Więcej o
Moje miasto
Zen ostatnio stwierdził, że powinnam wiedzieć najlepiej, gdzie w okolicy Fabryki można dobrą kawę dostać. Problem w tym, że po pierwsze nigdzie, bo okolica to ugór ledwo zaorany, a najbliższym cywilizowanym miejscem jest część spożywcza pobliskiego centrum handlowego, do którego jednak jest dobre 15 minut spacerkiem, co wyklucza opcję wyjścia po kawę, po drugie - nie ma tam miejsca, gdzie dają nawynosowo. Po trzecie to ja dość kiepska jestem w kwestii kawy, bo na tyle mało pijam, że i owszem, poznam, że piję badziewną, ale niekoniecznie pamiętam, gdzie piłam dobrą. Znacznie lepiej mi idzie z herbatą, bo tutaj mam lata praktyki. I tak - w Ptasim radiu dają (no, na razie nie dają, bo remont) doskonałą herbatę karmelową, a w Chimerze - czarną kenijską. Co nie zmienia faktu, że nieustająco brakuje mi barku kawowego w okolicy spacerowej, w którym dostanę Moją Ulubioną kawę w kubku i z ulubionymi dodatkami (a już za tydzień z ogonkiem będę miała Starbucksa w zasięgu wzroku).
Zrobiłam przy okazji mały risercz poznańskich knajp, żeby nie chodzić ciągle do tych samych i nie siorbać żałośliwie nosem, że mi którąś zamknęli. Znajduję dość budującym, że sporo knajpek ma już na google-mapsach chorągiewki, a niektóre mają strony www, a na nich menu. Stąd układa mi się już mały plan kolejnych wycieczek w celu obwąchania (hańba lokalom, co nie mają strony www - dlatego nie ma tu ani Francuskiego Łącznika, ani żadnej z Werand).
- Ptasie radio - śniadania cały dzień i dobra herbata, bardzo dobre grzanki
Chimera - śniadania cały dzień, dużo herbat do wyboru (zamknięta)
Monidło - śniadania do 12, kolacje w atmosferze (zamknięta)
Sól i Pieprz - kuchnia poznańska i obca (zamknięta)
- Pieprz i wanilia [2019- link nieaktualny]
- Brovaria - własne piwo niepasteryzowane, bardzo fajne przekąski
- dawniej W-Z, teraz Wielkopolska Zagroda [2019- link nieaktualny]
- Delicja - wprawdzie zamknięta w niedzielę, ale TODO
- Room 55 - drogo, niezbyt smacznie, przeraźliwie kiepska obsługa
- Cymes - TODO (czytaj tu)
Dom Wikingów - bardzo dobre hamburgery i steki (zamknięta)
- Powozownia - TODO (czytaj tu)
- Mykonos - naprawdę greckie dania
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpnia 24, 2008
Link permanentny -
Kategoria:
Moje miasto
- Komentarzy: 8
... z czego prawdziwe są nietopyrze. Ale akurat w zoo były zamknięte, albo niedokładnie szukałam (stawiam, że miały przerwę dzienną, jak każdy, kto prowadzi nocne życie). Były za to:
- flamingi, które są ptakami ekwilibrystycznymi, albowiem stoją na jednej nodze i wygląda na to, że jest im z tym dobrze; małe flaminżęta wyglądają skądinąd jak szare Szadoki,
- sowy, które kocham miłością wielką, bo sowy to takie koty w świecie ptaków, puchate i upierzone w śliczne wzorki, a do tego mają głowy obracalne w kilku płaszczyznach i są interaktywne, bo jak się kręci głową przed klatką, to one też,
- kapibary, które są przeraźliwie dużymi świniami morskimi,
- kycie wszelkiego rodzaju, od tygrysów, które się ogląda z nabożną czcią[1] z daleka, przez prawie że domowe koty amurskie, bardzo zdenerwowane karakale (siejące dodatkowo zapachem, bardzo intensywnym zapachem, chyba już nie chcę karakala w domu, dziękuję) do przepięknych manuli, wyglądających jak małe wkurzone kociaki i białych panter; duże koty są piękne i majestatyczne, ale mimo to i tak tracą na powadze, jak się drapią identycznym dla wszystkich kotów ruchem tylną łapą za uchem,
- firefox, który ma śliczne rude futerko, ale miał wszystko gdzieś i spał (mimo że wcale nie jest niedźwiadkiem),
- pelikan, który dyrygował,
- i same zoo, które jest wielkim, pięknym i rozległym parkiem, w sam raz na weekendowy piknik (proszę nie zwracać uwagi na przeohydne pawilony z lat 70.)
