Come closer and see, see into the trees
Park Dębina. Są kaczki, bobry - i jak mówi wikipedia - grzyby o dźwięcznej nazwie pochwiak pasożytniczy (raczej nie polecam).
Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu
Park Dębina. Są kaczki, bobry - i jak mówi wikipedia - grzyby o dźwięcznej nazwie pochwiak pasożytniczy (raczej nie polecam).
Za Lidlem czai się różowe niebo, poprzecinane szachownicą chemtrailsów i nisko ściele się mgła.

Tytuł nieco odtwórczy, ale mógłby znajdować się na okładce współczesnej powieści moralnego niepokoju. On, ona, komplikacje, ten trzeci, ta czwarta i pies, a w tle pełen przekrój społeczno-ekonomiczny. Ale nie będzie, bo jej nie napiszę. W kołowrotku nowości dom-praca-szkoła nie obejrzałam się nawet, a tu prawie miesiąc minął od przeprowadzki. Okolicę poznaję rzutami oka, rano w drodze do pracy w mgle i złotym słońcu, przy krótkim spacerze po bułki czy pozbawionej refleksji drodze do szkoły, bo zmarnowałam tyle czasu w korku na Drodze Dębińskiej. Pokażę Wam, mnie się podoba. Niejednorodnie, lata 30. ubiegłego wieku mieszają z 70. i współczesnością, ogrody jak z powieści F. H. Burnett z grillem i trawnikiem pod linijkę, krzywe chodniki, rozwalające się płoty (w tym mój!) albo - wręcz przeciwnie - złote szprosy w oknach i nowoczesna metaloplastyka. Złote niedzielne popołudnie. Jak to się w Poznaniu mówi - mój fyrtel od niespełna miesiąca.
Maj zachwyca się serdelkowatym, łaciatym psem, który odsikuje się pod naszą bramą. Młody właściciel w crocsach zwierza mi się, że właśnie wrócił od weterynarza, że pies nie ma kleszcza, tylko tam z tyłu ma taką brodawkę i on nie wie, co to może być.
A przy niedzieli moją ulicą przemaszerowała zwięzła pielgrzymka z megafonem, transparentami o Trójcy Świętej z Dębca i kamizelkami odblaskowymi.
Sąsiadka zza płotu oznajmiła, że kot Zosia to kunda, bo chodzi wszędzie po całej okolicy nawet w nocy. Ale wraca.
Sąsiadka z góry, zdziwiona: "A bo ja myślałam, że państwo mają synka. Bo przed drzwiami stała wywrotka". Wywrotką Maj buduje z lokalesami na placu zabaw, neutralnym genderowo (wszystkie dzieci używają słów na "k", "ch" i dupa bez względu na płeć).
Spotkany na tymże placu zabaw młody człowiek zainteresował się faktem, że chusteczki higieniczne kosztują 20 groszy. Bo za 20 groszy można kupić zapałki. I jakby mieć benzynę, to można coś polać i podpalić! Kupi mi pan zapałki?
Plac w ogóle budzi mieszane uczucia w Majucie - bo nie wiadomo, czy to do zabawy, czy wysypisko śmieci. Przy pierwszej wizycie pozbierała wszystkie śmieci, rzucane bezrefleksyjnie na ziemię przez dzieci i dorosłych.
O poranku na czereśni spotykam czasem Zosię, szylkretową kotkę sąsiadów.
Ulica, chodnik pod jedną posesją. Dwóch młodzieńców, bosych i bez koszulek, przepakowuje walizki na środku chodnika.
Sympatyczny, rozczochrany pan w średnim wieku na rowerze, z tyłu przyczepka. W przyczepce malowniczo upozowany buldożek francuski.
W lokalnym "Lewiatanie", kupując napój niegazowany, zmotywowałam ogorzałego pana do wzbogacenia zakupów (setka wódki) o popitkę.
W okolicy spacerowej dwie Biedronki. W jednej z nich kasjerka poskarżyła mi się, że ktoś otwiera pudełka z ryżem w torebkach, nie wiadomo po co.
Wychowałam się na rogu Bukowej, w innym mieście wprawdzie, na Bukowej chodziłam do przedszkola. Stare, dwupiętrowe bloki z lat 50., z wąskimi, ciemnymi schodami, z lamperią obmalowaną farbą olejną. Otoczone krzakami trawniki i mikre ogródki, społecznie obrabiane zwykle przez "tych z parteru". Zrujnowane ławki, na których spędzało się letnie wieczory, kręcąc się dookoła starszych, którzy pewnie rozmawiali, acz nie pamiętam o czym (kolejki? co na obiad? polityka? proces zabójców Popiełuszki relacjonowany w radio?), pewnie raczej milczeli razem. Zardzewiałe drabinki i skrzecząca, pokrzywiona huśtawka obok wiecznie brudnej piaskownicy. Śni mi się czasem ciemna, klaustrofobiczna klatka schodowa w bloku obok, który - jako pierwszy od ulicy - miał z boku oficyny. We śnie zawsze jestem młoda, młoda, ale już dorosła. I uciekam, chociaż ciężko uciec, jeśli jest jedno wyjście.
Czemu przypomniała mi się ta Bukowa z innego miasta? W taką samą Bukową weszłam dzisiaj na poznańskim Dębcu, kilka kroków od przyszłej szkoły Mai, kilkaset metrów od naszego przyszłego domu. Zaraz za rogiem. Bukową wilgotną od deszczu, pełną starszych ludzi na małym ryneczku; na straganach owoce, warzywa, punkt dorabiania kluczy. I wszystko pachnie lipą, wzmocnioną przez deszcz. Nawet kolory jak z późnego PRL-u - zgaszona zieleń, brąz, szarość. Świat nieotagowany na google maps.
Mam dziś poczucie, że zatoczyłam spore koło. A wszystko pewnie dlatego, ze zmarzłam. 24 czerwca, 12 stopni celsjusza.


