Więcej o
beletrystyka
Absolutnie nie zwracajcie uwagi na sugerujący infantylność tytuł. “Dziunia” zwaliła mnie z nóg, wpuściła w mentalny rollercoster między śmiechem - wszak opowieści o losach dziewczynki u schyłku PRL-u są zabawne, zwłaszcza że dziecko nie umie prawidłowo interpretować rzeczywistości, a grozą - bo jak ma się tego nauczyć, zmylone przez patologicznych dorosłych, równie chętnie epatujących przemocą, co czułych na to, co ludzie powiedzą. Autorka wprowadza celny termin “pozbadnięcie” (wiktymizacja, głupcze!), zespołu zachowań, który prowadzi do tego, że "dziunie (...) są potulne jak farsz do ruskich pierogów i tak samo świadome swoich praw".
Dziunia, dziecko nastoletniego mezaliansu, urodziła się tylko dlatego, że jej babcia i dziadek, jedyne życzliwe osoby w życiu dziewczynki, przekupili matkę, która planowała dziecka nie mieć. Nie za ładna, nie za posłuszna, naiwna i - jak teraz łatwo ocenić - ewidentnie nieneurotypowa, wychowywała się u dziadków pod stołem (tak, wiem, podobieństw jest więcej) do momentu, kiedy zbiegiem okoliczności jej matce nie zachciało się bawić w prawdziwą rodzinę. Wystawiona na życie z ojcem-alkoholikiem, nauczycielami bez powołania[1], pedofilami, dziadkami od strony ojca, którzy widzieli w niej darmową służbę i nie wahali się upozorować kradzieży, żeby udowodnić, że dziewczyna jest zdemoralizowana, kiedy było im to na rękę, Dobrymi Paniami o chwalebnych, lecz krótkotrwałych chęciach, przetrwała do tomu drugiego i trzeciego, ale lekturę przypłaciłam skurczem szyi, bo co chwila kręciłam głową, to ze smutkiem, to ze współczuciem.
Machnęłam też, idąc za ciosem, “Dziunię na uniwersytetach”, gdzie dziewczyna ociera się o twarde zasady PRL-owskiego życia studenckiego, wychodzi za mąż i rozpoczyna życie zawodowe, oraz ”Wymarzony dom Dziuni”, skupiony głównie na paskudnym epizodzie emigracyjnym, kiedy to pozbadnięta przez przesprytną cioteczkę Kazimierę, jest zmuszona do morderczej pracy w urągających człowiekowi warunkach. Obie kolejne książki wchodzą niestety w rejestry bardziej postmodernistyczne i ezoteryczne, dając głos autorce, dyskutującej z Dziunią i jej filozofią życiową. Nie przeszkadzało mi to jednak aż tak, jak wybiórczość Dziuniowej historii - nie wiem, jaką tajemnicę utrzymywała matka w kurniku, co się stało z bratem Dziuni albo jak skończyła się jej emigracyjna przygoda. I jak pierwszą część obowiązkowo polecam każdemu w odpowiednim, zahaczającym o PRL, wieku i z toksycznymi doświadczeniami rodzinnymi, tak pozostałe jako lekturę nadobowiązkową.
[1] W dzisiejszych czasach zostałaby nazwana stalkerem, a jej relacje z Dziunią byłyby uznane za mobbing. Ale nie wtedy. Jesteśmy w czasach, kiedy strzelenie ucznia w gębę było standardową metodą nauczania.
#134-136
Napisane przez Zuzanka w dniu Tuesday November 3, 2020
Link permanentny -
Tagi:
2020, panie, beletrystyka -
Kategoria:
Czytam
- Komentarzy: 5
We włoskiej willi, opuszczonej przez okupujących Niemców, po ewakuacji szpitala polowego pozostaje Hana, pielęgniarka z Kanady, opiekująca się terminalnym pacjentem o nieznanej tożsamości. W trakcie długiego lata powoli wychodzi na jaw, że poparzony mężczyzna to węgierski hrabia de Almasy, znany przed wojną podróżnik i kartograf; część historii opowiada David Caravaggio, kanadyjski szpieg, dawny znajomy ojca Hany, który dotarł do willi w poszukiwaniu zdrajcy. Do trojga bohaterów dołącza Sikh Kip, saper, który oczyszcza okolicę z min pozostawionych przez Niemców. Kip i Hana mają się ku sobie, Caravaggio usiłuje wyciągnąć z umierającego, jaka była przyczyna śmierci małżeństwa Katherine i Geoffreya Cliftonów, z którymi Almasy znał się przed wojną (i - jak wychodzi - miał romans z Katherine) oraz czy to właśnie on dostarczył Rommlowi mapy Sahary.
