Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Rola mężczyzny w związku

Wyjeżdżałam dziś z placówki edukacyjnej Maja i niespecjalnie sprytnie zawadziłam lusterkiem o znak drogowy (rzadko bo rzadko, ale mi się zdarza). Wysiadłam, żeby oszacować szkody. Szkód nie było, znak niedraśnięty, lusterko się złożyło. Obserwująca mnie z podwórka babcia jednego ze współuczestników edukacji zasugerowała: "Pani da mężowi samochód i zwali to na niego".

Na niebie klucze kaczek, wiosna idzie, a mężczyzna niech się czuje winny potencjalnego oskrobania lusterka.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek marca 1, 2012

Link permanentny - Kategoria: Żodyn - Komentarzy: 4


Klara S. Meralda - Porażka inspektora Gettingera

Do małego, ustabilizowanego towarzysko miasteczka A. pod Monachium, u tych dobrych Niemców, przyjeżdża atrakcyjna acz tajemnicza Martha Moell. Twierdzi, że zna ludzi z towarzystwa i jest siostrzenicą znanego monachijskiego lekarza i to wystarczy, żeby została dobrze przyjęta podczas jour de fixe u mecenasostwa Rother. Nawiązuje przyjaźnie z paniami, intryguje panów, mimo że nie pracuje, ma pieniądze, za to nie ma męża. Mieszka u pani Schaffer, dobrotliwej gospodyni, która wprawdzie wynajmuje tylko poleconym lokatorom, ale skoro pani Moell obracała się w towarzystwie... I gęsty od związków towarzyskich i pokrewieństw małomiasteczkowy świat się kręci, Martha Moell urządza urodziny, po czym zostaje znaleziona martwa. Lokalny komisarz po naradzie z emerytowanym sędzią śledczym Fincklem prosi o pomoc inspektora z Monachium, ponieważ śledztwo musiałby przeprowadzić wśród rodziny i znajomych, a poza tym sprawa trochę śmierdzi. Do miasteczka zjeżdża służbista - inspektor Gettinger i rozpoczyna wyjaśnianie okoliczności i szybko odkrywa, że towarzystwo wstydzi się przyznać, że nikt o zamordowanej nic nie wiedział. Jednocześnie sędzia Finckel ze swoim jamnikiem zaczyna podejrzanie często spędzać wieczory vis-à-vis domu zamordowanej, spożywając wyrafinowane posiłki u swej dawnej znajomej, wdowy Knolke.

Nie wiem, czy bardziej mnie zachwyciły piękne niemieckie nazwiska, czy menu wieczorków u pani Knolke, która gotowała znacznie lepiej niż żona sędziego Finckla, czy jednak klimat uliczek w niemieckim miasteczku.

Inne tego autora:

#9

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek lutego 28, 2012

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2012, kryminal, panie - Skomentuj


Freudowskie skojarzenia

Ja w szafirkach (Muscari Mill.) widzę mackę przedwiecznego, TŻ - trzpień frezarski stożkowy kulisty.

Tyle miłej wiosny w domu; bardzo dobrze zainwestowane 7,5 zł.

Czytam (trzy recenzje do tyłu), oglądam (kolejnych siedem), śpię (to by dopiero był fascynujący tekst, opisać, jak dobrze mi się śpi) i wcale-nie-jestem-uzależniona od GoT, mogę przestać w każdej chwili. Having a blast. A jutro poniedziałek.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela lutego 26, 2012

Link permanentny - Kategoria: Fotografia+ - Komentarzy: 5



Wojciech Mann, Krzysztof Materna - Podróże małe i duże, czyli jak zostaliśmy światowcami

Nie mam pretensji do autorów, że napisali tę książkę, zwłaszcza że skrupulatnie wyjaśnili, dlaczego to zrobili[1]. I nie mam pretensji do siebie, że chciałam tę książkę przeczytać, bo podróżowanie w okresie późnego PRL-u i stanu wojennego to kawałek historii, z gastarbajterką artystów nie tylko na polu występów dla Polonii. Jest trochę anegdot, trochę postaci z lat 80., trochę miejsc. Niestety, całość książki jest jak egzamin z nudnego przedmiotu - zajrzeć, zdać, zapomnieć. Dwugłos autorów się nie sprawdził, nie ma pasjonujących przygód, jest wygładzona czasem dość beznamiętna narracja, trochę laurek i smutny obraz Polaka Za Granicą, który do dzisiaj niestety jest ciągle aktualny.

[1] Powód "dla pieniędzy" akceptuję bez mrugnięcia okiem, sama chętnie pisuję dla pieniędzy[2].

[2] I sławy.

Inne tego (w połowie) autora:

#8

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek lutego 23, 2012

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Tagi: 2012, panowie, podroze - Komentarzy: 6



