Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Informacje dla francja

Alec Le Sueur - Hotel na dachu świata

Alec zostaje szefem reklamy jednego z hoteli sieci Holiday Inn przez przypadek. Trafia do Lhasy, która nie jest bardzo priorytetową i łatwą placówką, a potrzeba reklamy jest chyba najmniejszą z potrzeb tego hotelu. Nie jest łatwo, bo... nie ma faksu, drukarki, kserokopiarki są cztery, ale żadna nie jest sprawna, poczta nie chce przyjąć do wysyłki tysiąca listów, a żeby przykleić znaczek, trzeba kupić klej. Telefony też niespecjalnie działają (rzecz się dzieje na początku lat 90., stąd nieobecność internetu). Zimą nie ma 20% zajętych pokoi, więc nie można włączyć ogrzewania, a jak się włączy ogrzewanie, to truchełka szczurów w kanałach wentylacyjnych zaczynają odmarzać. Do kuchni przybywają żywe jaki (Bos grunniens, parzystokopytne) zamiast poporcjowanych steków, a oprócz normalnych dla lokalizacji i wysokości problemów logistycznych dochodzi nieustający problem z Chińczykami, którzy okupują od lat 50. terytorium dawnego Tybetu. Zagraniczna załoga hotelu (Partia B) nieustająco ściera się z narzuconymi przez Chiny zarządcami partyjnymi (Partia A), którzy nie myślą ekonomicznie. Są podejrzenia, że w ogóle nie myślą. Najlepiej oddaje absurd sytuacji konfiskata VHS-ów z odcinkami "Hotelu Zacisze", puszczanego lokalnym pracownikom w ramach szkolenia. W jednym z wydań przedmowę pisał Michael Palin, co dobrze książkę rekomenduje.

Z jednej więc strony to doskonała i lekka lektura o tym, że w Tybecie z niczym nie jest łatwo, nawet z dolotem, a nieistniejący już przewoźnik CAAC jest mniej wiarygodny niż karawana jaków po szczytach Himalajów. Z drugiej - bardziej minorowo - to obserwacje z pierwszej ręki kraju pod niszczącą okupacją. Kraju, w którym stopniowo zabijana jest kultura, demolowane i równane z ziemią klasztory, przyroda ofiarnie asfaltowana, a każde zamieszki tłumione są szybkimi strzałami z karabinów. Śmiałam się z browaru postawionego opodal Lhasy przez rumuńskich braci w komunizmie, w którym (browarze, nie ustroju) butelki były myte ręcznie w błotnistej kałuży, bo nikt nie umiał obsłużyć maszyny myjącej, z taksówkarzy żujących czosnek czy hotelowej pralni, z której większość odzieży wychodziła w postaci brudnej, szarej i pomarszczonej szmaty czy przygotowań do wyborów Miss Tybetu, przekształconych przez Partię A w "pokaz mody tybetańskiej". Już mniej ze smutnej rzeczywistości, w którą nagle wpadł prawie że średniowieczny Tybet, "uwolniony" przez braci Chińczyków.

Można posłuchać audiobooka na youtube.

#12/#4

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela styczeń 25, 2015

Link permanentny - Tagi: podróżnicze, panowie, francja, 2015 - Kategorie: Słucham (literatury), Czytam - Skomentuj


Koty, karuzele i wieża Eiffla

Z pewnym rozczarowaniem nie znalazłam w Paryżu kotów (poza jednym dachowcem, który skrył się w piwnicy oraz kotem przynależnym do libańskiej restauracji), ale to pewnie dlatego, że nie doszłam na Père Lachaise, a cmentarz Montparnasse patrzyłam tylko z góry.

Są za to karuzele. W Tuileriach, za wieżą Eiffla, przy przystanku metra koło Luwru i pewnie w wielu innych. Takie klasyczne, z konikami, pociągami i autkami, dla starszych z beczkami, które dodatkowo można rozkręcić dookoła (tu mój błędnik przeprasza, ale właśnie mu się zrobiło mdło). Niestety, jak większość atrakcji w Paryżu, płatne - od 2 do 3 euro za rundkę, można w pakiecie kupić więcej biletów taniej (jak się ma większą trzódkę albo uparte dziecko). Mam wielką słabość do barokowego przepychu, jarmarcznych dźwięków, żaróweczek i malowanych na obudowie naiwnych obrazków.

