Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Więcej o Seriale

Paradox

Ten serial to najlepsze z dwóch światów i nie myślę tu bynajmniej o paniach z dodatkowym elementem anatomicznym. Błyskotliwy fizyk, badający burze magnetyczne na słońcu, otrzymuje nagle zestaw kilku zdjęć, pokazujących wydarzenie z przyszłości. Wraz z wezwaną ekipą lokalnej policji odkrywają, że zdjęcia to zestaw wskazówek pokazujących, gdzie zostanie popełnione przestępstwo. W każdym odcinku dostają nowe zdjęcia i z nich, jak z klocków, składają śledztwo mające na celu zapobieżenie przestępstwu. Pikantniej się robi, kiedy na zdjęciach zaczynają pojawiać się członkowie ekipy śledczej. Na razie 5 odcinków, czekam na więcej. Szczerze mówiąc, chyba bardziej niż na inne seriale.

Serial jest brytyjski, przez co dość nieprzewidywalny. Odświeżający też jest zestaw aktorów, bo - przyznam - mieszanie amerykańskimi standardowymi twarzami zaczyna mnie już nieco nużyć (w ostatnio oglądanym V miesza się Lost, 4400, Firefly/Dollhouse, czy we Flashforward - Lost i nietypowo Coupling (bo brytyjski)).

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek grudnia 28, 2009

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Komentarzy: 6


State of Play

Sześcioodcinkowa brytyjska seria o śledztwie w sprawie morderstwa asystentki członka parlamentu. Śledztwo de facto prowadzi dziennikarz Heralda, prywatnie przyjaciel wspomnianego parlamentarzysty, czasem tylko wchodząc w kompetencje policji. Niezła obsada - Bill Nighy, część obsady Life on Mars (John Simms w roli dziennikarza, a Philip Glenister w idealnej dla niego roli DCI), z Ashes to Ashes (Amelia Bullmore) czy z Hustle'a (Marc Warren). Niestety, mimo potencjału serial jest przeraźliwie nudny. W połowie pierwszego odcinka zdążyłam zapomnieć, o co tak naprawdę chodzi. Niekończące się rozmowy redakcyjne z przepychankami na różnych szczeblach. Bieganie po mieście. Nocne pogawędki. Romans dziennikarza z żoną przyjaciela. Lobbing i łapówki. Ziew. Amerykanie poszli po rozum do głowy i zrobili z tego dwugodzinny film, co pewnie wyszło na korzyść.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek grudnia 22, 2009

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Komentarzy: 5


How I Met Your Mother

Przede wszystkim mam żal, bo uwierzyłam w zasłyszaną bzdurę, że "HIMYM" to serial fekalny i mnie odrzuciło, przez co dopiero teraz do niego dotarłam. A szkoda, bo - mimo iż rozkręca się (jak "Scrubs") powoli - to uroczy, ciepły i zabawny (acz często niecenzuralny, ale czego spodziewać się można po serialu o podrywaniu i związkach) serial o przyjaźni piątki młodych nowojorczyków. Jaki stąd wniosek? Nie słuchać pokątnych bzdur.

W 2030 roku znany architekt Ted Mosby opowiada swoim dzieciom, w jakich okolicznościach poznał ich matkę[1]. W każdym odcinku pojawia się nowa historia, przybliżająca młodzież do tego momentu, kiedy ich rodzice się spotkali. Historie dzieją się głównie w malutkim mieszkaniu nad jednym z barów na Manhattanie, gdzie Ted mieszka najpierw ze swoim kolegą ze studiów, prawnikiem Marshallem i jego wstępnie narzeczoną, potem żoną - przedszkolanką Lily. Marshall jest dużym, pełnym ideałów dzieckiem, studiował prawo, bo chce ratować środowisko. Lily jest niespełnioną artystką z kilkoma nałogami i usiłuje wprowadzić w dorosłe życie swoich przyjaciół zasady, według jakich stara się wychowywać dzieci w przedszkolu. Robin, wielka miłość Teda, jest prezenterką telewizyjną, prowadzącą program w kiepskiej telewizji. Gra w hokeja, pali cygara i dobrą whisky, jest też z Kanady, co wiele wyjaśnia. Wszyscy przyjaźnią się z Barneyem, lokalnym bon vivantem, który nie przepuszcza żadnej napotkanej niewieście, pieczołowicie nie angażując się w związki, a podrywki spławiając o poranku w tak bezczelny sposób, że to podrywki go przepraszają za swoją nachalność. It's - jak to mówi Barney - legen... wait for it... dary!

Cztery sezony, piąty właśnie trwa, a pewnie da się pociągnąć i do szóstego, siódmego i ósmego. Mnie się bardzo.

[1] To jest ten jeden kawałek, który mnie w tym serialu frapuje - czemuż ach czemuż późnonastoletnie dzieci nie mają pojęcia, jak ma na imię ich matka i zadają co jakiś czas pytanie "To [tu wstaw imię żeńskie] to była nasza mama[2]?". Trochę #facepalm, ale może w aktualnie wyświetlanym piątym sezonie (lub może następnych) rzecz się wyjaśni.

[*] Śliczna epizodyczna rola Sarah Chalke (Elliot Reid ze "Scrubs"). Przy granej przez nią Stelli Ted wzbija się na wyżyny absurdalnego humoru, a większość scen z nimi jest powyżej średniej.

