Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu
Chistiania, koniec XIX wieku. Narratorowi, bezimienny literatowi (dziennikarzowi?) kończą się pieniądze, nie pierwszy raz i nie ostatni, gospodyni niedwuznacznie sugeruje, że mógłby zapłacić, nie bardzo już ma co zastawić w lombardzie, ale przecież zaraz za chwilę napisze taki artykuł, że będzie opływał w pieniądze. Tylko musi coś zjeść, bo bez jedzenia nie jest w stanie pisać. Ale skąd pieniądze, nie będzie żebrał, ma swoją godność.
Mam już zwycięzcę w konkursie na tegorocznego Najbardziej Męczącego Bohatera. Typ zajmuje się, jak w żydowskim szmoncesie, kręceniem dookoła pracy, bo nie pracą. Tu pójdzie, tam przyśnie, tu się uniesie honorem, napisałby taki artykuł, ale nie ma świecy, tu zastawi ostatnią kamizelkę, a uzyskane walory roztrwoni, a jak jest głodny, to żuje drewniane wióry, albo się kaleczy, wszak krew jest odżywcza. Z zasobów została mu źle pojmowana duma, więc odmawia pomocy nawet jak ją mu ktoś proponuje, a dodatkowo nie przyznaje się, w jak bardzo kiepskiej sytuacji jest. W zasadzie to chciałby umrzeć, ale jednak nie umiera, do tego zakochuje się w przypadkowo poznanej na ulicy pannie. Po czym ucieka na statek, żeby zacząć nowe życie.
Dla słabszych (to ja) książka zaopatrzona jest w posłowie wyjaśniające ważną rolę tej powieści w literaturze norweskiej, kontrast z mieszczańską stabilizacją, łamanie norm i społecznych tabu:
Zmory egzystencji inteligenckiego proletariusza, jego dumne gesty niezależności i wisielczą grę z własną nędzą, z sytym otoczeniem, z losem przeciwnym, z niezrozumieniem mieszczanina dla jego aspiracji (...)
Witold Nawrocki
#115