie miały wątpliwości - bardzo mi się podobało, lubię kontrasty, chcę więcej. Jakieś polecanki? W planach mam Orientarium, Planetarium i Palmiarnię oraz pewnie spacer przez całą Piotrkowską.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopada 6, 2022

Link permanentny - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: lodz, polska - Skomentuj


I don't care...

[21.10.2022]

... if Monday's blue, Tuesday's grey and Wednesday too. Thursday, I don't care about you. It's Friday, I'm in love. I zagrali w piątek, byłam zakochana i zachwycona. Prawie 2,5 godziny grana, zacny zestaw, nie wypada nie polecić. Może nie miałam klimatycznej fryzury, czarnych paznokci i pół opakowania eyelinera pod oczami, ale mentalnie wróciłam do czasów, kiedy w MTV była muzyka, a w Bravo pojawił się artykuł o pechu prześladującym członków zespołu "The Cure" podczas tras koncertowych. A to ktoś sobie coś złamał, ktoś się rozchorował, jakiś sprzęt się zepsuł, a dramatyczna pointa ostrzegała, że to może być (wtedy, w drugiej połowie lat 80.) jedna z ostatnich tras koncertowych. Jak widać, redaktor Bravo nie był dobrym prorokiem.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota października 29, 2022

Link permanentny - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: polska, lodz - Skomentuj


O spaniu i jedzeniu

[11-15.07.2022]

Na Kaszubach mieszkałam w maleńkiej miejscowości Bartoszylas pod Starą Kiszewą (zwaną przez nas Starą Kichawą) w uroczym domku pośrodku niczego. Nocą było absolutnie ciemno i cicho, nad ranem dopiero wchodziły ptaki. Domek polecam bardzo, jak planujecie Kaszuby, to zajrzyjcie do Leśnej Osady (polecanka niesponsorowana, można przez booking). W okolicy bociany[1] - mnóstwo, podobno sarny (niestety nie widziałam) oraz lokalny kot, który przyszedł i prawie bezinteresownie dotrzymywał mi towarzystwa na tarasie.

To, czego brakowało w okolicy, to opcja śniadaniowa - albo tylko dla gości zajazdów czy hoteli, albo dostępne do absurdalnej 10:30, a kto ma nastolatkę na pokładzie to wie, jak ciężko jest podnieść młodzież o poranku. Obiady jadaliśmy w lokalnych restauracjach - adresy poniżej, nie było żadnej złej czy kiepskiej, bardzo zadowolona, podobnie z codziennej kawy i lemoniady w lokalnej cukierni. No i pejzaże, jak z młodopolskich obrazów.

Przyroda jak z pocztówki W drodze Kolejna pocztówka Zieloność, również po deszczu Lokales, bardzo przyjazny Łąka z bliska Kaszubski Wiking, kuchnia fusion I jeszcze jedna pocztówka Oberża w Konarzynach Zachód słońca na łące W drodzeBartoszylas

Adresy:

  • Oberża - Konarzyny 64
  • Karczma Viking - Kościerska 41a, Stara Kiszewa
  • Konopielka - os. Dębowe 4, Zblewo (przy trasie nr 22)
  • Cukiernia Kropek (sieć) - Tysiąclecia 1B, Stara Kiszewa

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpnia 14, 2022

Link permanentny - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: polska, stara-kiszewa, zblewo, konarzyny - Skomentuj


O zamku w Malborku, z dygresjami

[12/07.2022]