Lirycznie i o czedarze

Historie, które się śnią, są ważne tylko dla śniącego. Wolę więc te historie, które pojawiają mi się w głowie przed zaśnięciem. Na początku myślałam, że budowany w głowie obraz starej zabytkowej willi tuż przy plaży, raczej przy jeziorze niż nadmorskiej, w gęstym, nieco zaniedbanym ogrodzie, powstaje na potrzeby książki, którą kiedyś napiszę[1]. Że wymyślę miejsce, a potem zupełnie przypadkiem je znajdę, dokładnie takie, jakie mam w głowie i tam się zacznie (w miejscu, nie w głowie) coś dziać. Nie znalazłam. Nie zadziało się. Kiedy obraz willi (obowiązkowo kolumny, ale nie takie nowomieszczańskie à la wieś ulicówka, tylko klasyczne) zaczął mi się rozmywać na korzyść oszklonej werandy, ciepłej i przytulnej, z fotelem, pledami, stolikiem na parujący dzbanek z herbatą, stosem książek, ciepłym światłem zza szyb, dotarło do mnie, że szukam azylu we własnej głowie. Miejsca z zatrzymanym czasem. Tu i teraz. Gdzie wstaje się rano głównie po to, żeby celebrować cały poranek śniadanie[2]. I nie trzeba wychodzić, ani z przymusu zewnętrznego, ani wewnętrznego. Świat ze zrobionymi zakupami, praniem ułożonym w szafach, kwiatami w wazonie na stole, bez krzątaniny i z ciszą przerywaną szelestem przewracanych kartek. Z tego wszystkiego miewam czasem zakupy, pranie, często kwiaty i nawet zdarza się, że zapada cisza. Tylko ostatnio światło jest nie takie jak trzeba. I ciągle zostaje przymus wychodzenia.

[1] I jeśli będzie to kryminał, to bez denatów, bo nie umiem z denatami.

[2] Oczywiście grzanki z czedarem. I twarożek ze szczypiorkiem. I kiełbaski dla TŻ-a. I jajo dla Maja. I słodkie bułeczki, miód i dżemy. I trochę wędzonego łososia. Dobry pasztet i domowe ogórki kiszone. I herbata, morze dobrej, aromatycznej herbaty. Kiedyś pokażę.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek lutego 21, 2012

Link permanentny - Kategoria: Żodyn - Komentarzy: 5


Monsunowe wesele

Kiedy wieje monsun, jest niskie ciśnienie, wszyscy są drażliwi, a do tego cały czas deszcz wisi w powietrzu. To nie jest najlepsza pora na organizowanie wesela, ale akurat tak wyszło w pewnej zwykłej hinduskiej średniozamożnej rodzinie. Ojciec się zapożycza, żeby godnie wydać córkę za mąż, matka ze zdenerwowania popala w toalecie, do Delhi zjeżdża się rodzina i przyjaciele domu z całego świata - kuzyn-idiota z Australii, krewni z Omanu, wujostwo ze Stanów i pociotki z różnych części Indii. Organizacja trochę kuleje, sypią się kwiaty z dekoracji, właściciel firmy obsługującej wesele właśnie zakochał się w ślicznej służącej, namiot weselny ma niewłaściwy kolor i nie jest nieprzemakalny, ktoś nie dowiózł alkoholu, wujek o dziwnych skłonnościach kręci się za 10-letnią dziewczynką, a przyszła panna młoda ma romans z żonatym showmanem telewizyjnym. I wygląda na to, że wesele będzie najgorszym dniem w życiu wielu osób, mimo przygotowań, pięknych strojów i postanowienia, że to najważniejszy dzień dla całej rodziny.

Film jest zaprzeczeniem idei boolywoodzkiej sztampy - bohaterowie są żywi, problemy nie znikają od tego, że ktoś zaśpiewa i zatańczy, ale kiedy wszyscy się cieszą, radość jest szczera i zaraźliwa. Pojawiają się trudne tematy - aranżowanie małżeństwa, zdrada, akceptacja inności i reakcja na niewłaściwe zachowanie w stosunku do dzieci; rzeczy, których nie przykryje jedwabne sari i nie zasłoni biżuteria. To film o miłości rodzinnej i zaufaniu, a dodatkowo piękny i kolorowy obraz kultury i zwyczajów pendżabskich Hindusów.

[Tekst "Nie tylko Bollywood" do Magazynu Business&Beauty, kwiecień 2012].

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lutego 20, 2012

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Przeczytali mnie - Skomentuj - Poziom: 3


Przeznaczone do burdelu

Zana Briski, nowojorska fotoreporterka, przyjechała do Indii, żeby fotografować nędzę hinduskich kobiet. Kiedy okazało się, że wejście z aparatem do kalkuckiej dzielnicy Czerwonych Latarni jest niemożliwe, zaczęła rozmawiać z dziećmi pracujących tam prostytutek; dziećmi bez przyszłości, skazanymi na pracę jako prostytutki albo - bez jakiegokolwiek wykształcenia - na najlepszej drodze do narkomanii i żebractwa. Zana dała dzieciom aparaty fotograficzne i szybko okazało się, że świat widziany przez obiektywy ich aparatów zachwycił reporterkę.

Film jest dokumentem opisującym kilka miesięcy, podczas których Zana prowadziła dla kilkorga dzieci lekcje fotografii, ucząc je właściwego kadrowania, rejestrowania świata dookoła i próbując wyrobić w nich chęć wyjścia poza getto. Organizowała dla dzieci szkoły z internatem, przełamywała opór niechętnej rodziny i pokazywała korzyści z nauki i pasji. Efektem ubocznym filmu było powstanie fundacji "Kids with cameras", która pomaga dzieciom bez perspektyw na całym świecie.

Pesymiści widzą w tym filmie nieudaną próbę ratowania świata milionów dzieci z gett za pomocą kilku aparatów fotograficznych, kroplę w morzu potrzeb. Optymiści mogą dostrzec wrażliwość, stłumioną biedą i brakiem umiejętności wyrażania siebie, którą można łatwo wydobyć, dając szansę chociaż niektórym.

[Tekst "Nie tylko Bollywood" do Magazynu Business&Beauty, kwiecień 2012].

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lutego 20, 2012

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Przeczytali mnie - Skomentuj - Poziom: 3