Więcej o
Oglądam
Dla ustalenia poziomu mojego poczucia humoru, byłam i jestem fanką Monty Pythona, ale niespecjalnie lubię typowy slapstick, a bardzo nie lubię humoru typu gore i cringe. Sally4ever, komedia o przemocy psychicznej, gaslightningu, toksyczności, kłamstwie, manipulacji i nieskrępowanej erotyce niestety poszła w kierunku tych dwóch ostatnich. Więc żeby nie było na mnie, jak obejrzycie i Wam się nie spodoba.
Sally, niespecjalnie atrakcyjna 30-latka, jest w długotrwałym związku z Davidem. O Davidzie można powiedzieć tyle dobrego, że kocha mamę i ma domek, w którym mieszka z Sally, poza tym jest, oględnie mówiąc, dość obrzydliwy. Sally jest z nim raczej z przyzwyczajenia i z poczucia niskiej wartości, bo - jak często rzuca jej matka - nikt inny by jej nie zechciał. I to się nagle zmienia: dziewczyna spotyka Emmę, wyzwoloną artystkę multimedialną, która znienacka wprowadza ją w świat safijskich uciech i wyjmuje ze świata przymusu i oziębłości. Szybko się okazuje, że Emma nie jest zrównoważona i związek z nią bywa trudny. Jednocześnie Nigel, kolega z pracy, odkrywa, że Sally mu się zawsze podobała, niestety to samo odkrycie robi jej szefowa. I jak ogólnie uważam, że serial świetnie pokazuje mechanizmy manipulacji, tak naprawdę by zyskał, jakby wyciąć z niego elementy fekalne (liczba mnoga!) i parafilie. Owszem, śmiałam się, ale równie często dłoń sunęła mi w kierunku czoła.
PS Gra Sean Bean, samego siebie. Nie ginie.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela stycznia 16, 2022
Link permanentny -
Kategorie:
Oglądam, Seriale
- Skomentuj
Zacznę od tego, że nie jestem fanką anime. Wszyscy obrażeni już wyszli? Mam jakiś kulturowy ubytek, który nie pozwala mi się - mimo ślicznych i precyzyjnie namalowanych obrazków - cieszyć się filmami z tego gatunku. Nie odczuwam emocji bohaterów, przerysowana albo w ogóle nieistniejąca mimika przeszkadza mi w odbiorze. Podział na bohaterów celowo karykaturalnie zdeformowanych (starsi, złole, trzeci plan) i cukierkowo ślicznych (nimfetkowate kobiety, protagoniści) to dla mnie zbyt daleko idące uproszczenie. I mimo to bardziej mi się animowany serial podobał niż wersja aktorska, bo inne tempo, fabuła bardziej spójna, postaci bardziej zniuansowane, humor bardziej wyważony i pięknie wygrana nostalgia za życiem, którego już nie ma i chyba nie wróci, bez względu na to, ile wysiłku bohaterowie włożą, żeby je przywołać z powrotem. Absurdalnie, cieszę się, że Netflix zainwestował chociaż w pierwszy sezon, bo dzięki temu obejrzałam serial (bawiąc się dodatkowo w szukanie źródeł inspiracji na linii anime > Firefly > Netflix). Nie wszystko mi zagrało fabularnie - czasem epizody były od siebie za bardzo odcięte, przez co niektóre były nieistotne, ale i tak budowały bardziej pełny, wielobarwny świat (i czasem były dość nieoczywiste typu chick with dick czy zakonnica). Nie traktowanie jako pierwszoplanowego wątku Syndykatu i trójkąta Spike - Julia - Vicious z kolei wyszło na korzyść i zmniejszyło dramę. Ścieżka dźwiękowa - doskonała. Czy polecam? Polecam.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela stycznia 9, 2022
Link permanentny -
Kategorie:
Oglądam, Seriale
- Komentarzy: 3
Moja córka, zwana w social mediach żartobliwie (ale czy na pewno?) panią kierowniczką, nie przepada za "naszą muzyką", bo po angielsku i za kinematografią, bo (zwykle) nie animowana oraz "nudna". Dlatego ucieszyłam się, kiedy wreszcie zgodziła się łaskawie obejrzeć z nami "stary" film z aktorami. Nie ukrywam, że sporą rolę odegrało szafowanie przez nas tekstami z filmu w okolicznościach dowolnych, w tym "muchą na dziko", co przeważyło. Otóż podobało się, chociaż paralela dotycząca systemu (PRL = Szuflandia, "kingsajz" = zagranica) i wszechpanującej miłości rządzących do rządzonych zupełnie umknęła, podobnie jak to, co robią elegancko ubrane kobiety w holu hotelowym.