Książka jest, oględnie mówiąc, chaotyczna w swojej strukturze - z właściwego czasu i miejsca akcji (koniec wojny we Włoszech) odchodzą wąsy wspomnień bohaterów. Zapewne miało to odwzorować wojenną traumę, jaką przeżyli bohaterowie; tytułowy angielski pacjent usiłuje wyprzeć z pamięci wszystkie wspomnienia i swoją tożsamość. Hana straciła ojca i narzeczonego (plus ma za sobą poronienie), chce się odciąć od przeszłości. Carravagio był torturowany przez Niemców, szuka w Almasym winnego. Kip rozbraja bomby, ale czuje narastające zgorzknienie, bo niby jest Brytyjczykiem, ale drugiej kategorii. Podsumowując, to nie jest książka słaba, ale też niekoniecznie do ponownego czytania.
Tłumaczenie zawiera, nomen omen, kwiatek - Hana porównuje skórę Kipa do kwiatu o nazwie “brązowe oko Susan”, co jest kalką ze zwyczajowej nazwy rudbekii (“black-eyed Susan”); nie komentuję nawet skojarzeń.
To, co mogę powiedzieć o filmie, to że jest ładnie zrobiony - miękkie kolory, zapierające dech pejzaże Toskanii, surowa niesamowita pustynia, piękni młodzi aktorzy (aczkolwiek młody Colin Firth jest pulchny jak bułeczka, trochę mi zajęło, zanim go poznałam). Scenariusz nawet ratuje chaos książki, wplatając zgrabnie w teatralną scenę włoskiej willi reminiscencje poszczególnych bohaterów (oszczędzając niestety na postaci Hany, która jest płaska i absolutnie niewiarygodna, dodatkowo za dezercję z wojska mogłaby trafić pod sąd, jakby to nie była rzeczywistość hollywoodzka), chociaż zupełnie psuje wymowę zakończenia (cnpwrag cebfv Unaę b rhgnanmwę, Xvc cb antłrw śzvrepv xbyrtv m bqqmvnłh jcnqn j fghcbe, cb pmlz jenm m bqqmvnłrz bchfmpmn jvyyę, pb avwnx fvę zn qb zvłbfarw qenzl m xfvążxv, xvrql Uvaqhf anoenł avranjvśpv qb jfmlfgxvpu ovnłlpu, eójavrż Unal, cb fchfmpmravh cemrm Nzrelxnaój obzol an Uvebfuvzę). Inna sprawa, że zakończenie książki jest na tyle otwarte, że aż prosiło się o cokolwiek innego niż urwanie w połowie. Podsumowując, to nie jest zły film, ale absolutnie nie widzę podstaw do obsypania go nagrodami (9 Oskarów i 3 nominacje, nie licząc 3 Złotych Globów i Srebrnego Niedźwiedzia).
#130
Napisane przez Zuzanka w dniu Monday October 19, 2020
Link permanentny -
Kategorie:
Czytam, Oglądam -
Tagi:
2020, beletrystyka, panowie
- Skomentuj
Miejmy to z głowy - tłumaczenie tytułu jest zwyczajnie nieprawidłowe językowo. Co złego byłoby we frazie “Moja siostra jest seryjną morderczynią”?
Lagos, współcześnie. Przerażona Ayoola dzwoni do siostry, Korede, ponieważ zaatakował ją jej chłopak Femi i w samoobronie go chyba zabiła. Korede, rozsądna i opanowana pielęgniarka, jedzie na ratunek; z wybielaczem w ręku czyści mieszkanie chłopaka, pakuje zwłoki w prześcieradło i pomaga je ukryć. Również później dba o to, żeby niefrasobliwa Ayoola nie pisała lekkomyślnie pierdół w social mediach, skoro jej chłopak zaginął. Przez poczucie bycia odpowiedzialną opiekunką swojej siostry przebija się jednak po raz kolejny myśl, że to nie był pierwszy raz. Ayoola, ta śliczniejsza i bardziej urocza, ma niesamowitą łatwość rozkochiwania w sobie kolejnych chłopaków, ale kiedy robią się zazdrośni (nie bez powodu) lub mają pretensje o jej zachowanie (również nie bez powodu), rzuca ich, a kiedy mają z tym problem, zabija. Mieszkanie Femiego było trzecim miejscem zbrodni, po których Korede sprzątała; cały czas zastanawia się, czemu daje się wciągać w to siostrze, a nie dzwoni na policję. Sytuacja się zagęszcza, kiedy Ayoola odwiedza siostrę w szpitalu i zaczyna umawiać się z lekarzem, w którym nieatrakcyjna Korede kochała się od dawna. Między wierszami pojawia się psychopatyczny ojciec, systematycznie niszczący matkę i krzywdzący dziewczęta; jego śmierć była wybawieniem dla wszystkich, choć muszą obnosić się z czułą pamięcią, żeby nie urazić rodziny. Matka faworyzuje młodszą, ładniejszą córkę, wmuszając w starszą nadmierną odpowiedzialność. Korede wie, że nie może matce wyjawić, gdzie zniknął kolejnych chłopak Ayooli i czemu tak źle reaguje na to, że jej siostra chce “ustatkować się” z obiecującym lekarzem (wiadomo, brzydka zazdrość). Zwierza się więc jedynej osobie, która ją cierpliwie wysłucha - opuszczonemu przez rodzinę pacjentowi w śpiączce. Tyle że ten budzi się pewnego dnia.
