Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Prorodzinnie

I tak miałam pisać o obiedzie, ale pozwolę sobie oprzeć się na dzisiejszej notce Joanny o tym, gdzie jest miejsce dzieci. Jestem z frakcji, że po coś są te wysokie krzesełka z pasami bezpieczeństwa i że nawet ruchliwa i wokalna młodzież ma prawo zjeść niedzielny obiad jak sahib w restauracji. Ma prawo karmić frytkami rodzica, mieszać zawzięcie łyżeczką w szklance i wydawać radosne okrzyki zza nogi od stołu. Takie jest moje zdanie i się z nim zgadzam (oraz ogromnie się cieszę, że po krótkim okresie, kiedy wychodzenie z młodzieżą do restauracji było maksymalnie upierdliwe i zdecydowanie na raty, tak od jakiegoś czasu się znacznie poprawia, nawet jeśli kosztuje to szklankę, za co uprzejmie jeszcze raz przepraszam).

I jak narzekałam kiedyś, że poza ścisłym centrum nie ma gdzie dobrze zjeść, tak się myliłam, bo całkiem blisko mojej wsi można iść/jechać do Frygi. Ponad 10 lat temu byłam świadkiem na ślubie P. i D. (wytrzymali do dzisiaj, żeby nie było) i kiedy ostatnio po raz kolejny z musu przejeżdżałam Naramowicką w celu wiadomym, nagle do mnie dotarło, że to właśnie tam odbywały się poślubne bachanalia. I wprawdzie restauracja skupia się na cateringu (dzięki czemu można się poczuć przezroczystym dla obsługi, pieczołowicie przechodzącej przez cateringowe zamówienia, a przy tym jednocześnie wcale nie czekać na kelnerkę), ale na miejscu jest nie dość, że uroczo, to i jedzenie warte wiele. Zmienne menu dnia, więc można co jakiś czas wracać; w karcie niedużo, co obiecuje jakość. Trochę europejsko, trochę azjatycko, składniki dobrej jakości (parmezan, a nie zastępnik!), do tego na tyle dużo, że nie ma miejsca na deser. A szkoda.

PS Chcę taki wazon jak na pierwszym zdjęciu.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek styczeń 24, 2011

Link permanentny - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - Komentarzy: 8

« Groblą do Mostowej - Marek Hłasko - Pierwszy krok w chmurach. Baza Sokołowska »

Komentarze

stardust

Przyznaje, ze przezylam szok, jak 26 lat temu przylecialam do Stanow i okazalo sie, ze wiekszosc restauracji jest prorodzinna. Dzieci siedza w wysokich krzeselkach, lub troche wieksze przy stole, na dluzsze posiedzenia rodzinne zauwazylam nawet kaciki zabaw dla dzieci. Jakos to bylo zupelnie inaczej niz w PRL z ktorego wlasnie wyjechalam. Przez jakis czas nie komentowalam, ale tez nie rozumialam "filozofii" restauracji rodzinnych. Natomiast z czasem zauwazylam, ze wiekszosc 6-cio i 7mio latkow potrafi zachowac sie przy stole i nawet przesiedziec dluzej nie biegajac po calej sali. Skad sie to bierze? Ano wlasnie stad, ze dzieci sa od malego oswajane z bywaniem w restauracjach i takie 6-7 latki juz doskonale rozumieja, ze nie nalezy przeszkadzac innym. Nie mowie tutaj oczywiscie o Burger King czy McDonalds;)) gdzie wiadomo i konsumenci i ich dzieci sa "inne".

Ika

Mamy taki "wazon" :-D Kiedyś chcieliśmy hodować rybkę i się akwarium wyrobiło ;-) Można kupić taki w zoologicznym, świetnie też się nadaje do kiszenia ogórków :-)

autumn

a ja ciągle myślę o Frydze, ale nigdy tam trafić nie mogę ;-) czy oprócz fotelika jakieś atrakcje mają?

takie wazony widziałam na Głogowskiej (na przeciwko parki Wilsona) w sklepie ze szkłem - chyba to była produkcja Krosna.

Zuzanka

@autumn, atrakcje w sensie? Jedzenie mają ;-)

autumn

ok, nie sprecyzowałam ;-) kredki, papier, książeczki dla najmłodszych?

Zuzanka

@Autumn, nie wiem, nie pytałam, ale na wierzchu nie mieli. Nie ma kącika dla dzieci jako takiego.

Theli

Kawałek dalej blisko Naramowickiej jest Motylarnia (kawiarnia, nie restauracja), warto pójść zwłaszcza gdy już jest ciepło, bo dla dzieci jest cały ogródek- wybieg.

Theli

W ogródku są atrakcje w postaci tablicy z kolorowymi kredami i ministoliczki, nie wiem, czy z czymś.

Skomentuj