Dla tych, co nie oglądali (są tacy w ogóle z rocznikiem poniżej 2000?!) - pod jednym z instytutów badawczych w Warszawie mieści się Szuflandia, w której mieszkają krasnoludki. Rządzący utrzymują w tajemnicy fakt, że w świecie "dużych" (Kingsajzie) jest znacznie lepiej niż w spętanej ograniczeniami miniaturowej krainie; powiększyć się mogą tylko zasłużeni kumotrowie, którzy korzystają głównie z tego, żeby uprawiać pożycie intymne, bo nie ma kobiet-krasnoludków. Naukowiec Adaś odkrył formułę eliksiru powiększającego, ale został porwany, a buteleczka z preparatem zaginęła w zamieszaniu w kieszeni atrakcyjnej blondynki. Olo, kransoludek ukrywający się w Kingsajzie, współpracownik Adasia, usiłuje odzyskać preparat i uratować kolegę.
W warstwie celnej szydery z socjalizmu film się nie zestarzał, aczkolwiek - jak wspomniałam - jest nieczytelny dla pani kierowniczki. Sensowność obnażania piersi przez panie (co ciekawe, wcale nie przez Figurę, tylko Lizę Machulską i jakąś statystkę) jest żadna, poza eye candy dla panów. Dialogi i fabuła mają słabsze momenty, miejscami jest czysty slapstick, czasem przeszkadzała mi recytacja i teatralność. Scenografia dalej jest urocza, mimo że widać jak bardzo chałupniczo była robiona (oraz nieustająco mam dreszcze obrzydzenia na scenach w brudnych sanitariatach). I obsada - doskonała, chociaż oglądanie jest podszyte smutkiem, bo sporo osób nie żyje.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek stycznia 3, 2022
Link permanentny -
Kategoria:
Oglądam
- Komentarzy: 1
Naprawdę chciałam cieszyć się scenografią, kostiumami, efektami specjalnymi i całkiem dobrze obsadzonymi aktorami, bo tu w zasadzie nie mam większych zarzutów[1]. Ba, nawet dialogi się poprawiły w stosunku do pierwszego sezonu, i fabuła zgrabniejsza. Nie czepiam się absolutnie odjazdu od oryginalnych wydarzeń z Sagi, jest konflikt i wojna, są pionki na szachownicy, Geralt usiłuje utrzymać przy życiu i zrozumieć rolę Ciri w tym całym zamieszaniu, Yennefer ma swoje, czasem sprzeczne z Geraldowymi interesy, jak z punktu A do punktu B dojdą, mniejsza; tak dawno czytałam Sapkowskiego, że mnie to nie boli. Problem tkwi w szczegółach i braku logiki. Na samym wstępie zepsuto finał najlepszego chyba opowiadania o Nivellenie, w którym z dumnego, cynicznego i dojrzałego samotnika książę staje się jęczącym przegrywem. Potem już było tylko gorzej. Yennefer miota się po lesie, w Kaer Morhen pojawia się Groot (w ogóle jak na odludną fortecę, zaskakująco łatwo tam się pojawić, a to czarodziejka, a to trupa wędrujących dam negocjowalnego afektu, a to czarodziej-odszczepieniec, nieustająco wszyscy są zaskoczeni, ale jak to wrogowie?!). Nenneke jest również czarodziejką, mimo że podział między magią a kapłaństwem był dość znaczący. W ogóle to, co się wydarzyło w świątyni Melitele, nie mam słów. Magiczne portale otwiera się jak splunąć, ale chwilę później czarodzieje i czarodziejki mozolnie na koniach przemierzają ostępy, bo jednak portale są trudne. Tak trudne, że Ciri przez losowo otwarty portal bezpiecznie trafia z Yennefer splądrowanego gospodarstwa, mieszkańcy nie żyją i nie zdarzyło się to wczoraj, ale pod chatą dogodnie czekają osiodłane, nakarmione i wypoczęte konie. Wiedźmin z wysiłkiem odnajduje Jaskra w więzieniu, po czym zabiera go do warowni na wielki finał, gdzie Jaskier nie jest do niczego potrzebny poza comic reliefem i przypomnieniem o magicznej mocy jaspisu (oraz wyjaśnieniem, czemu jest wysoko na liście płac, skoro gra epizody). Nie umiem wyłączyć myślenia, przykro mi, takie pierdołki znacznie psują mi oglądanie. Powtórzę dla nieuważnych - nie przeszkadzają mi odstępstwa od fabuły powieściowej, ale przeszkadza mi brak logiki.