To przerażająca historia, mimo prób uczynienia jej łatwą, takim niby romansem z zakrętką. Na okładce pojawia się lekka fraza, że “krew nie woda – o wiele trudniej usunąć ją z dywanu…”. O wiele trudniej wyjść z traumy spowodowanej przemocą w rodzinie i uwolnić się od roli kogoś, kto zawsze naprawia i nadstawia karku.
#130
Napisane przez Zuzanka w dniu Wednesday October 14, 2020
Link permanentny -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
2020, beletrystyka, panie
- Skomentuj
Wielopokoleniowa saga o dwóch przyrodnich siostrach, córkach Maame z plemienia Asante; Effia, która pozostała u boku ojca, zostaje konkubiną angielskiego kolonizatora, zaś Esi, wykradziona z wioski, do której uciekła jej matka, trafia do twierdzy jako niewolnica. Przez siedem pokoleń autorka pokazuje epizody z życia obu gałęzi rodu, zarówno na Złotym Wybrzeżu (współcześnie Ghanie), jak i w Stanach Zjednoczonych. Opowieści są porażająco smutne - niewolnictwo, przemoc, bezprawie, bycie pariasem wśród swoich, choroba psychiczna, porwanie, systemowe wykluczenie i narkomania, symbolicznie to wycinek losów wszystkich rodzin, rozerwanych przez handel ludźmi. Mimo tego wszystkiego jest też miłość - rodzicielska, romantyczna, czasem zakazana, podana zgrabnie mimo dramatu wokół.
Moim jedynym zarzutem do książki jest jej epizodyczność - opowieści o przedstawicielach każdego z pokoleń są mini-opowiadaniami, urywają się, zanim cała historia zostanie opowiedziana. Zniknięcie ciężarnej żony jednego z bohaterów, porwanej przez łowców zbiegłych niewolników kończy się nagle, żeby w następnym rozdziale przejść już do dorosłego syna, który urodził się w niewoli. Podobnie jest w kilku innych historiach. U mnie to pozostawiło pewien niedosyt, chociaż książka jest dość obszerna.
#124
Napisane przez Zuzanka w dniu Tuesday October 6, 2020
Link permanentny -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
2020, beletrystyka, panie
- Skomentuj
Cora od urodzenia mieszka na plantacji. Nie zna swojej daty urodzin, bo jej matka nie znała kalendarza, zna za to rodzinne opowieści - czy to o babci, która została porwana w Afryce i w ładowni, wszak była towarem, przewieziona do Stanów Zjednoczonych i rozdzielona z rodzeństwem i plemieniem, czy o matce, która wyszarpała dla siebie kawałek poletka, na którym hodowała warzywa. O więcej nie zapyta, bo babcia umarła, a matka uciekła, zostawiając ją samą, wyrzuconą poza społeczność. Nie jest więc jej aż tak trudno podjąć w pewnym momencie decyzję o ucieczce, mimo że nie ma żadnych szans poza plantacją, ale też nie ma żadnych szans na plantacji.
To opowieść fabularna, nawet można nazwać ją przygodową, o losach tych nielicznych niewolników, którzy próbowali uciekać z obozów pracy, jakimi były w większości plantacje bawełny. Nie wiedzieli, co i czy w ogóle coś ich czeka poza plantacją, zwłaszcza że dzięki doskonale wyposażonym w narzędzia i siatkę kontaktów łowcom niewolników większość wracała w kajdanach, żeby zostać brutalnie zabita jako odstraszający przykład. Corze ucieczka się udaje, odkrywa tytułową kolej podziemną, przewożącą zbiegłych niewolników do innego stanu, gdzie prawo jest łaskawsze dla uciekinierów. Problem w tym, że ląduje w kolejnych odsłonach tego samego więzienia - zamknięta na strychu, żeby nie narażać pomagających jej białych, w sielankowym “domu przejściowym”, gdzie poznaje prawdziwy cel resocjalizacji niewolników, wreszcie w komunie, gdzie próbuje ułożyć sobie życie. I o tym po części jest ta historia - o szansach na aklimatyzację w świecie, gdzie nie było miejsca na ciemnoskórych, celowym niszczeniu kultury i świadomości ludzi zmuszanych do pracy, pozbawianych rodzin, o amerykańskim majątku, zbudowanym na zaprawie z krwi Afrykanów na terenach zagrabionych Natywnym Amerykanom.