To była moja druga wizyta w Malborku. Pierwszy raz odwiedziłam Zamek dawno, dawno temu, w czasach licealnych podczas jednej z dwóch[3] wycieczek klasowych, w jakich brałam udział[1]. Pamiętam trzy[2] rzeczy - dziadka, który wyposażył mnie na drogę w dwie butelki wina, które dyskretnie przemycał, żeby rodzice nie widzieli; koleżankę Katarzynę, która wykonała malowniczego focha, że ona nie życzy sobie, żebym była razem z nią w 10-osobowym pokoju, a kiedy okazało się, że nie ma innej opcji, umilała mi noclegi np. posypując prześcieradło cukrem, pozdrawiam serdecznie; wreszcie - już w Malborku - przewodniczka pokazała nam toaletę dla nielubianych przez krzyżackich dostojników gości, gdzie można było delikwenta wysłać kilkanaście metrów w dół do dołu z fekaliami. Rozczarowana byłam wielce, bo tego szczegółu audioprzewodnik aktualnie nie podaje. Zwiedzanie AD 2022 jest znacznie droższe niż lata temu, można wybrać opcję z przewodnikiem-osobą, ale tej opcji nie polecam, bo zwiedza się w dużej grupie, a grupa ma to do siebie, że blokuje widok, można też - jak ja - wybrać opcję audio, gdzie zwiedza się w swoim tempie. Młodzież wyciągnęła ze zwiedzania dwie korzyści: zachwyciła się schematem różnych typów uszkodzeń człowieka podczas bitwy, malowniczo pooznaczanych na rysunku tryskającą krwią oraz poznała pojęcie fali. Mianowicie, ponieważ zabraliśmy ją na potwornie długą i męczącą wycieczkę (ponad 2 godziny w zamku, kto to widział), w ramach zemsty ona zabierze swoje potencjalne dzieci na jeszcze dłuższą i potem powie, że to nasza wina.

Zamek jest ogromny, co nie dziwi, skoro największy w Europie. Nie będę streszczać przewodników - że ile cegieł, jak przechodził z rąk do rąk, ile trzeba było zaopatrzenia, subiektywnie robi niesamowite wrażenie, mnóstwo urokliwych zakamarków (jak się wyczeka tę dłuższą chwilę, żeby liczne wycieczki sobie poszły), w warzywniaku w fosie wylegiwał się lokalny kot, witraże prześlicznie rzucały tęcze, a najbardziej mnie zaskoczył fakt, że w średniowieczu istniało całkiem sprawnie działające ogrzewanie podłogowe (takie okrągłe metalowe cośki w podłodze, przez które leciało ciepłe powietrze z paleniska w pomieszczeniu poniżej i komturowi nie marzły paluszki). Płatny parking, bezpłatna toaleta, lokalnych przybytków kulinarnych nie zwiedzałam. Niestety, nie zwiedziłam też prześlicznego dworca PKP, bo wszyscy byli głodni, a planowana restauracja kilkanaście kilometrów dalej.

>

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Druga była bez noclegu, do Warszawy na jakąś sztukę teatralną; jakąś, bo okazało się, że z jakichś przyczyn nie ma dla nas biletów i zamiast teatru smętnie pokręciliśmy się po mieście, a potem wcześniejszym pociągiem wróciliśmy do domu. Świetna wycieczka, tyle że nie.

[2] No dobra, więcej oraz nawet mam analogowe zdjęcia, ale to nie są anegdoty na bloga poważnej osoby. Żartowałam. Nie jestem poważną osobą. Zwyczajnie nie chce mi się iść w kilometrowe dygresje o graniu w pokera na wodę (kto przegrywa, ten pije szklankę, wygrywa ten, kto ostatni zwymiotuje, nie próbujcie tego w domu), podglądaniu pod prysznicem, zakładzie, że obetnę koledze Rafałowi pasemko włosów, które mu zwisało z tyłu (wygrałam, do dziś kol. nie uiścił), leżeniu w jednym łóżku z praktykantem, który miał się nami opiekować na wyjeździe (tak, tylko się całowaliśmy, ale byłam nieletnia oraz praktykant potem udawał, że mnie nie zna…). No właśnie dlatego nie będę kontynuować, a to dalece nie wszystko.

[3] EDIT: Jednak dowody fotograficzne w albumie rodzinnym wskazują, że byłam w Malborku jeszcze raz z rodzicami i bratem, jakoś tak po maturze. Wyparłam widać.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpnia 9, 2022

Link permanentny - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: polska, malbork - Skomentuj