[1] No dobra, za każdym razem, gdy widziałam skądinąd świetnego Bodnię w roli Vesemira, myślałam o Obeliksie. A jak już wyciągnął flaszeczkę i łyknął magicznego napoju... Cała podniosłość i powaga sceny poszła w buraki.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek grudnia 28, 2021
Link permanentny -
Kategorie:
Oglądam, Seriale
- Komentarzy: 3
Detektyw NcNulty z Wydziału Zabójstw w Baltimore jest wściekły, bo aresztowany przez niego morderca, D’Angelo Barksdale, wychodzi wolny - świadkowie zmieniają zeznania. Kiedy ginie jeden ze świadków, detektyw skarży się sędziemu, że jego praca nie ma sensu - złapani przestępcy wychodzą, bo są częścią ogromnego gangu, który ma możliwości i środki na uciszenie świadków i posmarowanie wymiaru sprawiedliwości. Sędzia inicjuje powstanie grupy specjalnej, która ma na celu zinfiltrowanie gangu Barksdale’ów; problem w tym, że władze policji wcale nie są do tego chętne, bo wykrywalność. Fasadowa grupa, do której trafiają spady z innych działów - alkoholicy, prymitywne cwaniaczki, gryzipiórek kontrolujący lombardy, półgłówek nadużywający broni - nie ma w zasadzie żadnych narzędzi poza maszynami do pisania (przypominam, że rzecz się dzieje we wczesnych latach 2000: pagery, automaty telefoniczne, rzadko pojawiają się komórki-cegły, komputery to raczej zaawansowane edytory tekstu z malutkimi monitorami, Internetu funkcjonalnie nie ma, a do podsłuchu może służyć przenośny dyskretny magnetofon szpulowy). McNulty usiłuje uzyskać pozwolenia na podsłuch, komputery, wszystko, co zespół dostaje, jest solą w oku zwierzchników wydziału.
SPOILER ALERT! Ten serial ma prawie 20 lat, możemy uznać, że jestem chyba ostatnią osobą, która go jeszcze nie oglądała?
Pierwszy sezon kończy się gorzkim sukcesem - gang Barksdale’ów jest rozbity, ale czy to zmieniło cokolwiek w układzie sił w Baltimore, usunęło korupcję, złe zwyczaje w policji czy oczyściło ulice? #retoryczne Mimo pewnej daremności całej akcji to świetny kawał proceduralnego śledztwa, z urozmaiconą grupą bohaterów, zarówno po stronie policji, jak i przestępców. W policji nie ma rycerzy bez skazy, nawet spiritus movens całej akcji, McNulty, jest alkoholikiem z rozsypanym życiem osobistym. Są policjanci całkiem nierokujący, są i tacy, którzy okazują się nadspodziewanie przydatni, chociażby mój ulubiony nieudacznik Pryzbylewski (zięć Valczeka, łezka mi pociekła). Po stronie gangu też nie ma jednorodności - są bezwzględni przestępcy, ale też i tacy, którzy zwyczajnie nie mieli innej opcji, a system nie ułatwiał, jeśli się miało czarny kolor skóry i pochodziło z “klocków”. Bywa dramatycznie, bywa mizoginistycznie i rasistowsko, a profilowanie i brutalność policji jest na porządku dziennym, czasem nawet bez próby ukrywania tego, ale bywa też zabawnie i ciekawie realizacyjnie (np. scena rekonstrukcji zbrodni ze dialogami składającymi się tylko ze słowa “fuck”).
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek grudnia 21, 2021
Link permanentny -
Kategorie:
Oglądam, Seriale
- Komentarzy: 3
Od razu poszargam wszelkie świętości i powiem, że PODOBAŁA MI SIĘ ta wersja Netflixa z aktorami. Serial anime zaczynam dopiero oglądać i ryzykownie stwierdzę, że widzę pewne miejsca, gdzie Netflix zrobił lepiej/zabawniej/ciekawiej, chociaż oczywiście może chodzić mi tylko o to, że John Cho jest świetnym Spikiem. Żeby nie było, widzę też doskonale miejsca - a jest ich sporo - gdzie Netflix solidnie spieprzył (na przykład kolejność wydarzeń, chociażby po co Faye w pierwszym odcinku, żeby wrócić jako regular kilka odcinków później; niezbilansowanie retrospekcji - czasem łopatologia, czasem zupełny brak, przez co siada logika postępowania bohaterów; montaż czasem dramatycznie zawodzi).
Przyszłość. Spike i Lee, renegat z tajemnicą i po przejściach oraz zdegradowany policjant, są łowcami nagród. Skaczą na nieco zdezelowanym statku o dźwięcznej nazwie Bebop, przy dźwiękach świetnej, jazzowej muzyki, ścigając przestępców na planetoidach, asteroidach i księżycach Układu Słonecznego. Lee usiłuje być obecny w życiu swojej małej córeczki, o Spike'a upomina się natomiast jego przeszłość - niegdyś był jednym z bardziej skutecznych cyngli przestępczego Syndykatu, ale poróżniwszy się ze swoim przyjacielem o dziewczynę, prawie że zginął i musiał się ukrywać. Pierwszy sezon to próba odzyskania pięknej Julii, uwikłanej w przemocowy związek z Viciousem. W tle przewija się postać Faye, łowczyni nagród z amnezją po długiej hibernacji. I przepiękny corgi Ein. Pokusiłabym się o porównanie z "Firefly" ze względu na klimat i humor, chociaż oczywiście z zachowaniem proporcji. Raczej brutalny, ale jednocześnie to niezobowiązująca rozrywka na długie wieczory.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek grudnia 9, 2021
Link permanentny -
Kategorie:
Oglądam, Seriale
- Komentarzy: 5