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Nabożną czcią, przerywaną tylko piskiem[2] pieprzonych plastikowych dinozaurów, które sprzedają przy wejściu do zoo rozkosznym milusińskim i wrzaskami rozkosznych milusińskich.
[2] Nie wystarczy, że dinozaur jest plastikowy i strrraszny, musi do tego przy naciśnięciu wydobywać z siebie ohydny i przeraźliwy pisk. Nie dziwię się, że do tygrysów jest na dole szyba, a na górze dość wysoki taras. Biedne tygrysy.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpnia 17, 2008
Link permanentny -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
Tagi:
ogrod-zoologiczny, zoo
- Komentarzy: 2
To jest jakiś grubszy spisek, żeby również w drugi z sensownych długich weekendów, kiedy są kalendarzowo długie i ciepłe dni, było: (a) mokro, (b) zimno, (c) ciemno, (d) a, b i c, (e) masaj. Przyznam, że siedzenie w ciepłym domu, z herbatą i namolnym kotem (namolność 10) na kolanach ma znacznie większy fun factor niż wychodzenie na siąpiący deszczyk (a do zoo chciałam[1]). Kiedy myślałam o tym, że można by przenieść do Poznania kilka elementów z Amsterdamu, nie miałam na myśli pogody. Proszę to zanotować do przyszłego użycia.
Na rynku dość ubogi festiwal, ciut mnie ubogi, niż nie działająca strona informacyjna: żywy Cejrowski podpisuje książkę, ale nie pokazuje niczego spożywczego, są za to stoiska z kozimi serami, lokalną wędliną, pieczywem (rogale marcińskie, a jakże) czy alkoholami (nobliwy ksiądz stał pod stoiskiem z likierem benedyktyńskim i dawał się namawiać pani sprzedającej, że do kawy jak znalazł). Smuteczek, bo głupi cotygodniowy rynek w takim Amsterdamie czy innych Niemcach daje więcej dobrego niż szumnie zapowiadany doroczny festiwal z wodzirejem. Spożywczo za to zaplusował Piotr i Paweł na Gronowej, bo miły pan stojący na stoisku z piwem z browaru w Czarnkowie zasugerował, żebym sobie "szarpnęła" ostatni sześciopak ciemnego. To sobie szarpnęłam. I wracam do Anglii z lat 70., o czym za chwilę (lub dłuższą chwilę).
[1] I bym została, jakby mi się spodobało.
PS Ptasie radio zamknięte, bo remont (mam szczerą nadzieję, że wróci, bo jak nie, to duży żal będę miała). Cafe Hipokryzja zamknięta, bo lato. Nakarmiłam się w Cafe Chimera, ale trochę widać było, że nie są nastawiają, że ktokolwiek będzie jadł. Lato w mieście, ech.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpnia 16, 2008
Link permanentny -
Kategoria:
Moje miasto
- Skomentuj
A tak, gram. Czasem nawet wygrywam (dwie czwórki i jakaś porcja trójek), ale raczej przegrywam. Kiedyś grałam na domek na Sołaczu. Teraz gram na kamienicę w Amsterdamie. Do gry nie mam metod, bo wiadomo - szansa jedna na ileś tam i nie bądź pan głąb, bo Wisły kijem nie zawrócisz. Mam za to metodę na wygrywanie, która jest o tyle zabawna, że zmienna. Raz kupiłam wygrywający kupon, kiedy poszłam rozmienić 100 zł, bo pan w stoisku dorabiania kluczy nie miał wydać, a pilnie potrzebowaliśmy 2 klucze do domofonu. Za drugim razem nie pamiętam, czy kupowałam jakoś spektakularnie, ale wygrana była co najmniej dziwna, bo dałam kupon TŻ-u, żeby sprawdził na wszelki wypadek, zanim wyrzucę i pac.
