Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Lubię Berlin

Zrobiłam sobie notatki na okoliczność bycia off-line w samochodzie w notesiku w koty od siwej (zasadniczo mogłabym być on-line, bo TŻ skuszony informacją, że w hostelu jest[1] free wifi zabrał laptopa, ale uznałam to za pewną przesadę).

[1] Jest, ale w okolicy recepcji i pewnie jakiejś sali okolicznej. Na IV piętrze kamienicy nie dochodziło (tym razem udało mi się nie skręcić kostki, więc IV piętro nie było aż tak przerażające). Berolinę gorąco polecam (dzięki, Agg). Wykorzystano taki sam pomysł jak w czeskim "U Semika" i w węgierskich CityApartments - stara kamienica wyremontowana i przerobiona na pokoje gościnne. Bardzo czysto, łazienki wspólne, ale blisko i niekrępujace (oczywiście bardziej błyskotliwe ode mnie osoby zorientują się, że są i damskie (z babeczką na drzwiach i z kubełkiem w toalecie), i męskie (z odpowiednim chłopyszkiem i pisuarem) i pójdą do właściwej, a nie do tej bliżej. Widok na wnętrze studni i ścianę, więc jak kto wrażliwy, to można prosić o pokój z widokiem. Dają ręczniki, co jest niebagatelną zaletą dla sierot, które notorycznie o ręcznikach zapominają.

Parkowanie w Charlottenburgu 1e/h. Obiad dla trzech osób w typisz niemieckiej knajpce z tradycjami przy Wilmersdorfer Strasse - 31e. Berlin pachnący lipami - bezcenny.

Mam słabość do Berlina. Wygląda tak, jak większość polskich miast mogłoby wyglądać - czysty, odremontowany, z doskonałymi drogami (niniejszym chciałam gorąco pozdrowić serwis map24.de, z którego wydrukowałam sobie dojazd z do hotelu w formie prostych instrukcji dla ciemnoty i który, mimo że ni cholery nie zgadzał mi się z mapą[2], okazał się być dojazdem genialnym, prostym i w zasadzie uniemożliwiającym błądzenie) i przemyślany. Berlińskie metro U-bahn pozwala na przemieszczanie się z dowolnego miejsca w dowolne inne miejsce w obrębie miasta i okolic.

[2] Mental note to self: Zuza, nie kombinuj. Jak Ci kazali tak jechać, to tak jedź.

Mogłabym w Berlinie, a zwłaszcza w Charlottenburgu zamieszkać. Przy deptaku na Wilmerdorfer Strasse jest wszystko, czego do szczęścia turyście i zwierzęciu wyprzedażowemu potrzeba - Peek&Cloppenburg, Orsay, H&M, Pimkie i wszelkie inne ciuchowe cuda. Bankomat Citi, w którym jakimś cudem posiałam kartę (na szczęcie kapryśny bożek pechowego podróżnika był przychylny i padło na prawie przeterminowane maestro). Fastfood rybny, stragany ze ślicznymi owocami, Dunkin' Donuts i delikatesy Rogacki, gdzie na sporej powierzchni są ryby, sałatki, mięsiwa, wino, sery, wędliny, pieczywo i wszelkiego typu cuda spożywcze, które można nawynos albo spożyć na miejscu, wśród innych współspożywających szybki lanczyk na stojąco. Fajniej niż w tradycyjnym centrum handlowym, bo wszędzie w okolicy śliczne kamienice i pachnące lipy. A wieczorem dziwki w absurdalnie wysokich szpilkach na ulicach, otwierają się burdele i nocne kluby. Jak to jest "ta gorsza dzielnica", to boję się myśleć, jak wygląda "ta lepsza".

Lubię też Berlinerów (Berlińczyków?). Są życzliwi. Uśmiechnięci. Pomocni. Zachwyceni, że ktoś próbuje mówić nieporadnym i przemieszanym z angielszczyzną niemieckim. Nie dlatego, że chcą ci coś sprzedać. Ot tak, bo jest ładny dzień i są mili. Pani na straganie warzywowo-owocowym kazała dołożyć limonkę gratis, bo papaja koniecznie z limonką.

