Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

A w środę targ w Huy

Huy (GALERIA ZDJĘĆ)

Po smutnych doświadczeniach z Vaduz trochę się wahałam, czy skręcić z szerokiej autostrady w wiejskie dróżki do miejscowości o dźwięcznej nazwie Huy. Niesłusznie, bo to jedna z piękniejszych miejscowości, jakie widziałam. Kamienno-ceglane wsie dookoła, dojazd do doliny strasznie stromą i malowniczą drogą, a w miasteczku targ owocowo-serowo-kwiatowy, dookoła ratusza (z zegarem co kwadrans mozolnie wygrywającym jakiś szlagier typu „Oda do radości” na dzwonkach z ubogą skalą) kilkanaście mniejszych lub większych restauracji. I domy niedrogie, jakby kto winszował sobie mieć egzotyczny a ciekawy adres – mieszkanie w kamienicy można już mieć za mniej niż milion złotych. Na targu chciałam wytarzać się w stoisku z oliwkami, fetą i ziołami. Nie wiem, w jakiej zalewie są „pistou olives”, ale poproszę stałą dostawę. Przegapiłam 13:30, która oznajmiła zwijanie się straganów i rzutem na taśmę wyżebrałam już prawie z paki ciężarówki pudełko truskawek (przecież to nieludzkie jest, jak te truskawki pachną, mimo że chwilę wcześniej napakowałam się sałatką z koziego sera, miodu, orzechów i takiej śmiesznej strzępiastej sałaty z winegretem, co to nie wiedziałam nawet jak ją jeść, bo miała długie listki, więc jak prosię jadłam palcyma).

Wisienką na czubku tortu był kolejka wagonikowa wysoko nad miastem. Krótka wizyta okazała się zwiadowczą, zdecydowanie warto pojechać w Huy jeszcze raz.

Antwerpia (GALERIA ZDJĘĆ)

Wprawdzie jakiś sfrustrowany rowerzysta gniewnie nam coś przy wjeździe na parking tłumaczył, ale i tak nic nie zrozumiałam, a pod prąd nie jechaliśmy, więc. Dużo i ładnie. Kamieniczki (bardzo geometryczne, strzeliste i pełne detali). Kościoły (nierozsądnie jest wybrać się pod antwerpską katedrę z obiektywem 50 mm, albowiem dostaje się katedrę w małych kawałkach do samodzielnego złożenia). Restauracje i kawiarnie. Księgarenki i księgarnie (poproszę na wynos wielką księgarnię z czasopismami z całego świata). Tylko Starbuksa nie ma, więc nie mogłam się polansować, no jak tak można? W Cafe Pelikaan uczynny kelner odpytał nas, skąd (chyba jednak dalej wyglądamy egzotyczniej niż mieszkańcy Belgii), na jak długo i rozczarowany był, że tylko na kawę, bo Antwerpia wymiata i nie ma opcji, że nie wrócimy na dłużej. Ja się kłócić nie będę.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa czerwca 3, 2009

Link permanentny - Tagi: huy, antwerpia, belgia - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Komentarzy: 4

« We wtorki targ w Dijon - O czym szumią wierzby w Holandii »

Komentarze

mikowhy

Nie wolno tak pisać jak czytelnicy mają w domu chleb i kubeczek czegoś co kiedyś było serem pochodzenia niewiadomego.

PS. Piękne podróże szanowna Pani uskutecznia...

kiciaszara

Aż człowiekowi ślinka leci :)

agulha

Pistou to chyba bazylia... Ale zazdroszczę.... Aż oczy robią mi się żółte...

wonderwoman

aaaaaaaaa
(normalnie w przyszłym roku jadę Twoją trasą!!)

Skomentuj