Ale ja nie o tym. Zatrzymaliśmy się z kuponem przed sklepem na Strzeszynie (że niby to jeszcze Poznań, ale jak dla mnie to wieś). Sklep jak to sklep - panowie kupują wypitkę na kolację, panie spożywkę (mimo że się pewnie odchudzają). Stoję z kuponem do kasy, żeby zobaczyć, czy - skoro jest kumulacja, to już wiem, że nie wygrałam tych 10 milionów - chociaż nie ma czegokolwiek, co mogę zainwestować w 15 milionów (żeby nie trzymać w napięciu, to niestety nie było). Za mną stoi ogorzały od słońca (mam nadzieję) pan i uprzejmie mnie zagaduje w kwestii kuponu. Że 10 milionów, nie? A dzisiaj też kumulacja? Odmrukuję coś tam leniwie, po czym pan dobija mnie swoim coup de grace: "No jakby pani wygrała, to bym się z panią umówił".
Kurtyna. Czy raczej facepalm.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek sierpnia 14, 2008
Link permanentny -
Kategorie:
Moje miasto, Śmieszne
- Komentarzy: 3
Mam żal. Bo ja tu przychodzę do miasta Poznań z uczuciem i podziwem. Z zaufaniem. Z chętnym obiektywem i dużą dozą cierpliwości, zwłaszcza w upały. Nie jadę nad jezioro, jadę schronić się niekiedy w cieniu kamienic. Wiem, zdradzam czasem, wyjeżdżając do innych miast, ale - przykro mi to stwierdzić - miasto samo sobie winne. Bo co dostaję w zamian? Pozamykane restauracje. Do jasnej i ciężkiej, to nie jest do pomyślenia, żeby w sobotę wczesnym wieczorem miasto było nieżywe i leżało wentylem do góry. "Sól i Pieprz" opluło mnie obsceniczną informacją, że w weekendy nie otwierają, bo lato. Pizzeria na Ratajczaka mimo obietnicy, że w weekendy do 21, zamknięta na twardo bez żadnej wymówki. Pod Apollo miejscówka knajpiana dalej w remoncie. Szczęśliwie Stary Browar nie nawala i to jedyny jasny promyczek w tym posępnie burzowym i dusznym dniu. Ubolewam, że od razu nie poszliśmy do Cafe Barcelona, bo i spożywka tam wydawała się lepsza, z dołu można było posłuchać koncertu, a do tego znaleźć sąsiadów. Tak czy tak - żal mam, bo miasto w letnie wieczory powinno żyć, a nie śmierdzieć uryną i przejawiać aktywność jedynie w zakresie starszych pań, spoglądających z wysokości swoich wyścielonych poduszkami parapetów na ulicę.
Dzisiejszy dzień był dniem kondycyjno-filmowym. W skrócie - "Ryś" to żałosne nieporozumienie i gdybym wydała ciężko zarobiony pieniądz na bilety w kinie[1], miałabym ochotę obić komuś twarz za ciężkie oszustwo nazwania tego "następcą Misia" i "komedią". Kolejny odcinek "Life on Mars" - coraz bardziej znakomity, końcówka "Numb3rs" - trzyma poziom, a w roli wisienki na czubku - doskonała "Angielska robota". Szerzej - niebawem.
[1] 9,99 zł za płytkę dołączoną do Gali jakoś przełknęłam, zwłaszcza że śniadaniowa lektura podbudowała TŻ[2].