W zasadzie to ja na koncert pojechałam. Koncert megawykurw. Muzycznie pewnie mocno taki sobie, bo tak na oko Steele nie słyszał, co śpiewał, ale było na tyle głośno, że mi to nie przeszkadzało, bo ja tam na randkę jak zwykle jechałam. Jako osoba wiekowa wlazłam na balkonik, skąd widok na scenę (i na Petera Steela w pełnej okazałości) był przyzwoity. Mało z nowej, słabej płyty, więcej chwytliwych staroci, gardło mnie bolało. Na scenę tradycyjnie poleciał czarny stanik w sporym rozmiarze (nie mój, ale nie powiem, że nie rozważałam). Niestety, skonfiskowali aparaty.

W nocy była Burza. Ale taka naprawdę - waliło i błyskało, deszcz sie lał jak z wiadra, dodatkowo okno otwarte na studnię pewnie jeszcze dodawało akustycznej mocy. Lubię burzę.

Lubię też zakupy w niemieckim Realu. Za każdym razem wyjeżdżam z koszykiem pełnym cudności. 20 różnych rodzajów Sheby (koty mówią, że się różni w smaku), świeży ananas, papaja, Jelly Belly, pasty curry, suche kiełbaski, ser haloumi, nieodmiennie Irish Cheddar, greckie serki feta-like, tic-taki o smaku mango, marynata miodowo-musztardowa do mięsa i papryczki nadziewane serem. I greckie wino. Foremki do babeczek i czipsy czekoladowe do pieczenia. Czemu u nas nawet w bardziej rozpustnych delikatesach nie ma takiego wyboru? Proszę pani, tu wszystko jest smaczne.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota czerwca 16, 2007

Link permanentny - Tagi: niemcy, berlin - Kategoria: Listy spod róży - Komentarzy: 14

« Terry Pratchett - Prawda - Z okna samochodu. »

Komentarze

iskanna

Tic-taki już u nas są, ale… ja też zawsze twierdze, że tam lepiej i smaczniej, i więcej, i taniej.
A jak ktoś mi wmawia, że niemieckie wędliny czy pieczywo sa bez smaku to… to już nie wiem jak tłumaczyć WCALEŻEBONIE.

Kocham to miasto.

Zuzanka

A potem jedziesz do Warszawy? ;->

iskanna

Oj, to był cios poniżej pasa ;>

Zuzanka

Przeprowadź się do Berlina, to będę przyjeżdżać i nie będzie poniżej pasa ;-)

iskanna

Zmieniając temat na mniej drazliwy ;P – ta akacja(?) to chyba coś bardziej lipowatego jest po liściach sądząc.

Zuzanka

Się nie znam – strąki ma, a tylko akacjowe chyba mają. Fajne w każdym razie i mocno pachnie.

Alex

A z brodaczem w budce z wurstami gadaliście?

Zuzanka

Tej koło Beroliny (currywursty)? Nie, tylko przechodziliśmy wieczorem. Poza tym mój niemiecki jest… nawet nie pytaj, a eloy zna z pornoli i z kapitana Italia… ;-)

Alex

Ja mniejwiecej na tym samym poziomie (chociaż mogę mówić, że w zasadzie jestem w połowie Niemcem, a w berlinie na wygląd brali mnie za aborygena), ale sobie pogadaliśmy :-)

TSD dziwki zaobserwowałem, szpilek nie.

eloy

... z Generał Italia :-)

faust.ino

Dzien dobry w zasadzie. No wiec w Londynie podobnie.Koncert mega wiadomoco.Tyle ze… 1h20m. No skandal no. Mialem wrazenie tez ze Piotrus miejscami zlewal wokalizy. Ale te basy, panie… Mniod.

bear

Witam! Przeczytałam w Twoim poście, że w berlińskim realu zaopatrujesz się w fasolki jelly belly. Orientujesz się może, czy dostanę tam też edycję tychże fasolek BeanBoozled (20 smaków, z czego 10 jest tych „zwykłych”, a 10 obrzydliwych, które wyglądają tak samo jak ich smaczne odpowiedniki)? Bardzo chciałabym ich spróbować, a w Polsce, jak wiadomo, nie mogę na to liczyć.

Zuzanka

Nie zwróciłam uwagi, ale raczej nie będzie czegoś takiego ani w realu (są torebki z mieszankami typu 20 cytrusowych), ani w Husslerze, gdzie są fasolki na wagę. To małe sklepiki. Pod koniec października będę przejeżdżać, mogę sprawdzić.

Zuzanka

Bear, tsd, wyślij mi email na adres zuzanka@kofeina.net. Zobaczymy, co da się zrobić.

Skomentuj