[2] Serial jest mistrzowski w kwestii dygresji i odwlekania tego, jak Ted poznał matkę swoich dzieci. W 1/3 piątego sezony dalej nie wiadomo.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota listopada 21, 2009

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Skomentuj


Leverage

Całkiem zgrabna amerykańska kalka brytyjskiego "Hustle'a". Całkiem, bo na każdym kroku widz jest informowany (na wypadek, jakby zapomniał), że zespół robi tylko "uczciwe" przekręty (co jeszcze łopatologicznie podkreśla polski tytuł), rekompensując dobrym stratę, jaką ponieśli od złych. A to sierotka z terenów zrujnowanej wojną Serbii, a to weteran z Iraku, fundacja charytatywna, właściciel wywiezionego z hitlerowskich Niemiec kosztem życia ojca obrazu czy szantażowana rodzina. Żadnych mglistości, szarości - źli są źli, dobrzy są dobrzy. Do połowy drugiego sezonu w teamie nietypowo nie ma pięknej kobiety - jest sprawna złodziejka Parker i oszustka Sophie (Jane z "Coupling"), dla urozmaicenia jest biały mięśniak Eliot i czarnoskóry haker Hardison. Całością operacji dowodzi alkoholik, Nathan Ford, były ekspert ubezpieczeniowy. Przed przerwą w drugim sezonie Sophie została zastąpiona ładną blondynką Tarą, co pewnie pozwoli pociągnąć jakiś wątek romansowy w ekipie.

Przyjemne do obejrzenia, acz bez rewelacji.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa października 14, 2009

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Skomentuj


Damages

Niby wszystko ok - demoniczna Glenn Close i obrzydliwy Ted Danson, ale w sumie nuda, panie. To nie jest zły serial, ale mnie przeraźliwie nudzą seriale prawnicze. Świeże jest podejście narracyjne - 13-odcinkowy serial jest pokazywany z dwóch (a czasem i urywkowo z pomiędzy) stron - chronologicznego i finałowego. Ellen, młoda prawniczka, trafia do znanej agencji prawniczej, prowadzonej przez efektywną Patty Hewes, i zostaje zatrudniona do znanej sprawy. Jednocześnie we flashforwardach widać, że świetna okazja rozwoju kończy się średnio, bo Ellen ląduje w więzieniu oskarżona o morderstwo. Natomiast cała sprawa nie wciąga. Nie interesuje mnie, czy oskarżony i jego prawnicy wygrają sprawę, czy kancelaria Patty Hewes ugodę wygra. Ba, nie interesuje mnie, czy Ellen odkryje całą intrygę, leżącą pod procesem. Ellen dodatkowo co chwila budzi we mnie silne uczucie wyprostowania nogi i kopnięcia jej w odwłok, bo zachowuje się przerażająco bezwolnie i nielogicznie. Drugi sezon pewnie też obejrzę, ale bez specjalnego zacięcia.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela października 11, 2009

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Komentarzy: 3


Arrested Development

A teraz opowieść o bogatej rodzinie, która straciła wszystko i o synu, który nie miał wyjścia i musiał pozbierać wszystkich do kupy.

Rodzina Bluthów jest chyba najbardziej dysfunkcyjną rodziną, jaką można zobaczyć na ekranie. Senior rodu zostaje aresztowany za liczne sprzeniewierzenia, defraudacje i inne nadużycia, po czym utrzymanie zbankrutowanej rodziny spada na najstarszego syna, Michaela. Reszta rodziny niczego nie ułatwia - rodzina wydaje każde pieniądze, jakie ma w zasięgu ręki, ponieważ przyzwyczajona jest golfa, country clubu, szeroko zakrojonej i wylewnej dobroczynności (głównie związaniem z imprezami i ekskluzywną odzieżą), przyjęć na jachcie i utrzymywania odpowiedniego standardu życiowego. Ślicznie egoistyczna, acz niebłyskotliwa siostra Michaela, Lindsay (Portia de Rossi, co dawało zabawny efekt pomieszania, gdy jednocześnie oglądałam "Better Off Ted") ma męża - nieudacznika Tobiasa, chorobliwie bojącego się nagości aktora, wcześniej psychiatrę. Jeden z braci - Gob - jest magikiem, który swoje średnio udane sztuczki pokazuje przy akompaniamencie "The Final Countdown" (co skutecznie mi się wdrukowało i nawet w lokalnej budce z gołąbkami na dźwięk Europe zaczęłam się rozglądać za Gobem), za to bardzo skutecznie wychodzi mu uwodzenie przypadkowo poznanych pań. Buster, najmłodszy z rodzeństwa, nie jest najbystrzejszy, ale mnie najbardziej ujmuje (zwłaszcza że wygląda jak Czech. Jak czech Żydów), zwłaszcza po wypadku z foką. Syn Michaela i córka Lindsay mają się ku sobie, mimo że są kuzynami. W tle cały czas przewija się śledztwo związane z firmą, proces sądowy, kolejne ucieczki z więzienia seniora rodu, malownicze wypadki i spektakularne klapy poszczególnych członków rodziny.

W polskim tytule - "Bogaci bankruci" - rozpoznaję tłumacza z tej szkoły, co przetłumaczyła "Scrubs" na "Hożych doktorów". Mimo średniego polskiego tytułu serial jest prześlicznie absurdalny, realizowany w konwencji reportażu, a narrator zza kadru dopowiada co pikantniejsze szczegóły. Warto czekać na streszczenie następnego odcinka, które de facto streszczeniem nie jest. Mnie się bardzo, czego i Wam życzę.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa października 7, 2009

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Komentarzy: 2