W Tuileriach oprócz karuzeli jest placyk z trampolinami, również słono płatny (2e za 5 minut skakania), zaraz obok darmowy plac zabaw z huśtawką hamakową, zjeżdżalniami i huśtawkami. Przy Notre Dame też - można wycieczkę podzielić na pilnujących młodzież na huśtawkach oraz na stojących w kolejce do katedry.

Pod wejściem wschodnim do wieży Eiffla można oddać do podstemplowania pocztówki (i kupić znaczki[1]), sympatyczny pan stuka stemplem i wychodzi coś takiego:

Mam słabość również do figurek, więc wróciłam z dwiema[2] (a nawet trzema, bo ciemnoskóry sprzedawca pod Porte Maillot okazał się wrażliwym na wdzięk Majuta i dał mu gratis breloczek z wieżą).



A dla cierpliwych zdjęcia z Luwru.

[1] Znaczki niestety monotonne, wszystkie takie same, przecież po co wysyłać reszcie Europy coś innego niż błękitną Mariannę za 77 eurocentów.

[2] A oprócz tego z trzecią na mikrokubeczku (bo Starbucks oprócz kubków ma coś dla młodzieży).

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek maj 4, 2012

Link permanentny - Tagi: paryz, francja - Kategorie: Listy spod róży, Maja, Fotografia+ - Skomentuj


O tym, jak bohaterka chce wrócić JUŻ

Montmartre ma to do siebie, że trzeba iść samemu. Bez dziecka. Dotykać wzrokiem każdego kamienia, wejść do każdej kawiarenki, przejść każdą uliczką, patrząc w okna[1]. Tym razem mi się nie udało, otarłam się tylko czubkiem palca o klimat, przejechałam autem w tę i z powrotem. Wrócę. Bo nawet przez tę chwilę udało się trafić na zachodzące słońce oraz grupę młodych mężczyzn, kręcących do szkoły etiudę w pełnym makijażu i odpowiednich strojach (mam soft spot dla mężczyzn w czerwonych pelerynach).

Jestem bardzo ufna i oczywiście że uwierzę, kiedy ktoś mi powie, że "La Maison Rose" to "Róż Majtkowy"; moja francuszczyzna ogranicza się do zwrotów grzecznościowych i liczenia do 10. Tak czy tak, restauracyjka była odwrotnością l-przestrzeni książkowej, bo z zewnątrz wydawała się większa niż w środku. Doświadczony właściciel, przygotowany na wizyty dzieci, które akurat są nie w humorze, wygenerował Majowi na pocieszenie ciasteczko, potem bagietkę, a na końcu - skoro pieczywo nie zadziałało - ruskie matrioszki, które wzbudziły wielki entuzjazm. A do tego zupa cebulowa była jedną z lepszych, jakie jadłam.

GALERIA ZDJĘĆ: Montmartre i w notce o wieży Eiffla.

[1] Jak kogoś stać na lanserskie mieszkanie na Montmartre, to stać na Smega, oczywista oczywistość.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa maj 2, 2012

Link permanentny - Tagi: paryz, francja - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Komentarzy: 3


O tym, jak bohaterce się poprawiło (dzień przedostatni)

... bo pogoda stanęła na wysokości i wykonała nad Paryżem słońce, błękitne niebo i śmietankowe obłoczki (urozmaicając czasem dramatycznymi chmurami burzowymi). Samo obejście Notre Dame zaowocowało kontrastem między głębokim lazurem a najeżoną szarością. Sama Notre Dame jest majestatyczna, pełna detali, otoczona trawnikami i kwietnikami (oraz zawiera malutki, ale wystarczający placyk zabaw, więc). Tłumy ogromne, następnym razem wejdę na środka (i na górę), obiecuję.

Zaraz obok katedry, również na Île de la Cité, ptasi targ; znalazłam go najpierw na blogu Travels with Clara, potem - tak jak autorka - u Saska. W klatkach setki malutkich i trochę większych ptaszków, worki z karmą, wszędzie świergot i zachwycone okrzyki nie tylko dzieci. I tak od kilkudziesięciu lat, co niedziela. W inne dni tygodnia są kwiaty.

