Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu
2026. Ludzkość nie przerwała zimnej wojny, a ekspansja w kosmos wydaje się jedynym rozsądnym wyjściem w związku z przeludnieniem Ziemi i rosnącym zagrożeniem globalnym konfliktem. Amerykanie w tajemnicy szykują cyborga - wzbogaconego elektroniką człowieka, który będzie w stanie przeżyć bez kombinezonu na Marsie i być może ułatwi założenie tam kolonii. Pierwsze próby nie udają się, dopiero trzeci człowiek - Roger Torraway - daje nadzieję na powodzenie eksperymentu, ale i jego przekształcenie we wspomaganego cybernetycznie nadczłowieka nie odbywa się bez poświęceń i bólu. Roger traci fizycznie kawałki siebie na korzyść protez, również narządy rozrodcze, ale chyba bardziej dramatycznym momentem jest przefiltrowanie odbieranych bodźców przez komputer, co daje przyczynek do długich dywagacji, do którego momentu człowiek pozostaje jeszcze człowiekiem. Finał jest nieco przewrotny, bo okazuje się, że całość projektu olłn cemrcebjnqmban cemrm vagryvtragaą fvrć xbzchgrebją, xgóen pupvnłn hengbjnć yhqmxbść v nhgbznglpmavr fvrovr.
Tak, dobrze czytacie - to crossover wątków z “For All Mankind” i “Pamiętników “Mordbota”, tyle że z perspektywy 1976. I przez te 50 lat (... napisałam 50? Przecież to było 30 lat temu!) jednak świat się nieco zmienił. Nie mam już siły się czepiać tego, że wprawdzie się jeździ do pracy automatycznym samochodem, ale dalej się czyta papierowe gazety i korzysta z naziemnych linii telefonicznych, ale skupienie akcji na tym, czy żona Torrawaya go zdradza i czy ma erotyczne myśli na widok pięknej pielęgniarki, jest zwyczajnie słabe. Tak, jest też radosny opis seksu w nieważkości, bo przecież coś trzeba robić podczas miesięcy podróży na Marsa. Nie jest to aż tak zła książka, zwłaszcza że całkiem interesująco dotyka się do tematu AI, ale odświeżenie socjologiczne zdecydowanie by jej pomogło.
#130/#24