To też portret nielicznych białych przewijających się przez karty opowieści - dobrej pani, uczącej swoich niewolników czytać i obiecującej im wolność w testamencie, psychopatycznym właścicielu zabijającym dla przyjemności, łowcy niewolników z etosem, ale i bezwzględnością, zawiadowcach Podziemnej Kolei i abolicjonistach (tych z przypadku i tych z wyboru) czy lekarzach-eksperymentatorach, korzystających z ciał niewolników do testów bez ich wiedzy, co tym bardziej przeraża, że - mimo fabularyzowania - niewiele tutaj zostało zmyślone przez autora.
PS Oraz wyszłam ze strefy komfortu, idąc na spotkanie z ludźmi, którzy też tę książkę czytali.
Inne tego autora:
#117
Napisane przez Zuzanka w dniu Monday September 21, 2020
Link permanentny -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
2020, beletrystyka, panowie
- Skomentuj
Książka podzielona jest na rozłożone w czasie cztery epizody z życia Lutka[1], pierwszego dziecka urodzonego w komunie hippisowskiej, która rozpoczęła budowę Arkadii, ostoi wolności. Pierwsza część to lata 70. - życie wspólnoty, gdzie każdy wkłada według możliwości pracę, a bierze miłość i opiekę, widziane oczami 6-latka, uznawanego przez otoczenie za nieco opóźnionego w rozwoju. Mimo że wszyscy żyją na granicy ubóstwa i głodu, gnieżdżą w szopach i przyczepach, odbudowując zrujnowany wspólny dom, ten okres jest w oczach dziecka sielanką, mimo ewidentnie niepokojących sygnałów - matka ma głęboką depresję, a dookoła mało kto jest szczęśliwy. Części druga to lata 80. i zmierzch Arkadii. Do wspólnoty przybywa coraz więcej nowych - spragnionych narkotycznych wrażeń i wolnej miłości nastolatków, drobnych przestępców, którzy w komunie widzą azyl, a charyzmatyczny przywódca jest wpatrzony we własny pępek i przyrodzenie, a nie w dobrostan rodziny. Lutek przeżywa dojrzewanie i pierwszą miłość do Helle, swojej równolatki. W części trzeciej - co ciekawe - retrospekcyjnie - pokazany jest związek Lutka i Helle, przyjście na świat ich córki, kariera fotograficzna i uniwersytecka Lutka, wreszcie nagłe zniknięcie Helle, która w przeciwieństwie do protagonisty nie chciała być uwiązana do niczego. W tle losy innych mieszkańców Arkadii.
Najmocniejsza dla mnie jest ostatnia część. Jest rok 2018 (przypominam, że książka została wydana w 2011). Córka - Grace - ma 14 lat, Lutek wychowuje ją samotnie. Jednocześnie dzieją się dwie rzeczy - po częściowo nieudanym samobójstwie rodziców przeżywa matka Lutka, Hanna, ale jest w kiepskim stanie, zwłaszcza że do zatrucia lekami dochodzi postępujące stwardnienie rozsiane, niszczące jej ciało (bezpośredni powód samobójstwa); na świecie powoli pojawia się pandemia, spowodowana przez wirusa typu SARS, doprowadzającego błyskawicznie do niewydolności oddechowej (2011, wspominałam?). Lutek z Grace wracają do Arkadii, żeby zająć się Hanną i uciec od szybko rozprzestrzeniającej się choroby, w którą - mimo kilkuset tysięcy zgonów - niektórzy nie wierzą. Jest tu trochę elementów fantastycznych (przenośny komputer wspomagający mowę osoby niesprawnej za pomocą rejestracji ruchów oka), ale reszta jest boleśnie aktualna - jak dawać sobie radę podczas pandemii i kiedy pozwolić ukochanej osobie odejść.
Nie wiem, jak Groff to robi, ale każda z jej książek jest inna, a wszystkie świetne. Umie pokazać męża żyjącego z żoną, której nie zna i żonę, która latami buduje ułudę, żeby mąż był szczęśliwy. Umie w zapach i fakturę świata na skraju przepaści. Umie wreszcie w bycie dzieckiem, dorosłym i starcem.
[1] Zastanawiało mnie tłumaczenie imienia głównego bohatera, Ridella Sorella, jako Lutek. W oryginale nazywa się Bit - od Itty-Bitty (maleństwo), u nas wyewoluował w (Ma)Lutka.
Inne tej autorki.
#113
Napisane przez Zuzanka w dniu Friday September 4, 2020
Link permanentny -
Tagi:
2020, panie, beletrystyka -
Kategoria:
Czytam
- Skomentuj