Zaraz obok, na Île Saint-Louis, są małe uliczki ze sklepikami, restauracjami, galeriami i tłumem ludzi, ustępujących przejeżdżającym wolno samochodom. Nie można się zgubić, ale można spędzić tam mnóstwo czasu, zwłaszcza jak się trafi do sklepików typu Pylones, skąd wyszłam szybko, żeby nie stracić całego portfela. Taka dzielna byłam (i po co?).

Już po drugiej stronie Sekwany, zaskoczyłam samą siebie, bo nie spodziewałam się, że rozpoznam w księgarence Shakespeare and Company miejsce rozpoczynające akcję "Przed zachodem słońca" (i tak, ten film po raz któryś powinnam była obejrzeć przed wyjazdem, zdecydowanie). Nad "S and C" można zamieszkać, jeśli jest się aspirującym literatem i czyta książki (może rzucić to wszystko i pojechać czytać?). Chyba bardziej do mnie to przemawia niż bukiniści, może dlatego, że na straganach są książki raczej po francusku.

Miasta wzdłuż rzeki są miłe. Uwielbiam mosty, uwielbiam, jak z jednego widać kolejny, a jak przejdzie się na następny, to jeszcze jeden.


Wtem zobaczyliśmy posąg? mima? Buty sugerowały to drugie, ale makijaż i nieruchoma twarz i niewidoczne oznaki oddechu to pierwsze. Maj dzielnie (i z rozmachem) rzucił monetę, a my czekaliśmy, aż odetchnie. Przechodząca pani nie miała takich dylematów, podeszła i szturchnęła delikwenta palcem.

GALERIA ZDJĘĆ: Notre Dame i okolice. Dorzuciłam też zdjęcia z Thoiry.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek maj 1, 2012

Link permanentny - Tagi: paryz, francja - Kategorie: Listy spod róży, Maja, Fotografia+ - Komentarzy: 1



O tym, jak bohaterce zrobiło się przykro

Bo wiecie, ja rozumiem, że czasem pada. Że w poniedziałek lało, kiedy przyjechaliśmy. Normalne. Że we wtorek i środę, bo zapowiadali deszcz. I że w czwartek, zwłaszcza że pojechaliśmy kawałek dalej do Thoiry i tam już nie padało. Na piątek było padanie w prognozie, taka jej meteorologiczna mać. Ale że również w sobotę? I to wtedy, kiedy pojechaliśmy do Marais, w którym miałam zużyć całą dostępną kartę w aparacie na to, co tam ładnego? Więc moje ultimatum jest takie: wypuszczę zakładników, jeśli dostanę helikopter i furmankę. To znaczy, jeśli jutro nie będzie padać, to będę wdzięczna. A jeśli będzie, odpukać, to przykro mi bardzo, ale w poniedziałek się pakuję i wracam do Polski. Nie będzie paryski deszcz pluł mi w twarz. O.

Na wieżę Montparnasse na szczęście wiezie winda, 56 pięter w 38 sekund, moje uszy i żołądek nie podziękowały, ale lepsze to niż schody. Gratis dostałam mgłę. Nie aż taką straszną, żeby nie było widać na wyciągnięcie ręki (sprawdzić, czy nie Londyn), ale taką, że wieżę to Eiffla jeszcze, ale La Defense to już się domyślałam. Zaletą i jednocześnie wadą patrzenia na świat z góry jest to, że nagle dostrzega się mnóstwo miejsc, do których chciałoby się pójść (a już zwłaszcza, jakby nie padało). Na jutro i tak plan napięty jak pończochy na słoniu, a miało być leniwie i niespiesznie.

Marais nawet w deszczu urocze, z archetypową orkiestrą klezmerską, restauracyjkami, sklepami m. in. z koralikami, ubraniami i butami; straż pożarna sprawnie wjeżdżająca w malutką bramę, która okazuje się mieścić całą remizę i sklepiki w malowniczych podwórkach. Mogłoby jeszcze nie padać, wspominałam?

Dziś były tapasy, jeden nawet z serem.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota kwiecień 28, 2012

Link permanentny - Tagi: paryz, francja - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Komentarzy: 1