[2] Pewnie trudno uwierzyć, ale jest pewna dziedzina życia, co do której zgadzam się z Kazimierą Szczuką. W felietonie poruszyła kwestię, którą dawno zarejestrowałam, że mężczyźni to ta grupa ludzi, która ma hobby, a kobiety mają mieszkania, dzieci, zwierzęta, ewentualnie mogą nieśmiało współdzielić hobby z szeroko pojętym partnerem. Ba, często nawet ich praca jest tylko po to, żeby nie gnuśniały w domu. Smutne, zwłaszcza że dotyczy sporej grupy znanych mi pań, z chlubnymi wyjątkami. Po prawdzie to jakbym miała sama powiedzieć, jakie mam konkretnie hobby, to ciężko by było. Również z tego względu, że hobbiów mam sporo, niektóre są mało konkretne (ale fajne), niektóre zdarzają się okazjonalnie, a wspólną ich cechą jest to, że w żadnym tak naprawdę nie jestem ekspertką. Cóż, taki los człowieka Renesansu - wszechstronnie i powierzchownie znam się na wielu rzeczach i jest mi z tym dobrze. Wracając do baranów, Kazia Szczuka uświadomiła mi, że mam w domu skarb, czyli mężczyznę, który z własnej i nieprzymuszonej woli chodzi na jogę, robi psa z głową w dole oraz siavasanę (pochlebiam sobie, że oboje jesteśmy w tym całkiem nieźli), a do tego nie nabija się ze mnie, kiedy wbrew sugestiom pani Inki usiłuję wyprostować nogę, zaciskając zęby.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpnia 3, 2008
Link permanentny -
Kategorie:
Czytam, Oglądam, Moje miasto
- Komentarzy: 2
Zestaw w McDonaldzie, pewnie nawet powiększony. Ciuszek z przeceny. Kilka książek z Allegro, czasem nawet z przesyłką (właśnie się zorientowałam, że ponad tydzień temu wyklikałam ekwiwalent zostawionego rok temu w samolocie "Mr Vertigo" Austera i zapomniałam zapłacić, hańba mi). Dwie paczki świeżego bobu (jedna nie starczy na kolację dla mnie, TŻ i bardzo łakomego kota, któremu dodatkowo trzeba obierać ze skórki). I pewnie wiele innych mniej lub bardziej potrzebnych artykułów, ale mnie wystarczyło na 10 gladioli, zwanych też mieczykami z rynku Jeżyckiego[1].
To jedna z tych rzeczy, które łączą mnie z Jane Brocket (chociaż trochę nie rozumiem jej zachwytu malwami, jakoś do mnie nie trafiają). Ale mieczyki i tulipany - proszę mnie doliczyć. Ostatnio krążyłam koło straganu z kwiatami i odeszłam z niczym, bo nie było nic, co jest dokładnie teraz - były nieśmiertelne róże, drobne goździki, gerbery.
Lubię sezonowość - kwiaty i owoce dostępne cały rok się nudzą i przejadają.
Kot czarno-biały też lubi. Tyle że spożywczo.
[1] Na rynku Jeżyckim przewodnik oprowadzał wycieczkę. Bardzo podoba mi się pomysł bez względu na to, czy turyści byli z daleka, czy rdzenni i poznawali mniej znane zakątki miasta. Niesamowicie nie rozumiem ludzi, którzy ograniczają się do stałych tras - dom, szkoła, praca, rzadziej odwiedziny u znajomych, ale też z zegarkiem w ręku, a najlepiej taksówką, żeby czasu nie tracić. Widziałam u wielu urodzonych Poznaniaków to zdziwienie, że mnie interesuje miasto. Że chodzę po różnych miejscach, mimo że nie mam tam nic do "załatwienia". Że zaglądam w bramy, siadam na ławce i przystaję, żeby przeczytać napis na murze. To moje miasto.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela lipca 27, 2008
Link permanentny -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto
- Komentarzy: 3